Salonowy świat zobowiązałby ich zaraz do rozwoju zawodowego, zresztą podobnie jak ten biznesowy czy kurialny. Musieliby robić kursy, zbierać pieczątki albo habilitować się z teoretycznej, skostniałej i nikomu niepotrzebnej już w efekcie teologii. A potem po cichu pisać w artykułach przypisy ważnym profesorom i biogramy do tekstów, po których rodzi się polemika ale nie rodzi się wiara. Zresztą nie mieliby już żadnych studentów. Najzdolniejsi zostaliby zobowiązani do robienia kariery. Wepchnięto by ich w ramki i przehandlowano na koniec ich talent ale bez zysku dla nich samych. Żeby uciąć komentarze i zakneblować protesty na ustach, na wszelki wypadek przypięto by im do piersi jakiś diecezjalny medal lub prałacki order. Tylko chrześcijaństwo pozostawia wolność geniuszom do tego stopnia, że zamiast chodzić po katedrach w białych kołnierzykach ze spinkami u rękawów, prawdziwie wybitni i najzdolniejsi składają podanie i wynoszą walizkę gdzieś na koniec świata. Bez prądu, bez intelektualnych dyskusji, bez witamin, bez zdrowia. Nie wykładają filozoficznych teorii w zgodzie z potencją wyszukanej inteligencji. Nie doczekają się własnych auli ani gabinetów. Uczą katechizmu obdarte dzieci na ulicach miast trzeciego świata, na bosaka, na kawałku maty, w porze suchej tak samo jak w deszczowej. To szaleństwo – brat Józef Biesiekierski podparł palcem prawy policzek i z dystansu patrzył na to, co robił brat Albert Chmielowski. Dlaczego zbierasz pieniądze dla Beyzyma? Nie wiemy nawet, czy ten jezuita żyje jeszcze gdzieś tam na Madagaskarze. Wiemy, dostaję regularnie listy od niego – Brat Starszy pochylony, grzebał w szarych kartonach, nie podnosząc wzroku na rozdyskutowanego brata Józefa. Ale Biesiekierski rozpędził się już w głowie, biegł wzdłuż szlaku gorącej wyobraźni. Jechał na emocjach i nie zamierzał hamować – jakie listy? Ostatni przyszedł pół roku temu a teraz ślad po Beyzymie zaginął. Przecież nie radzimy sobie tu i teraz w Krakowie. Nie jesteśmy w stanie ani odziać, ani wykarmić, ani przenocować wszystkich ludzi, których zbieramy z ulic. A Brat Starszy uparł się zbierać fundusze na mityczny Madagaskar. Brat Albert Chmielowski przymknął w tym momencie oczy i jakby przestał słuchać protestów Biesiekierskiego. Pamięcią opuścił Kraków. Wyobraźnią powędrował o dobrych trzydzieści lat wstecz, do Starej Wsi koło Brzozowa. Był rok 1880. Gdyby wtedy, na bardzo krótką chwilę, w jezuickim nowicjacie nie podał mu ręki silny chłop – Jan Beyzym, Adam Chmielowski odszedłby od zmysłów. Może nawet targnąłby się na swoje życia. Z pewnością dzisiaj nie byłoby brata Alberta na bezdomnych ulicach Krakowa. Zapatrzony w siebie narcyz, pusty artysta, ulubieniec krakowskiej cyganerii wstąpił do nowicjatu jezuitów i zaledwie po kilku tygodniach intensywnej pracy ascetycznej zaczął wpadać w ciemną dziurę smutku, nostalgii, depresji, ciemności bez woli, bez refleksji. Chmielowski codziennie czuł na sobie badawczy wzrok magistra. Nowicjusze nie chcieli więc ryzykować i trzymali się na dystans od dziwaka. Tylko Beyzym miał wówczas odwagę przebywać i rozmawiać z Adamem. Jan sobie znanym sposobem nie dopuszczał, by martwe cienie z głowy Chmielowskiego wydostawały się poza granicę umysłu. Przejmował je wszystkie jeszcze przed progiem słów. Czasami po prostu ciągnął Adama na spacer. To tylko pagórki, prawdziwe szczyty są patrz, gdzieś tam – Beyzym rysował niewidoczną linię nad dachem starowiejskiej bazyliki, ciągnąc jej kontury daleko za ośnieżone, bieszczadzkie granie. Pewnego dnia siedzieliśmy na zimnych schodach z lewej strony kościoła, przy furcie. Wiał silny wiatr ale było nam dobrze. Ktoś przyniósł wiejskiego mleka w dzbanku, a Jan powiedział mi wówczas – Brat Starszy spojrzał wreszcie w oczy Józefa Biesiekierskiego – że chciałby w przyszłości pojechać na rosyjski Sachalin i pracować duszpastersko pośród tamtejszych katorżników. Kto wie, może kiedyś listonosz przyniesie nam pierwszą epistołę Beyzyma z Sachalina? Póki co jednak, drogi bracie Józefie, dostaliśmy zgodę władz, by pocztą przekazać środki pieniężne na Madagaskar i zrobimy to bez zwłoki. Dopóki ewangeliczne szaleństwo pociąga czasem jeszcze jakichś ludzi bardziej niż wygodna posada lub kościelna kariera, nie ma co martwić się o przyszłość wiary. Wielkości człowieka nie domaga się powielanie utartych schematów lecz ryzyko pójścia za Bogiem w nieznane.
Jeśli Szaweł z Tarsu wychował się na nużących, jerozolimskich obrzędach, to nawrócony Paweł apostoł przenosi wzrok wysoko, jak sam napisze – aż po górne Jeruzalem (por. Ga 4, 26). Ówczesna Jerozolima, dogniatana sztywniactwem faryzeizmu, sceptycznym mędrkowaniem saduceuszy albo egzaltacją esseńczyków, przestała dawać życie - moralnie biedna, opuszczona, bezpłodna. Tylko daleko, gdzieś w duchowym Jeruzalem zachowało się żywe źródło. Katolicyzm może być w pełni sobą dopiero na nieosiągalnym dla przeciętnych poziomie. Tak było, jest i będzie, że najbardziej utalentowani, inteligentni, piękni ludzie decydują się szaleńczo zająć ostatnie miejsce na świecie. I zamiast bogacić się, kształcić albo rządzić, rzucają to wszystko w kąt egzystencji, by żyć pośród ludzi pozbawionych urody, kultury oraz wpływu na cokolwiek.
Aptissimi – tak nazywał kandydatów do rycerskiego zakonu Ignacy Loyola. Innych nie przyjmował, tylko najbardziej zdatnych, pojętnych, ewangelicznie szalonych, gotowych w życiu na wszystko. Aptissimi – Beyzym i Chmielowski. Od Starej Wsi, przez Kraków, aż po Madagaskar, a może nawet Sachalin. W piśmie do generała jezuitów, ojca Ludwika Martina SJ, Jan Beyzym 23 października 1897 roku, w wieku czterdziestu ośmiu lat – dla wielu zdecydowanie za późno - pisze szalone słowa: „rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego. Gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany. To wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy”. Wybitni i najzdolniejsi nie robią tego dla pozy, odgrywając awangardę na zdjęciach. Po prostu noszą w sobie jakiś stygmat ewangelicznej autentyczności, imperatyw duchowej zuchwałości. Gdyby im go zakazano, umarliby w jednej chwili nieszczęśliwi, jak wolni ludzie zamknięci w religijnym rezerwacie.