Demografia: lekarstwem na niską dzietność nie są żłobki, potrzebujemy zupełnie innego podejścia

Demografia to obecnie problem numer jeden. Współczynnik dzietności w Polsce jest dramatycznie niski, a polityka prorodzinna państwa koncentruje się nie na tych obszarach, na których powinna. Rozmowa z Mateuszem Łakomym, specjalistą ds. demografii, geopolityki i strategii, autorem książki „Demografia jest przyszłością”.

Polaków z roku na rok jest coraz mniej, a prognozy są mało optymistyczne... Z czego to wynika?

Przede wszystkim z tego, że od lat mamy bardzo niską dzietność. W ostatnim czasie rośnie nam także umieralność, czyli odchodzą osoby, które rodziły się tuż po wojnie i były bardzo licznymi rocznikami. Na razie nic nie wskazuje na to, by dzietność w Polsce miała istotnie wzrosnąć sama z siebie, dlatego jeśli nic nie zmienimy, spodziewamy się kontynuacji tego trendu: że już zawsze będzie więcej osób umierających niż rodzących się.

Tak dzieje się w całej Europie, ale eksperci wskazują, że u nas ten spadek dzietności nastąpił o wiele szybciej niż w innych krajach Zachodu.

Rzeczywiście on nastąpił szybciej. Jeszcze do niedawna niektóre z krajów zachodnich, jak Francja, Islandia czy kraje nordyckie, miały dzietność zbliżoną do zastępowalności pokoleń lub nawet większą. Ale to również się skończyło, bo od 15 lat tam także dostrzegamy wyraźne spadki. W Polsce ostatni raz mieliśmy dzietność na poziomie zastępowalności pokoleń w 1989 r., jednak to zmieniło się już w latach 90 i od tamtej pory problem pogłębia się.

Z czego to wynika?

Intensyfikują się dotychczasowe, ale też pojawiają nowe czynniki, które negatywnie wpływają – po pierwsze – na tworzenie się związków, a po drugie – na to, że jeżeli związek już nawet powstanie, pary mają mniej dzieci. Takim nowym czynnikiem, jaki nie miał znaczenia jeszcze 10, 15 czy 20 lat temu, jest wejście w dorosłość ludzi wychowujących się ze smartfonem w ręku, który osłabił ich zdolności do tworzenia relacji. On wpłynął na ich kondycję psychiczną, wyizolował społecznie, sprawił, że mają większe trudności z tym, by funkcjonować w towarzystwie. Kolejny czynnik: więcej z tych osób jest jedynakami, czyli nie socjalizowali się nawet w domu rodzinnym, a ich rodzice często długo pracowali, czyli byli fizycznie i emocjonalnie nieobecni.

Rodzina i rodzeństwo, zwłaszcza mieszane, tzn. bracia i siostry, to najlepsze „pole doświadczalne” relacji? Pozwala na poznanie pewnych mechanizmów, jakimi rządzą się związki?

Dokładnie. A jeśli tego nie ma w domu, trzeba tych relacji nauczyć się np. w szkole, na wyjazdach, na podwórku.

Tylko na podwórko dziś mało kto wychodzi...

Bo albo rodzice nie pozwalają, albo bardziej pociągające są komputer i smartfon. Duży problem jest w miastach, bo nawet jeżeli młodzież chodzi na jakieś zajęcia, to one odbywają się w określonych godzinach, są wypełnione zadaniami i dzieciom trudno podczas nich zbudować relacje z rówieśnikami. Z kolei w przypadku osób mieszkających poza dużymi miastami często w budowaniu relacji – np. na poziomie szkoły średniej – przeszkadzają trudności komunikacyjne, brak miejsca do spotkań, gdzie można usiąść, pogadać, pośmiać się – po prostu poznać.

Właśnie brak własnego mieszkania wiele osób wskazuje jako przyczynę braku rodziny. Tymczasem kiedyś z mieszkaniami było o wiele trudniej, a dzieci się rodziły. Praca również dziś raczej nie stanowi problemu.

Owszem, tylko problem dla młodych dorosłych stanowi fakt, że ta praca jest bardzo często niestabilna. W grupie młodych dorosłych, czyli dwudziestoparolatków, Polska – wśród krajów Europy – ma jeden z większych odsetków osób zatrudnionych na umowę o pracę na czas określony. A to oznacza, że ona się kończy za miesiąc, dwa, trzy i nie wiadomo, czy będzie przedłużona – to nie daje poczucia stabilności, które jest niezwykle ważne, by zdecydować się na dziecko. Odnosząc się do lat 80, trzeba pamiętać, że wtedy i wcześniej byliśmy w procesie bardzo długiej zmiany. Ona zaczęła się w XIX w. i zmieniła wzorce, według których ludzie decydowali się na posiadanie potomstwa. Dzisiaj jesteśmy na końcu tego procesu, czyli planujemy: chcemy mieć swoje gniazdko, stabilne zatrudnienie, po prostu być dobrze przygotowanymi do przyjęcia dziecka. A wcześniej dzieci się po prostu rodziły i mało kto się nad tym zastanawiał.

Czy światopogląd, wyznawana religia mają wpływ na to, czy ktoś zakłada rodzinę?

Tak, olbrzymi. Jedną ze zmiennych najlepiej tłumaczących proces wchodzenia w związki oraz ich trwałość jest właśnie poziom religijności. Osoby niewierzące mają najmniejszą „skuteczność” tworzenia rodzin, ich trwałości i mają najmniej dzieci. I odwrotnie: ci, którzy deklarują się jako wierzący, mają potomków najwięcej. Z badań demograficznych wiemy, że wysoki poziom religijności jest jedną z niewielu rzeczy, które wyjaśniają, dlaczego ludzie mają trójkę lub więcej dzieci.

Może dlatego, że są w stanie bardziej się poświęcić dla drugiej osoby, dla rodziny? Są mniej egoistyczne?

Poświęcenie to złe słowo, bo ono zakłada pewne cierpienie. Demografowie tłumaczą to raczej jako zrozumienie, iż dzieci to wartość wyższa, coś ważniejszego w życiu, w hierarchii innych różnych elementów, czynników. Drugi element to fakt, że osoby religijne wywodzą się z religijnych rodzin, zazwyczaj mają więcej rodzeństwa, które jest gotowe do pomocy, podobnie dziadkowie są bardziej skłonni do pomocy w opiece nad dziećmi. Tacy ludzie o wiele częściej formalizują swój związek, te z kolei rzadziej się rozpadają, a trwałość małżeństwa stanowi istotny element wpływający na dzietność. Dzieci w religijnych rodzinach to nie tylko kwestia wiary, ale też okoliczności społecznych, w jakich te osoby się obracają.

Szybko postępująca laicyzacja polskiego społeczeństwa sprawi, że będzie nas jeszcze mniej?

Ona będzie skutkowała jeszcze większą presją na spadek urodzeń. Z badań najmłodszych dorosłych już wiemy, że różnica między osobami wierzącymi a niewierzącymi co do wizji przyszłości, posiadania rodziny, jest jeszcze bardziej wyraźna niż u osób starszych. Do tego wśród najmłodszych roczników osób niewierzących jest po prostu więcej.

Różne pomysły, jak np. wsparcie finansowe młodych rodziców, nie sprawiły, że Polaków rodzi się więcej... Co więc robić?

Staram się opisać to w mojej książce „Demografia jest przyszłością”. Zawarłem w niej kwestie mocno wykraczające poza konwencjonalne i stare myślenie. Bo ono jeszcze pokutuje: że lekarstwem na niską dzietność są żłobki, przedszkola, ulgi podatkowe, transfery. Tylko takie myślenie jest już nieadekwatne do sytuacji, jaką obserwujemy. My wiemy, że tych elementów jest o wiele więcej i widzę w ostatnich dwóch, trzech latach wzrost zainteresowania tym tematem. Niestety – debata publiczna jest bardzo powierzchowna, a problem leży głębiej.

W czym tkwi clou tego problemu? Ma Pan jakieś wskazówki?

Należy rozpocząć działania nakierowane na sprzyjanie wchodzeniu w związki i posiadaniu dzieci w o wiele większym, szerszym zakresie niż dotychczas. Np. zwrócenie uwagi na wyrównanie poziomu wykształcenia między kobietami a mężczyznami. Niemal we wszystkich krajach kobiety mają wyższe wykształcenie niż mężczyźni, co utrudnia formowanie związku. Druga kwestia to walka z niestabilnością zatrudnienia – żeby młodzi dorośli szybciej dostawali umowy o pracę na stałe. Bo wówczas kobiety są w jakimś stopniu chronione, mają prawo do zasiłku macierzyńskiego, zapewniony po nim powrót do pracy. A jeśli mężczyzna ma umowę na czas określony, rodzina nie zdecyduje się na potomstwo, ponieważ jego dochód zwykle jest wyższy i stanowi silniejszy gwarant stabilności finansowej rodziny. Bardzo mocno należy też ograniczyć dostęp do mediów społecznościowych, smartfona, internetu, pornografii i lękowych komunikatów, które są wszechobecne w internecie. Powinniśmy się przyjrzeć kondycji psychicznej dzieci, młodzieży i młodych dorosłych – ale z perspektywy nakierowania siebie na możliwość posiadania dzieci. Wiadomo, że dzieci i młodzież wywodzące się z rodzin z trudnościami mają mniejszą skłonność do tworzenia trwałych związków i posiadają mniej dzieci. Te osoby powinny mieć możliwość przepracowania swoich traum, by móc wejść w dorosłość. Wiemy też, że trwałości związków i lepszej z nich satysfakcji sprzyja przejście przez dobry kurs przedmałżeński, który pokaże, jaka jest dynamika małżeństwa, etapy, sposoby radzenia sobie z trudnościami. Obecnie mają do tego dostęp właściwie tylko osoby zawierające małżeństwo wyznaniowe, a nawet tutaj poziom tych kursów jest bardzo zróżnicowany. Warto, by także później pary miały dostęp do pewnego profilaktycznego badania jakości swojego związku.

Źródło: Echo Katolickie 5/2026

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama