Przecież nikt wiedzy nie nabywa dla niej samej ale z powodu praktycznego postępu w życiu od dobrego ku lepszemu. Zarówno wiedza humanistyczna jak materialna służy w zasadzie jednemu - by sprawy świata i ludzi prowadzić do przodu. Dlatego człowiek przeżywa ponurą frustrację, gdy pojął, rozumie i wie, ale nie jest w stanie niczego zrobić w praktyce z depozytem wiedzy. W tej sytuacji uczy się jedynie, że i tak nie zmieni się nic. W zasadzie po co było to wiedzieć? Właśnie dziś kultura zachodnia tchnie wyżej opisaną, społeczną, coraz bardziej powszechną irytacją. Człowiek w Europie dowiedział się i rozumie, a mimo to na nic nie ma wpływu. Okazuje się, że oddanie głosu to nie to samo, co wybór. Dlatego najlepsi i najuczciwsi robią krok wstecz i raz jeszcze podchodzą pod robienie dobra w drugim obiegu publicznym – jakby w alternatywie. I stąd to na oficjalnej powierzchni władzy, parlamentu, ekranu czy fakultetu utrzymuje się tak wiele miernych postaci z dyrektywami, których wartościowy człowiek nie może w tym momencie historii skorygować. A jednak zaczął je już skutecznie ignorować, robiąc w ukryciu swoje. Antysystemowe dobro siłą rzeczy zapowiada więc kulturową zmianę. Królowa Drahomira, przechodząc w pośpiechu obok ikony świętych Kosmy i Damian, niedbale skreśliła znak krzyża na piersiach. W kościele pod wezwaniem tych właśnie chrześcijańskich męczenników, przed niespełna trzydziestu laty, jeden jej syn Bolesław – podburzony zresztą przez matkę – okrutnie zamordował drugie dziecko lutyckiej władczyni, Wacława. Drahomira nie wierzyła, co prawda Chrystusowi ale na zamku praskim czcili Go już prawie wszyscy. Na wszelki wypadek żegnała się więc przechodząc obok kościelnych świętości. Jeśli dojrzą, niech widzą, trzymając potem język za zębami. A co jej szkodzi bić skłony wobec krzyża? Klasnęła w dłonie trzy razy. Zza kotary wysunęła się blada, szczupła dłoń pałacowego szpiega. Drahomira nigdy nie widziała jego twarzy. Znała tylko ten cichy szept jak syk, a talary – wypłatę za donos – sypała za każdym razem na depozyt wyciągniętej ręki. Więcej nie trzeba, żeby knuć. Pójdźmy – dłoń donosiciela wskazała kierunek w stronę kościoła i bliskich apartamentów księżniczki Dobrawy. Z kim Srogi spłodził tę dziewczynę? Przecież nie z Biagotą, do licha. A teraz córa z ojcem nie rozstają się ani na chwilę. Jeszcze zrobi z króla Bolesława chrześcijanina – sapała Drahomira z wściekłością, idąc szybkim truchtem schodami, balkonem, a potem przez krużganki. Już zdążyła sprowadzić do niego niemieckiego, bardzo pobożnego mnicha – wysyczał pochylony szpieg w kapturze. Nie wiadomo jak ale zawsze kroczył o dwa kroki przed królową. Księżniczka, sam podsłuchałem, podczas suchych, postnych dni, czytała Bolesławowi kroniki pierwszych męczenników. A on przykrywał się z powodu chłodu niedźwiedzią skórą i słuchał, uważnie słuchał – szpieg przerwał donos, spostrzegł bowiem szybko rosnącą irytację na bladej twarzy Drahomiry. Nie mam niestety dobrych wieści, dostojna pani – mimo to wyciągnął rękę po zapłatę i uchylił drzwi za mur, do zamkowego ogrodu. Tu już panowało inne życie, jakby alternatywny świat, którego pijany, przesycony konwulsjami nieczystości pałac nie znał wcale. Po prawej stronie, tam gdzie Dobrawa poleciła wyciąć drzewa, zbudowano wiatę, a pod nią pielęgnowano chorych. Dziewczyna nauczyła się tego od Wacława – gorączkowo myślała królowa – przecież zamordowany król miał zwyczaj na własnych plecach nosić nawet trędowatych. Ale gdzie jest ona? Drahomira skryła się za krzewami, penetrując czujnie teren zwierzęcym wzrokiem. Na końcu ogrodowych alei stał maleńki dom. Podeszła bliżej i w środku spostrzegła księżniczkę Dobrawę w towarzystwie jej ojca, króla Bolesława. Wypiekali opłatki na hostie, które następnie kropił wodą święconą niemiecki mnich, a młody nowicjusz w habicie zanosił kosz za koszem do zakrystii. W najbardziej oddalonej części ogrodu Dobrawa uprawiała małą, ukrytą winnicę. Drahomira od zawsze lekceważyła tę naiwną dziewkę. Jej pobożności wytykała palcami. Gdy Dobrawa klęczała wieczorem na klęczniku, królowa obgadywała ją do własnych służek za plecami. Była pewna, że księżniczka jest niegroźna. Że nie potrafi walczyć, ni zwyciężać, ślepą siłą polityki z góry skazana na porażkę. Przecież nie umie stawiać pewnie słabych stóp na twardym gruncie zamkowej intrygi. Jest do tego bezczelnie odmienna, nie podoła tym samym zapisać się w historii. Chcą krwi Pańskiej, to będą mieli krew – a jednak królowa nie znajdowała w tej chwili żadnej siły, by wyzwolić dłoń i wyciągnąć ukryty między podwiązkami sztylet. Coś odebrało jej moc na decyzję. Jakby czyste dobro młodej księżniczki krępowało złość starej królowej, obezwładniało i przeważało nad nią. Drahomira pierwszy raz poczuła tego dnia, jak traci się władzę absolutną.
W początkowych wersetach słynnej księgi Hioba szatan zostaje ucharakteryzowany na intryganta. Wygląda jak podły szpieg (por. Hi 1, 7). Jego wędrowanie po ziemi pozornie nie ma docelowej stacji, jakby obierał włóczenie się za cel własnego istnienia. A jednak demon przestaje tu i tam za węgłem na jednej nodze, ćmiąc niedopałki z papierosa. Do cudzego ucha powtórzy chodnikową plotkę ale już w zwielokrotnionej wersji. Wiedza szatana to społeczna gra w głuchy telefon. Chodzi o zastrzyk skrajnego sceptycyzmu między ludźmi tak, aby mówili, że nie ma ani prawdy, ani dobra, ani szlachetnej miłości na tej ziemi. Dlatego Jezus weźmie nadzieję ludzkiego istnienia w obronę. Pan prosi uczniów tylko o jedno, aby nie zabraniali (por. Łk 9, 50). Niektórzy znawcy biblijni tłumaczą to również jako nie przeszkadzanie. Często nie da się zorganizować dobru konkretnej przestrzeni do działania. Wówczas wystarczy mu nie przeszkadzać. Niech rozszerza się pod ziemią, swobodnie, niewidocznie osiągając ten sam cel w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Na najbardziej nieprawdopodobny sposób.
Przed wieloma laty pani Halina Frąckowiak śpiewała znany przebój pod znaczącym tytułem: nie wszyscy wielcy już przestali grać. Obiektywne dobro, zmuszone przez chorą legislaturę do zejścia w podziemia, nigdy nie będzie etycznie nielegalne lecz zapowiada wiosnę kultury. Problem mają skorumpowani prawodawcy.