Sensacyjne tezy o śmierci ks. Popiełuszki. „Oczekiwałbym większej spójności i odpowiedzialności za słowo”

Prof. Paweł Skibiński, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego, krytycznie odnosi się do najnowszej narracji prokuratora Andrzeja Witkowskiego na temat śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Jego zdaniem wiele tez formułowanych jest bez odniesienia do kluczowej części materiału źródłowego.

KAI: Panie Profesorze, prokurator Andrzej Witkowski, jak twierdzi, w świetle nowych dowodów wysuwa tezę, że ks. Jerzy Popiełuszko zginął w południe 25 października 1984 r., po sześciu dniach tortur fizycznych i psychicznych. Jak Pan odnosi się do tej tezy?

Prof. Paweł Skibiński: Nie wiem skąd prokurator Andrzej Witkowski czerpie taką pewność. Z jego dotychczasowych publicznych wypowiedzi (przede wszystkim kilkuczęściowego wywiadu na łamach „Niedzieli”) nie jestem w stanie odczytać podstaw tej tezy. Jego najnowszej książki jeszcze nie znam – o ile się orientuję, dopiero ma się ukazać, dlatego liczę, że znajdą się w niej dodatkowe, precyzyjnie przedstawione argumenty.

W ostatnich publikacjach prokurator Witkowski przedstawia wiele elementów kwestionujących dotychczasowy stan wiedzy. Trzeba uczciwie powiedzieć, że wiele z nich (choć nie wszystkie) zostało poważnie uargumentowanych. Jednak proponowana przez prokuratora Witkowskiego całościowa próba odtworzenia wersji przebiegu wydarzeń w październiku 1984 r. alternatywnej do dotychczas obowiązującej, z punktu widzenia historyka, nie jest przekonująca.

KAI: Dlaczego?

Główne argumenty, które pojawiają się w wypowiedziach prokuratora, dotyczą zakwestionowania rzetelności pracy lekarzy przeprowadzających sekcję zwłok ks. Jerzego. To są bardzo poważne zarzuty.

Problem polega jednak na tym, że kluczowe dla rozumowania prok. Witkowskiego ekspertyzy, wykonane w 2002 r. na jego polecenie przez kilku lekarzy, jak można sądzić, nie uwzględniały całości istotnego materiału źródłowego. Przede wszystkim integralnego (kilkunastogodzinnego) zapisu filmowego sekcji zwłok zamordowanego księdza oraz czynności towarzyszących, który znajduje się w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Ten materiał nie został wykorzystany przy sporządzaniu ekspertyz. Sam prokurator Witkowski w wywiadach wskazuje, na jakiej podstawie zostały one przygotowane, co rodzi uzasadnione przypuszczenie, że należałoby je powtórzyć, tym razem w oparciu o pełny zasób archiwalny. Lekarze działali bowiem w 2002 r. posiadając jedynie część niezbędnych informacji.

Owszem, te ekspertyzy otwierają ważną dyskusję na temat rzetelności sekcji zwłok, jednak wspomniany zapis filmowy powinien zostać włączony do analizy. Chciałbym skonfrontować hipotezę prokuratora Witkowskiego właśnie z tym materiałem źródłowym.

Istnieje także świadectwo dr. Tadeusza Jóźwiaka, jednego z anatomopatologów uczestniczących w sekcji w 1984 r., który w swojej książce wydanej w zeszłym roku odnosi się do wątpliwości dotyczących raportów sekcyjnych. Podtrzymuje on m.in. opinię, że zmiany pośmiertne wskazują raczej na zgon 19 października. Nie uważam, by to rozstrzygało sprawę, ale te argumenty wymagają odniesienia się do nich i rzetelnej polemiki, poprzez ich sfalsyfikowanie lub potwierdzenie, a prokurator o tym w ogóle nie wspomina.

Moim zdaniem w tej sprawie kluczowa jest odpowiedzialność za słowo. W przestrzeni medialnej zbyt często pojawiają się stanowiska, które przesądzają pewne ustalenia jako fakty, podczas gdy w rzeczywistości mamy do czynienia z mniej lub bardziej uprawdopodobnionymi hipotezami. Jeśli więc pyta mnie Pani, czy zgadzam się ze stwierdzeniem prokuratora Witkowskiego, że jego ustalenia są pewne, muszę odpowiedzieć, że absolutnie się z tym nie zgadzam – nie mam takiej pewności.  

KAI: Co Pan myśli na temat tego co prokurator Andrzej Witkowski mówi o torturach zadawanych ks. Jerzemu Popiełuszce?

W jego publicznych wypowiedziach nie znajduję także przekonującego uprawdopodobnienia tezy o torturach. Wokół sprawy ks. Jerzego narosło przez lata wiele plotek, obecnych w opinii publicznej, jak choćby twierdzenia o okaleczeniu ciała. Te informacje zostały już obalone, jak w przypadku plotek dotyczących odcięcia języka.

Tymczasem w ostatnich wypowiedziach prokurator mówi o niesprecyzowanych torturach, nie wskazując jednoznacznych dowodów. Aby taką tezę rozważać, należałoby ponownie poddać całość materiału sekcyjnego analizie biegłych i jednoznacznie stwierdzić, czy istnieją jakiekolwiek ślady, które mogłyby je uprawdopodobnić. W obecnym rozumowaniu prokuratora takiego uprawdopodobnienia nie dostrzegam.

W niektórych wypowiedziach mowa o torturach psychicznych, które z definicji nie pozostawiają śladów fizycznych. Także ten wątek nie został jednak wystarczająco doprecyzowany.

Chciałbym więc wiedzieć, skąd bierze się ta pewność prokuratora Witkowskiego, skoro dotychczasowe ustalenia śledztw oraz badań historycznych nie tylko tej tezy nie potwierdzają, ale w części ją podważają.

KAI: Czyli w Pana ocenie nie ma dowodów na długotrwałe znęcanie się nad ks. Jerzym Popiełuszką, a jedynie na dotkliwe pobicie?

Mówimy o dwóch różnych kwestiach: o dotkliwym pobiciu oraz o długotrwałym, wielodniowym znęcaniu się. W wersji dotychczas obowiązującej przyjmowano, że pobicie zostało dokonane przez grupę funkcjonariuszy SB kierowaną przez Grzegorza Piotrowskiego. Prokurator Andrzej Witkowski mówi natomiast o innym rodzaju przemocy, o sześciodniowym torturowaniu ks. Jerzego przez innych sprawców.

Zwracam uwagę, że opierając się na opiniach specjalistów dr Tadeusz Jóźwiak, jeden z anatomopatologów dokonujących sekcji w 1984 r., wskazuje, iż nie ma śladów świadczących o długotrwałym znęcaniu się nad księdzem. Jego zdaniem obrażenia dają się wyjaśnić intensywnym, ale stosunkowo krótkotrwałym pobiciem. Nie jestem lekarzem, dlatego mogę odnosić się jedynie do tego, co wynika z opinii ekspertów.

Także z tego względu chciałbym zobaczyć aktualne opinie biegłych sporządzone w oparciu o całość materiału źródłowego. To sprawa bardzo delikatna, bo w takich ekspertyzach część ustaleń ma charakter hipotetyczny, a część opiera się na większej pewności. Te granice wymagają precyzyjnego wyjaśnienia.

Mam też wrażenie, że prokurator Witkowski w swoich analizach zatrzymał się na stanie dokumentacji z około 2004 roku. Materiały, które ujawniły się później, albo nie zostały uwzględnione, albo nie uznał ich za istotne. W takiej sytuacji należałoby jednak oczekiwać jasnego komentarza. Tymczasem w publicznych wypowiedziach, także w obszernym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela”, teza o długotrwałych torturach nie została wystarczająco uprawdopodobniona. Dlatego postawiłbym tu wyraźny znak zapytania, czy rzeczywiście mieliśmy do czynienia z torturami w sensie, o jakim mówi prokurator Witkowski.

KAI: Co jeszcze budzi Pańskie wątpliwości w wersji wydarzeń przedstawianej przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego?

Jednym z kluczowych pytań jest to, skąd bierze się pewność co do operacyjnej współpracy Służby Bezpieczeństwa ze służbami wojskowymi w tak delikatnej sprawie, jak działania wobec ks. Jerzego Popiełuszki. Prokurator sugeruje nie tylko taką współpracę, ale także stawia tezę, że celem miało być pozyskanie księdza jako współpracownika. Nie precyzuje jednak czyjego konkretnie – SB czy WSW? Nie znam przypadków, w których te dwie służby w taki sposób wymieniały się agenturą lub prowadziły wspólne operacje jej pozyskiwania.

Te struktury funkcjonowały zasadniczo autonomicznie, a wręcz miały się wzajemnie kontrolować. Oczekiwałbym więc wyraźnego uprawdopodobnienia takiego rozumowania. Tym bardziej że w samych wypowiedziach prokuratora Witkowskiego dostrzegam pewną sprzeczność.

Z jednej strony twierdzi on, że Grzegorz Piotrowski był inwigilowany przez Wojskową Służbę Wewnętrzną od połowy września. Z drugiej jednak, jeśli był kontrolowany bez swojej wiedzy przez służby wojskowe, a dowiedział się o tym dopiero w trakcie inwigilacji, z pewnością trudno mówić o pełnej współpracy między obiema służbami. Rodzi się więc pytanie, gdzie i w jaki sposób miało dojść do momentu przejścia w relacjach służb od nieufnej kontroli do kooperacji.

W tej narracji nie znajduję także odniesienia do innych istotnych zeznań, jak choćby złożonej w śledztwie relacji funkcjonariuszy drogówki, którzy widzieli Piotrowskiego na tamie we Włocławku 19 października. Oczywiście takie świadectwa można próbować podważać, ale należałoby jasno wskazać, na jakiej podstawie się to czyni. Tymczasem w wersji prokuratora Witkowskiego przyjmuje się, że Piotrowski traci kontakt z ks. Jerzym w momencie przekazania go domniemanemu „komandu wojskowemu”.

KAI: W tej kwestii prokurator Witkowski powołuje się m. in. na relację przyjaciółki Leszka Pękali, przytoczoną w filmie dokumentalnym Piotra Litki, według której Pękala twierdził, że „księdza przejęły służby wojskowe”. Jak Pan ocenia tę przesłankę?

Problem polega na tym, że Leszek Pękala sam mówił o tym wyłącznie w jednym wywiadzie prasowym z 2008 roku. W przypadku śledztwa, które formalnie pozostaje otwarte, należy zadać pytanie, czy taki wywiad może być uznany za wiarygodne źródło. Tym bardziej że pozostaje on w sprzeczności z innymi, wcześniejszymi i późniejszymi wypowiedziami Pękali. Sam Piotr Litka podkreślał, że to świadectwo nie zostało w żaden sposób uprawdopodobnione i nie można rozstrzygnąć, czy Pękala mówił wówczas prawdę. Brakuje dalszych dowodów potwierdzających tę tezę.

Nie oznacza to oczywiście, że w całej sprawie nie ma wątpliwości. Różnica między hipotezą a pewnością moralną jest jednak zasadnicza. W moim przekonaniu osoba tego formatu co prokurator Witkowski nie powinna dokonywać tak daleko idących przeskoków logicznych. Przedstawiając alternatywną wizję wydarzeń, należałoby zmierzyć się z wszystkimi wątpliwościami wobec własnej hipotezy.

Tego w tej narracji nie dostrzegam. Co więcej, mam wrażenie, że prokurator Witkowski nie uwzględnia możliwości rozwiązań pośrednich między „wersją toruńską” a jego hipotezami. Między wersją przyjętą w procesie toruńskim a jego interpretacją istnieje wiele możliwych pośrednich hipotez, obecnych już zresztą w publicystyce i historiografii, które nie przesądzają ostatecznych wniosków, lecz próbują poradzić sobie z meandrami sprawy zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki zafałszowanej przez aparat państwa komunistycznego.

Nawet przyjęcie tezy o dwukrotnym wyłowieniu ks. Jerzego z Wisły we Włocławku nie przesądza o dacie jego śmierci 25 października. Kluczowe pozostają ustalenia anatomopatologiczne. Tymczasem mam powody przypuszczać, że wnioski prokuratora Witkowskiego opierają się na ekspertyzach sporządzonych przy niepełnej znajomości materiału dowodowego.

KAI: Prokurator Andrzej Witkowski twierdzi również, że ks. Jerzy Popiełuszko miał być przewieziony do bunkrów w Kazuniu Polskim, gdzie był przetrzymywany i torturowany aż do śmierci. Jak Pan ocenia tę tezę?

Problem polega na tym, że przedstawiane uprawdopodobnienia są w moim przekonaniu niewystarczające, by uznać to miejsce za miejsce zbrodni na księdzu. Owszem, wiadomo, że Grzegorz Piotrowski dokonywał wcześniej oglądu bunkrów w Kazuniu, ponieważ Waldemar Chmielewski wskazywał je jako potencjalne miejsce przetrzymywania ofiary porwania. Jednak między przygotowaniami do ewentualnego uwięzienia a stwierdzeniem, że rzeczywiście tam go przewieziono, istnieje poważna luka, która wymaga wypełnienia.

W aktach śledztwa z 1984 r. znajduje się 100-stronnicowy dokument wraz z dokumentacją fotograficzną, dotyczący wizji lokalnej przeprowadzonej 27 października w Kazuniu przez ówczesnych śledczych, którzy wiedzieli o wcześniejszej obecności Piotrowskiego w tym miejscu. Dokument ten nie potwierdza śladów obecności w bunkrze ks. Jerzego. Oczywiście można postawić pytanie, czy nie mamy do czynienia z fałszywką, ale w takim razie należałoby jasno wyjaśnić, dlaczego akurat ten element śledztwa zostaje w naszym rozumowaniu zakwestionowany.

Pozostają też inne wątpliwości. W bagażniku samochodu, którym miał być przewożony ks. Jerzy, nie stwierdzono śladów krwi, co prokurator precyzyjnie podkreśla. Trzeba jednak przypomnieć, że znajdowały się tam inne jego ślady biologiczne. To jest zagadka, która wymaga rzetelnego wyjaśnienia.

Zwracam też uwagę, że w narracji prokuratora Witkowskiego brakuje kilku istotnych elementów stanowiących bezpośredni kontekst sprawy. Przede wszystkim nie ma odniesienia do roli w październikowych wydarzeniach kierowcy księdza – Waldemara Chrostowskiego, co jest dla mnie niezrozumiałe. Brakuje również wyjaśnienia kwestii generała Mirosława Milewskiego.

KAI: Mógłby Pan przybliżyć te kwestie?

W przypadku Waldemara Chrostowskiego kluczowe pytanie brzmi: czy uciekł on oprawcom księdza Popiełuszki, czy został przez nich wypuszczony? A jeśli uciekł, jaka była jego dalsza rola w przebiegu wydarzeń? Nie stawiam żadnych oskarżeń, ale te wątpliwości były wielokrotnie podnoszone i wydaje się, że stanowisko prokuratora Witkowskiego byłoby tu istotne dla pełniejszego zrozumienia wydarzeń z 1984 r.

Jeśli chodzi natomiast o generała Mirosława Milewskiego, pytanie dotyczy ewentualnych zleceniodawców Grzegorza Piotrowskiego. Generał Wojciech Jaruzelski publicznie wskazywał Milewskiego, generała Milicji Obywatelskiej, postrzeganego jako najbliżej związanego z sowieckim KGB w polskiej elicie władzy, jako osobę odpowiedzialną za porwanie ks. Jerzego. Miało to także wymiar rywalizacji politycznej. Jest to istotne, ponieważ ten konflikt podważa kluczową tezę prokuratora Witkowskiego o ścisłej i harmonijnej współpracy służb wojskowych i cywilnych. To zagadnienie domaga się wyjaśnienia. Brak tych elementów w przedstawionej narracji pozostawia istotną lukę interpretacyjną.

KAI: Jak w świetle narracji prokuratora Andrzeja Witkowskiego wygląda rola Grzegorza Piotrowskiego, który po zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki został uznany przez sąd za winnego i skazany na 25 lat pozbawienia wolności?

Osobiście jestem zaskoczony swoistym wybielaniem Grzegorza Piotrowskiego i całej grupy funkcjonariuszy SB. Prokurator Witkowski posuwa się bowiem do stwierdzeń sugerujących, że w 1984 r. osądzono niewłaściwe osoby. Tymczasem z dostępnej wiedzy o działalności Piotrowskiego wynika, że był on funkcjonariuszem od tzw. „mokrej roboty”: zajmował się porwaniami, przemocą, fabrykowaniem dowodów i prowokacjami. Nie był natomiast osobą odpowiedzialną za przekazywanie ludzi do werbunku agenturalnego. Rodzą się więc pytania, w jaki sposób prokurator Witkowski godzi te fakty ze swoją interpretacją wydarzeń.

Kolejna wątpliwość dotyczy bardzo krytycznej oceny pierwotnej sekcji zwłok ks. Jerzego. Skoro jak twierdzi prokurator była ona nierzetelna, to jak wyjaśnić fakt, że nie zakwestionowali jej obecni w jej trakcie pełnomocnicy Episkopatu Polski i rodziny zamordowanego księdza, wśród których był m.in. mecenas Jan Olszewski? Tych kwestii w narracji prokuratora Witkowskiego po prostu brakuje.

Efektem tak kategorycznego formułowania tez jest wytwarzanie w opinii publicznej wrażenia, że zagadka śmierci ks. Jerzego została ostatecznie rozwiązana, a wszystkie dotychczasowe ustalenia są błędne. W moim przekonaniu tak daleko idący to wniosek zdecydowanie przedwczesny.

KAI: Co zatem w świetle obecnego stanu wiedzy można uznać za pewne, w odniesieniu do wydarzeń z 19 października 1984 roku?

Z całą pewnością wiemy, że ks. Jerzy został porwany przez oficerów SB z tzw. grupy D – zajmującej się działaniami pozaprawnymi – i zamordowany, a jego śmierć była konsekwencją wielomiesięcznego nacisku i szykan aparatu państwowego (prokuratury, Urzędu do Spraw Wyznań, SB), zastosowanych i skoordynowanych w skali wyjątkowej. I w tym miejscu zaczyna się ciąg pytań.

Mimo stanowiska prokuratora Witkowskiego, nadal uważam, że najbardziej prawdopodobnymi sprawcami zabójstwa byli Grzegorz Piotrowski i jego współpracownicy. Z pewnością w oparciu o enuncjacje prasowe bym ich nie uniewinniał.

Kluczowe pozostaje jednak pytanie o motywy i odpowiedzialność polityczną: kto zlecił działania wobec księdza i w jakim kontekście zostały podjęte? Czy było to działanie przeciwko I sekretarzowi KC PZPR Wojciechowi Jaruzelskiemu, czy na jego polecenie? Istnieje też trzecia możliwość, którą uważam za hipotetycznie najbardziej prawdopodobną: że Jaruzelski i minister spraw wewnętrznych – Czesław Kiszczak wiedzieli o działaniach wymierzonych w ks. Jerzego, w tym o jego porwaniu, a następnie próbowali zarządzać całą sytuacją we własnym interesie. Tego wariantu prokurator Witkowski w ogóle nie uwzględnia.

Owszem, wersja przyjęta w procesie toruńskim ma swoje oczywiste luki i słabości (kwestia bagażnika samochodu, w którym przewożono księdza, kwestia pociętej marynarki Waldemara Chrostowskiego). Jednak alternatywna narracja przedstawiana przez prokuratora Witkowskiego ma ich jeszcze więcej. Zamiast zamykać sprawę, otwiera kolejne pytania i w istocie nie prowadzi do jednoznacznych ustaleń. Przenosi jedynie niewyjaśnione luki w inne miejsca.

KAI: Co należałoby zatem zrobić z tą nową wersją wydarzeń?

Trudno powiedzieć, zdziwienie budzi dla mnie postulat Witkowskiego o ponowne otwarcie procesu toruńskiego. Jak miałoby to wyglądać w praktyce? Kto miałby zostać osądzony, skoro prokurator Witkowski nie wskazuje konkretnych, a nawet potencjalnych sprawców? Pojawia się też pytanie o sens dalszych działań prawnych w sytuacji, gdy zdecydowana większość osób bezpośrednio zaangażowanych w te wydarzenia już nie żyje. To są kwestie, które domagają się bardzo poważnej refleksji.

KAI: Prokurator Witkowski powołuje się na wiedzę prokuratorską, która jest objęta tajemnicą. Może gdyby ją wyjawił udałoby się ułożyć logiczną wersję wydarzeń?

Jako historyk nie mam dostępu do wiedzy prokuratorskiej objętej do dziś tajemnicą śledztwa, dlatego znajdujemy się dziś w sytuacji paradoksalnej. Państwo polskie miało od 1989 roku wystarczająco dużo czasu, by rozstrzygnąć tę sprawę na drodze prawnej. Stało się to jedynie częściowo i w sposób daleki od doskonałości. W tej sytuacji rozsądniejsza wydaje się dziś historyczna dyskusja nad hipotezą prokuratora Witkowskiego. Nie twierdzę, że się myli, ale po zapoznaniu się z jego argumentacją nie jestem też przekonany, że ma rację. Tym bardziej że wciąż toczy się odrębne postępowanie sądowe w sprawie skierowanej przeciwko księdzu Jerzemu prowokacji na ul. Chłodnej w Warszawie, a publiczne enuncjacje mogą mieć realny wpływ na jego przebieg. Oczekiwałbym więc większej spójności i odpowiedzialności za słowo: albo ujawniamy pełen materiał i dyskutujemy w sferze historycznej, albo działamy w ramach prawa, opierając się konsekwentnie na całości znanych archiwów.

Problem polega na tym, że śledztwo od lat toczy się niespiesznie i zamiast przybliżać do prawdy o wydarzeniach z 1984 roku, bywa wykorzystywane jako pretekst do ograniczania dostępu do źródeł. Historycy i osoby mające dostęp do akt dysponują wiedzą jedynie fragmentaryczną, a zdumiewające jest to, że po tylu latach prawdopodobnie nikt nie zna całego materiału archiwalnego. Pozostaje więc pytanie, czy istnieje dziś ktoś, kto rzeczywiście panuje nad całością dokumentów i może z pełnym przekonaniem sformułować ostateczny osąd — czy też wciąż poruszamy się jedynie w obrębie hipotez, obciążonych poważnymi lukami.

***

Prof. Paweł Skibiński – historyk, prof. dr hab., wykładowca Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2010–2015 był dyrektorem archidiecezjalnego Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego; od 2020 do 2024 wicedyrektorem Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej. Specjalizuje się w najnowszych dziejach Kościoła katolickiego. Autor licznych publikacji naukowych i popularnonaukowych, m.in. książek o pierwszej i drugiej pielgrzymce Jana Pawła II do ojczyzny oraz relacjach Kościoła na świecie i reżimów totalitarnych w XX w.; przewodniczy zespołowi redakcyjnemu edycji „Pro memoria” Stefana Wyszyńskiego. Przewodniczy radzie naukowej przy Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama