Loot boxy: legalna pułapka hazardowa na dzieci. Eksperci biją na alarm

Otwierasz skrzynkę w grze zainstalowaną na telefonie. Nie wiesz, co dostaniesz. Płacisz prawdziwymi pieniędzmi. I robisz to codziennie. Brzmi jak hazard? Dla polskiego prawa – niekoniecznie. Dla dzieci – już tak.

Podczas niedawnego posiedzenia sejmowej Komisji do Spraw Dzieci i Młodzieży oraz Komisji Cyfryzacji posłowie, eksperci i przedstawiciele ministerstw uderzyli w jeden ton: mechanizmy hazardowe ukryte w popularnych grach online wciągają polskie dzieci szybciej, niż państwo potrafi zareagować. A skala problemu jest naprawdę zatrważająca.

Jedna trzecia nastolatków już w to gra

Badania pokazują, że aż 67 procent dzieci w wieku 13–17 lat zetknęło się z grami oferującymi elementy pay-to-win, czyli modelem, w którym za pieniądze kupuje się przewagę nad innymi graczami. Co gorsza, 34 procent miało już bezpośredni kontakt z mechanikami hazardowymi, a w tym z loot boxami. 21 procent nastolatków przyznało wprost, że płaciło realnymi pieniędzmi w grach z elementami losowości, nie rozumiejąc przy tym ryzyka finansowego.

Liczby robią wrażenie. Średni miesięczny wydatek młodego gracza to 184 złote. W grupie najbardziej zaangażowanych – ponad 600 złotych miesięcznie. Do tego dynamika wzrostu takich zachowań wynosi 12 procent rok do roku. Problem rośnie w tempie, za którym instytucje publiczne zwyczajnie nie nadążają.

Czym są loot boxy i dlaczego tak bardzo uzależniają?

To właśnie loot boxy są dziś sprytnie zakamuflowaną formą hazardu. Wirtualne skrzynki z losową zawartością – skórki postaci, ulepszenia, rzadkie przedmioty – wyglądają niewinnie. Ale eksperci nie mają wątpliwości: to systemy zaprojektowane z chirurgiczną precyzją, żeby wyciągnąć z gracza jak najwięcej pieniędzy. Zwłaszcza z młodego gracza.

Jak to działa? Mechanizm „prawie trafiłem", sugeruje dziecku, że było o krok od cennej nagrody. Jeszcze jedna skrzynka i może się uda. Gry używają wirtualnych walut – „kryształów", „gemsów" – które skutecznie zacierają realną wartość wydawanych pieniędzy. Rodzic widzi 20 złotych na rachunku, dziecko widziało tylko 200 gemsów. To spore, celowe rozmycie.

Do tego dochodzi strach przed przegapieniem okazji. Limitowane czasowo wydarzenia, ekskluzywne przedmioty dostępne tylko przez 48 godzin, presja rówieśnicza i publiczne otwieranie skrzynek przez influencerów na żywo – wszystko to napędza impulsywne zakupy. Algorytmy mogą zresztą dostosowywać szanse na nagrodę indywidualnie dla każdego gracza, co czyni cały system jeszcze bardziej perfidnym.

Jak ostrzega Marta Witkowska z NASK: „Młodzi często nieświadomie angażują się w mechanizmy hazardopodobne, szukając w grach przyjemności i emocji, co prowadzi do częstszego grania i rosnących wydatków."

I w tym tkwi sedno. Choć loot boxy formalnie nie są w Polsce uznawane za hazard, ich mechanizmy działają dokładnie tak samo jak jednoręki bandyta. Silne emocje, napięcie, niepewność wyniku, natychmiastowa gratyfikacja – i pętla się zaciska.

„Jeżeli dziecko codziennie otwiera skrzynkę za pieniądze, to jest uzależnienie"

Poseł Adrian Zandberg nie owijał w bawełnę: „Jeżeli dziecko otwiera skrzynkę w grze za pieniądze, nie wiedząc, co dostanie, to jest to hazard. A jeśli robi to codziennie, to jest uzależnienie."

Zwrócił uwagę, że rynek gier jest dziś potężniejszy niż tradycyjny hazard, a regulacje od lat nie nadążają za praktykami wielkich korporacji technologicznych. Państwo wciąż nie potrafi odróżnić „mikropłatności" od „mikrozachowań hazardowych" – i to jest właśnie największy problem.

Poseł Janusz Cieszyński poszedł jeszcze dalej: „Platformy cyfrowe projektują mechanizmy monetyzacji tak, aby wykorzystać impulsywność i brak doświadczenia młodych ludzi." Dodał, że szczególnie groźne są gry oparte na losowych nagrodach, bo łączą hazard z presją rówieśniczą. To połączenie działa na nastolatka jak podwójne uderzenie.

Dzieci klikają, bo gra tego oczekuje. Rodzice dowiadują się z rachunku

Wiceminister cyfryzacji Michał Gramatyka powiedział wprost: „Rodzic nie wygra z algorytmem. To państwo musi postawić bariery." Mechanizmy monetyzacji projektowane są tak, żeby wciągać dzieci na maksymalnie długi czas i generować cykliczne płatności. Według niego konieczne jest stworzenie europejskich standardów bezpieczeństwa dla aplikacji i gier udostępnianych nieletnim.

Podobnie ocenia sytuację Robert Typa z Ministerstwa Sprawiedliwości: „Dzieci klikają, bo gra tego oczekuje. Nie rozumieją wartości pieniądza, a system jest stworzony tak, aby ukrywać realny koszt zakupów". Jego zdaniem celowe utrudnianie dostępu do informacji o prawdziwej cenie skrzynek czy wirtualnych walut powinno być traktowane jako wprowadzanie nieletnich w błąd.

Marta Witkowska z NASK dodała kolejny niepokojący wątek: monetyzacja gier nie istnieje w próżni. Łączy się z algorytmami rekomendacji, powiadomieniami push, krótkimi filmami i kulturą nieustannej rywalizacji. Efekt? Rosnąca liczba zgłoszeń dotyczących wycieńczenia psychicznego, problemów szkolnych i agresji u dzieci, które straciły kontrolę nad graniem.

Co na to regulacje? Bezradność po wszystkich stronach

Wnioski z komisji są jednoznaczne: potrzebne są obowiązkowe oznaczenia gier zawierających loot boxy, twarde ograniczenia płatności dla nieletnich i realna kontrola praktyk największych platform cyfrowych. Można przypuszczać, że bez systemowych zmian problem będzie tylko narastał.

Problem w tym, że ministerstwa – Edukacji, Cyfryzacji i Finansów – na posiedzeniu komisji sprawiały wrażenie bezradnych. Resort edukacji skupia się głównie na działaniach profilaktycznych i szkoleniach nauczycieli. Dyrektor Tomasz Kulasa zaznaczył, że „kwestia Ministerstwa Edukacji to jest rola głównie edukacyjna" – co brzmi rozsądnie, ale w obliczu skali zjawiska wydaje się niewystarczające.

Tymczasem gry z loot boxami są dostępne tu i teraz, dla każdego dziecka z telefonem. I co dalej? Tego nikt w komisji nie powiedział wprost. Ale jedno jest pewne – im dłużej trwa dyskusja, tym więcej skrzynek otwierają polskie dzieci.

Źródło: poradnikzdrowie.pl

 

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama