Ks. dr Będziński: Nie każdy wyjedzie na misje, ale każdy ma obowiązek modlitwy i świadectwa

Paradoks misji i paradoks wiary polega na tym, że najwięcej zdziałał Kościół wtedy, kiedy był słaby, najmniejszy, prześladowany – podkreśla w rozmowie z KAI ks. dr Maciej Będziński. Dyrektor Krajowy Papieskich Dzieł Misyjnych przypomina, że głoszenie Ewangelii i życie wedle zasad wyznawanej wiary jest zadaniem każdej ochrzczonej osoby i w każdym miejscu, w którym żyje.

Tomasz Królak (KAI): Bieżący rok jest bardzo szczególny jeśli chodzi o tematykę misyjną, bo przypada w nim kilka znaczących, godnych przemyślenia i inspirujących, rocznic.

Ks. Maciej Będziński: Tak. Przede wszystkim stulecie niedzieli misyjnej, czyli wydarzenia, które ma jednoczyć wszystkie środowiska misyjne. Papież Pius XI, który w 1926 roku ustanawiał Światowy Dzień Misyjny uczynił to – jak czytamy w reskrypcie wydanym przez Kongregację do Spraw Rytów – dla ożywienia ducha misyjnego. Od tego czasu w przedostatnią niedzielę października  z woli Ojca Świętego na całym świecie sprawowane są Msze św. w intencji ewangelizacji narodów. Wspomniana Kongregacja  postanowiła jednocześnie, że ofiary duchowe i materialne tego dnia, przeznaczone są na dzieła misyjne.

W ciągu minionego stulecia świat bardzo się pozmieniał, bo na przykład wiele Kościołów, które kiedyś były misyjnymi, chociażby w Ameryce Południowej czy w Afryce, stało się silnymi Kościołami, które dzisiaj potrafią już wysyłać w świat swoich misjonarzy. W tym okresie wybuchła II wojna światowa. Ciekawe, że Kościół w Polsce, choć cierpiał wojenny niedostatek i głód, nie przerwał łańcucha pomocy, lecz przekazywał ofiary na rzecz misji nawet w czasie okupacji. 

Minione 100 lat to także intensywny rozwój myśli misjologicznej, by wspomnieć o  encyklice Pawła VI Evangelii nuntiandi, encyklice wielkiego papieża-misjonarza Jana Pawła II Redemptoris Missio i pięciu jego adhortacjach poświęconych poszczególnym kontynentom czy wreszcie adhortacji Evangelii gaudium papieża Franciszka.

Co do Kościoła w Polsce, to warto uświadomić sobie, że nasz Kościół który nieustannie posyła misjonarzy, bo cały czas jesteśmy jeszcze bogaci w powołania kapłańskie i zakonne. Powiedziałbym też, że te kościoły, które mieliśmy wybudować, to już wybudowaliśmy i nie potrzebujemy nowych. Dziś trzeba podnieść wzrok i spojrzeć dalej.

Podzielę się tu swoim doświadczeniem duszpasterskim. W miarę możliwości dojeżdżam do pewnej wiejskiej, parafii, do której na jakieś świętą czy uroczystości zabieram księży pochodzących z Afryki, studiujących w Polsce. Widzę jak wielka jest otwartość i radość wśród tych ludzi z tego powodu, że ktoś taki do nich przyjechał i nauczył się polskiego, żeby sprawować mszę świętą. Polacy są za to bardzo wdzięczni. Kiedy czasami mówimy, że być może za jakiś czas, gdy u nas nie będzie kapłanów, zastąpią nas księża z Afryki, to nie ma jakiegoś przerażenia.

W mojej podwarszawskiej parafii także, od czasu do czasu, widzę afrykańskich księży czy diakonów. Czy uważa Ksiądz, że to są jaskółki zwiastujące coraz większy udział duchownych z krajów tradycyjnie misyjnych, wśród duchowieństwa pracującego w polskich parafiach?

Myślę, że póki co chodzi głównie o ukazanie uniwersalności Kościoła, bo jednak w Polsce ciągle mamy te 30 tysięcy kapłanów. Zanim się zestarzejemy i przejdziemy do wieczności, to jeszcze trochę zejdzie. Uważam jednak, że takie pokazywanie Kościoła uniwersalnego ma znaczenie, bo przecież w czasach żelaznej ani wyjazdy polskich księży za  granicę ani też praca duszpasterska duchownych z innych krajów u nas, nie były możliwe. Utrwaliła się nawet formułka „polski Kościół”. Tymczasem Kościół jest katolicki, Chrystusowy. „Kościoła polskiego” nie ma. W pewnym sensie takie swoiste skrzywienie było naturalne i trzeba to zrozumieć. Jeżeli ktoś nie wyjeżdżał ani też nikt do niego nie przyjeżdżał, to łatwo było nabyć przekonania, że jedynym centrum duchowości jest Jasna Góra, może też Kalwaria Zebrzydowska, ewentualnie także kilka innych świętych miejsc, a za granicą Polski już nic więcej nie ma. Dobrze więc, że obecnie mamy tę wymianę, że przyjeżdżają studenci, że otwierają się klasztory. To także piękny owoc minionych 100 lat i niedziel misyjnych.

Trzeba podkreślić, że niedziela misyjna nie służy tylko do zbierania pieniędzy na budowę kościołów. Jako Kościół finansujemy programy duszpasterskie, wspieramy powołania, duszpasterstwa rodzin czy młodzieży w różnych krajach misyjnych.

Drobna dygresja: kiedy w 2016 roku były Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, jeden z młodych Filipińczyków, który przyjechał wtedy do Polski, zakochał się w naszym kraju, został kapłanem na Filipinach i poprosił swoje władze, żeby posłały go do Polski. Dziś jest tu duszpasterzem, uczy się polskiego, a pracę w naszym kraju traktuje jako swoje powołanie misyjne. Chciałbym więc, abyśmy pozostali otwarci, a rocznica 100-lecia niedzieli misyjnej stała się świętem uniwersalności Kościoła, żebyśmy wszyscy – świeccy, zakony, zgromadzenia, fundacje i  inne instytucje – mogli powiedzieć, że tę niedzielę przeżywamy misyjnie. Naszym wyznaniem wiary będzie to, że zrobimy coś wspólnie, w końcu zrobimy coś wspólnie. Myślę, że bardzo potrzebujemy w Polsce wyjścia poza myślenie plemienne. Ono musi ustąpić perspektywie uniwersalnej, przebiciu się świadomości, że jesteśmy częścią Kościoła powszechnego, katolickiego właśnie.

Chcemy więc przez ten rok, mocniej zaprezentować misje, ale nie w stylu  taniego sentymentalizmem, że oto ktoś porzuca wszystko i  wyjeżdża na krańce świata. Chcemy powiedzieć jasno i przekonywująco: twoja misja jest tam, gdzie jest twoja rodzina, tam gdzie  jest twój dom.

To także główna idea obecnego roku duszpasterskiego w Polsce, przebiegającego pod hasłem Uczniowie-misjonarze”. A chodzi o to, by przełamywać typowe myślenie o misjach przywołujące skojarzenia z odległymi kontynentami i ich egzotyką na rzecz zobowiązania do chrześcijańskiego świadectwa na co dzień i wszędzie, gdziekolwiek się znajdujemy.

Oczywiście. To, że dwa tysiące lat po narodzeniu Chrystusa są miejsca, gdzie jeszcze ludzie Go nie przyjęli, są nieochrzczeni, można by określić jako pewien skandal. Nas, chrześcijan powinno to skłaniać do uderzenia się w piersi. Ale krańce ziemi są wyrzutem  i mobilizacją dla dosłownie każdego ochrzczonego: nie każdy wyjedzie, ale każdy ma obowiązek modlitwy i świadectwa. Wchodzimy tu w całe spektrum możliwości jeśli chodzi o współpracę misyjną. Jedni będą czynić to poprzez pracę z dziećmi, inni będą współpracować z niepełnosprawnymi, zachęcając ich do ofiarowania swojego cierpienia i trudności życiowych dla sprawy głoszenia Ewangelii. Jeszcze inni, wzorem św. Teresy z Lisieux, będą w klasztorach modlić się za dzieło misyjne. Nie wszyscy porzucą swoje domy, swoje rodziny, aby być misjonarzami, ale mogą i powinni mieć w sobie ducha misyjnego, odruch wdzięczności za łaskę chrztu świętego i za tych, którzy poprzedzili nas w wierze i którzy przynieśli nam wiarę.

Wspomniał pan o haśle „uczniowie-misjonarze”. Uczeń to ktoś, kto idzie za mistrzem, kto chce się uczyć, słuchać, kto chce być uważny. W którymś momencie ma zdać też egzamin – teoretyczny, ale także praktyczny. I tu przechodzimy do misjonarza, to znaczy zdawania egzaminu praktycznego z naszego chrześcijańskiego świadectw. Na to właśnie kładziemy nacisk w Papieskich Dziełach Misyjnych, to znaczy na uświadomienie wiernym w Polsce, że ofiara, nawet hojna,  złożona raz w roku w niedzielę misyjną, to za mało. Muszę zadać sobie pytanie: co zmobilizowało mnie do złożenia tej ofiary? Czy była to wiara, czy może chęć uspokojenia sumienia lub gest filantropii? Bo sprawa misji to sprawa wiary.

Powiedział Ksiądz, że ciążącym na chrześcijanach skandalem jest to, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy nie poznali orędzia Chrystusa i nie przyjęli chrztu. Ale czy przyczyną są kwestie „techniczne”, a więc brak misjonarzy lub odpowiednich mediów czy może raczej słabość świadectwa chrześcijan, którzy nie potrafili przekonać innych do drogi Ewangelii, choćby przez fakt, że są podzieleni?

Sprawy techniczne są drugorzędne. Kościół rozwijał się pięknie bez Facebooka, sztucznej inteligencji, Internetu i światłowodów. A rósł dlatego, że Ewangelia była przekazywana z ust do ucha, z ust do ust, z głowy do głowy, czyli poprzez relacje i świadectwo. Znamy to słynne zdanie Tertuliana o chrześcijanach: „Patrzcie, jak oni się miłują”.

Ostatnio rozmawialiśmy w pewnym ekumenicznym gronie i doszliśmy do tego samego spostrzeżenia co błogosławiony Paweł Manna, założyciel Papieskiej Unii Misyjnej, a mianowicie, że największą przeszkodą w dziele ewangelizacji jest rana podziału. Dokonaliśmy jej my, a nie Chrystus. On modlił się „aby byli jedno”. Widział, że te nasze charaktery i działanie złego doprowadzą do podziałów. I teraz bywa, że nie możemy się pomodlić na jednym nabożeństwie albo też nie jesteśmy w stanie dotrzeć z jednym wydaniem Biblii do wszystkich.

Ciągle wydaje mi się, że za mało mówiliśmy o formacji chrzcielnej; o tym, żeby dawać świadectwo. Jestem pod wrażeniem młodych Kościołów afrykańskich, które odwiedzam. Pamiętam na przykład pobyt w Senegalu. Katolików jest tam bardzo mało, jakieś promile. A jednak po ostatniej Mszy św. są w stanie wsiąść na skutery, rowery i pojechać wraz ze swoim księdzem po to, żeby stworzyć grupę ewangelizacyjną. Zanim ksiądz odprawi mszę świętą, to oni jadą do wioski, pomodlą się, pośpiewają, zaproszą dzieci, odwiedzą chorych ale i tych, którzy nie są katolikami lub nawet chrześcijanami. Proszę sobie wyobrazić, jakby to wyglądało u nas, gdyby po tych potężnych, wielkich parafiach miejskich, gdzie mamy po 7-8 mszy świętych, po liturgiach zamiast wracać do swoich samochodów, ludzie  wychodziliby „w miasto” w grupach ewangelizacyjnych. Jakie piękne, niesamowite świadectwo moglibyśmy dać o tym, że zostaliśmy obdarowani i chcemy następnie obdarowywać innych, na zewnątrz.

Myślę, że to jest zadanie na kolejne lata. Uważam też, że – to mocne, ale chcę to powiedzieć – jakoś zawiodła i potęga naszej wiary. A misje są, jak wspomniałem, sprawą wiary właśnie. Chrystus mówi: „Według wiary waszej niech wam się stanie”. Powiedział też, że gdybyśmy z wiarą nakazali górze, żeby się przesunęła, to tak by się stało.

Gdybyśmy więc wyszli na ulice naszych miast, do naszych rodzin i bliskich i głosilibyśmy Chrystusa zmartwychwstałego i żyli Nim, to byłoby największy sukces nas, polskich chrześcijan.

Odwołam się do przykładu 21 męczenników egipskich chrześcijan, koptów zamordowanych w Libii w 2015 roku przez dżihadystów z Państwa Islamskiego. Wśród nich był także jeden nieochrzczony. W trakcie oddawania życia powiedział coś takiego: skoro ci ludzie dają swoją głowę za Boga, to ja chcę w Niego wierzyć. I w ten sposób wyznał wiarę.

Myślę, że brakuje nam takiej potężnej wiary, żywej, zakorzenionej w relacji z Panem Bogiem. Ale jeżeli będziemy nad tym pracować, pytając siebie o postęp własnej wiary i jej siłę, to także i sprawa misji będzie się rozwijać.

Z tego co Ksiądz mówi, to nieco rozleniwia nas wewnętrznie nasze mniemanie – z całą pewnością snute na wyrost – o potędze katolicyzmu w Polsce. To poczucie jakby gasi zapał dzielenia się tym, co mamy najcenniejszego.

Paradoks misji i paradoks wiary polega na tym, że najwięcej zdziałał Kościół wtedy, kiedy był słaby, najmniejszy, prześladowany. Tymczasem chcielibyśmy Kościoła jako potęgi i żeby nagle Jezus Chrystus zapanował władczo nad całym światem. Nie wiem, czy to jest Kościół Chrystusowy. Ten bowiem, chociażby w świetle adhortacji Leona XIV Dilexi te, jest Kościołem ubogim, słabym dla słabych, ale tym, co nas podnosi, jest Chrystus.

Ilekroć upadam, tylekroć jestem mocny. Największe świadectwo dają światu najmniejsze wspólnoty. Najtrudniej jest wierzyć w świecie zlaicyzowanym, ateistycznym, tam, gdzie Kościół jest prześladowany, a więc w takich krajach jak Somalia, Korea Północna,  Afganistan, Niger, Nigeria. Ale właśnie w grupach żyjących w otoczeniu obojętnym, wrogim lub doświadczających jawnego prześladowania ten Kościół jest silny.

A stopień jego „zasolenia” jest zdecydowanie wyższy, aniżeli w krajach cieszących się dostatkiem i wolnością wyznawania religii.

Pamiętam rozmowę w jednej z polskich restauracji, w której jadłem kebab. Obsługiwał mnie młody mężczyzna z wytatuowanym na szyi krzyżem. Pytam: jesteś koptem? Nie, odpowiada, chaldejczykiem, pochodzę Iraku. Powiedziałem skąd pochodzę i że jestem księdzem, na co on: o, wspaniale, ale was, w Polsce wyznanie wiary nic nie kosztuje. Opowiadał dalej, że ma 26 lat i jeszcze dwa lata temu, kiedy był u siebie, chodził do szkółki niedzielnej, bo bez tego nie mógłby uczestniczyć w liturgii. A u was, mówi, idzie się na liturgię ot tak, nic to was nie kosztuje, nie jesteście prześladowani.

Może to dziwny przykład, ale wiadomo doskonale, że jeśli nawet bardzo dzikiemu zwierzęciu stworzymy cieplarniane warunki, to straci ono możliwość przetrwania na zewnątrz. I trochę podobnie jest z nami: życie w dostatku osłabia w nas zdolność przetrwania, to znaczy umiejętność czy wolę do życia zgodnego z zasadami wyznawanej religii.

I tak oto, od kwestii misji przechodzimy do spraw zupełnie podstawowych i najważniejszych czyli tego w co wierzymy i jak tą wiarą żyjemy.

Tak, ponieważ sprawa misji jest sprawą fundamentalną. To nigdy nie jest dodatek i nie możemy tej kwestii traktować “fakultatywnie”. Bez różnego rodzaju duszpasterstw jakoś się obejdziemy, bez uniwersytetów też damy sobie radę, ale jeżeli nie będziemy Kościołem misyjnym, Chrystusowym; jeżeli nie będziemy dawać, nie będzie nas dotykało to, że są ci, którzy jeszcze w Chrystusa nie wierzą, nie przyjmują Go, nie kochają – będziemy bezpłodni.

Rok 2026 to także 200-lecie Żywego Różańca.

U podstaw tego stowarzyszenia jest osoba błogosławionej Pauliny Marii Jaricot, Francuzki, która w 1822 roku dała początek Dziełu Rozkrzewiania Wiary, a cztery lata później, w 1826, założyła Żywy Różaniec. W niej jako świeckiej osobie był cały czas wspomniany przed chwilą niepokój, który powinni odczuwać wszyscy chrześcijanie.

Bardzo dużo modliła się o jedność Kościoła, żywiła też głębokie przekonanie, że musi coś zrobić dla tych, którzy jeszcze nie znają Chrystusa. Ale nie w taki sposób, by samej spakować walizki i wyruszyć na misje. Byłabym tylko jedna, myślała, więc trzeba rozbudzać innych. Była niczym żarzący się węgiel rzucony w stertę zimnego węgla. A coś takiego, jak wiadomo, może zapalić całą hałdę. Na takim myśleniu bazowała. Chciała zaangażować dla dzieła misyjnego więcej ludzi świeckich. Oczekiwała konkretnej ofiary modlitewnej i materialnej, a sama przez całe swoje życie składała wielką ofiarę cierpienia, bo była z słabego zdrowia, przeszła wypadek i uzdrowienie. Koniec jej życia, można by powiedzieć, nie był happy endem. Po ludzku patrząc był stratą, złamaniem całego życia, bo Paulina Jaricot, pochodząca z bardzo bogatej rodziny zostaje w pewnym momencie wpisana do księgi osób potrzebujących pomocy, bezdomnych.

Wszystko postawiła na Kościół, na misję, na Pana Boga. Po ludzku – wszystko traci po to, żeby – nie za swojego życia, ale po śmierci – wszystko odzyskać, ale na sposób ewangeliczny. Straciła jedno, odzyskała sto. I to było niesamowite.

W pierwszy weekend czerwca na Jasnej Górze obchodzić będziemy wielkie święto: III Ogólnopolski Kongres Żywego Różańca. Zaprosiliśmy członkinie rodziny błogosławionej Pauliny Jaricot. Przyjadą członkowie Żywego Różańca z polskich parafii w Toronto, którzy systematycznie modlą się w intencji misji. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że pierwszym zadaniem misjonarza jest modlitwa drugim – formacja siebie, a trzecim – składanie ofiary.

I to właśnie praktykują te dwa i pół miliona ludzi w Polsce modlących się na różańcu. Nie boję się powiedzieć, że najprawdopodobniej będziemy największą grupą na całym świecie świętującą 200-lecie Stowarzyszenia Żywy Różaniec. Będą specjalne nabożeństwa, kongres z udziałem także zagranicznych gości itd. Mszy św. będzie przewodniczył Nuncjusz Apostolski w Polsce.

Chcemy na nowo odkryć charyzmat Żywego Różańca, wrócić do źródła, pokazać modlitwę różańcową jako modlitwę misyjną. Na Jasną Górę zaprosimy też misjonarzy oraz osoby, które w warszawskim Centrum Formacji Misyjnej dopiero przygotowują się do wyjazdu. Czerwcowe wydarzenie będzie służyło też ukazaniu misyjnego, apostolskiego bogactwa Kościoła.

Trzecia okoliczność, która czyni bieżący rok szczególnie z misyjnego punktu widzenia to kolejna rocznica: 110 lat Papieskiej Unii Misyjnej. Jego twórca był wspomniany już błogosławiony Paweł Manna.

Włoski kapłan, niespokojny duch, który na przełomie XIX i XX wieku pracował w Myanmarze, ówczesnej Birmie. Ze względów zdrowotnych wrócił z misji i zajął się formacją kapłanów.  Zakładając Papieską Unię Misyjną chciał, żeby kapłani mimo tego, że nie mogą wyjechać na misje (dla kapłanów diecezjalnych jest to możliwe dopiero od lat 50 XX wieku, zgodnie z dokumentem Piusa XII „Fidei Donum”) modlili się w tej intencji i zostawali członkami PUM i formowali się. Przekonywał przy tym: przyjdzie taki moment, kiedy będziesz mógł wyjechać na misje. Zapraszał do Unii i kleryków, i siostry zakonne, i osoby świeckie.

PUM jest najmłodszym z czterech dzieł papieskich i jedynym – o czym bardzo warto powiedzieć – które w oficjalny sposób nie prosi o ofiary i nie prowadzi projektów wymagających finansowania. Oczywiście wpłacamy tam różne ofiary, intencje mszy świętej, ale to jest dzieło bardzo duchowe; dzieło dla ludzi, którzy chcą formować się w duchu misyjnym.

Na przełomie listopada i grudnia tradycyjnie już będziemy organizować na Jasnej Górze czuwanie PUM połączone z sesją misjologiczną. Chciałbym zaprosić gości z Rzymu, m.in. sekretarza generalnego Unii, biskupów odpowiedzialnych za misje, żebyśmy wspólnie – duchowni, siostry zakonne, bracia zakonni, klerycy i osoby świeckie – modlili się za misje.

Cały bieżący rok chcemy bardzo mocno poświęcić formacji Właśnie ruszamy z kursem Akademii Misyjnej – trzysemestrowym kursem on line, który jest otwarty dla wszystkich, którzy chcieliby wejść w tematykę misyjną, poznać formę współpracy oraz to, co Kościół robi na rzecz misji.

Po Wielkanocy do Polski przybędzie około 20 księży pochodzenia etiopskiego a studiujących w Rzymie, żeby przeżywać u nas swój dzień skupienia.

We wrześniu, w gronie około 25 polskich księży, którzy są członkami Unii, odbędziemy rekolekcje kapłańskie śladami patrystycznymi. Wyjeżdżamy do Turcji, aby tam dotknąć siedmiu kościołów Apokalipsy.

Będziemy organizować szkołę animatorów misyjnych, a po Wielkanocy spotkanie dla sióstr zakonnych. Zaplanowaliśmy także dni skupienia dla księży w różnych diecezjach. Prowadzimy stałą formację nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej, czyli świeckich mężczyzn, sióstr zakonnych, którzy rozdzielają Komunię świętą w domach, u chorych, w szpitalach.

Kiedy słucham o tych wszystkich misyjnych planach i nadziejach, to przychodzą mi do głowy słowa św. Piotra: „Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”. Bo temu chyba wszystkie te zaplanowane wydarzenia mają służyć.  Z tym, że chodzi nie tylko o wizje odległych misji, ale świadectwo na co dzień.

Na tyle, na ile czuję zjednoczenie z Chrystusem, na tyle jestem misjonarzem. Innymi słowy: na ile czuję, że nadzieja życia wiecznego wlana jest we mnie przez Chrystusa, na tyle będę o tym mówił, świadczył, będę tego świadkiem. Nie jesteśmy w stanie dać tego, czego sami nie posiadamy.

Źródło: KAI

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama