„To uderzenie jest przede wszystkim w interesie Izraela. Irański program nuklearny i rosnące wpływy Teheranu w regionie są dla niego egzystencjalnym zagrożeniem. Izrael od lat powtarza, że nie dopuści do sytuacji, w której Iran osiągnie zdolność budowy broni jądrowej, i konsekwentnie realizuje tę doktrynę, także metodami siłowymi” – mówi prof. Mieczysław Ryba.
Politolog i historyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” zauważa, że sygnały, iż zbliża się wojna USA i Izraela z Iranem były widoczne od dłuższego czasu.
„Wcześniejsze starcia między Izraelem a Iranem – wojna dwunastodniowa z 2025 roku – nie doprowadziły do trwałego rozstrzygnięcia, nie wskazały zwycięzcy, a więc raczej zamroziły konflikt na chwilę. W takich warunkach powrót do konfrontacji był kwestią czasu. To nie jest nowa wojna, to kolejny rozdział tej samej historii” – podkreśla politolog.
Jak zaznacza, „z perspektywy strategicznej to uderzenie jest przede wszystkim w interesie Izraela”.
„Irański program nuklearny i rosnące wpływy Teheranu w regionie są dla niego egzystencjalnym zagrożeniem. Izrael od lat powtarza, że nie dopuści do sytuacji, w której Iran osiągnie zdolność budowy broni jądrowej, i konsekwentnie realizuje tę doktrynę, także metodami siłowymi. Stany Zjednoczone oczywiście również mają w tym swój interes, ale ich zaangażowanie jest bardziej złożone. Waszyngton kalkuluje globalnie, patrzy na relacje z Chinami, Rosją, na układ sił w Zatoce Perskiej”
– tłumaczy.
Negocjacje i protesty
Prof. Ryba przypomina, że w Genewie toczyły się irańsko-amerykańskie rozmowy dotyczące programu atomowego Iranu. Donald Trump twierdzi jednak, że nie prowadziły do konkretnych rezultatów, a Teheran miał planować uderzenie na USA, więc został uprzedzony. Jednak w samym Iranie niedawno miały miejsce wielkie antyrządowe protesty.
„Społeczne niezadowolenie było wyraźne, sprzeciw wobec władz mocny – mówi Mieczysław Ryba. – Z kolei reakcja aparatu bezpieczeństwa brutalna. Mimo to system się utrzymał. Nie doszło do przesilenia, którego wielu obserwatorów na Zachodzie się spodziewało, a może nawet na nie po cichu liczyło. Jeżeli ktoś w USA i w Izraelu kalkulował, że presja wewnętrzna obali reżim ajatollahów, to ten scenariusz się nie zrealizował. W takiej sytuacji naturalnym krokiem jest uruchomienie drugiej fazy operacji: osłabienie państwa od zewnątrz, podkopanie jego zdolności militarnych, pogłębienie kryzysu gospodarczego i politycznego”.
Bez inwazji lądowej
Zewnętrzna presja może doprowadzić do głębszej zmiany – przypuszcza prof. Ryba.
„Tyle że historia regionu uczy pokory – dodaje jednak. – Zewnętrzne uderzenia rzadko prowadzą do stabilnej transformacji. Częściej otwierają drzwi do chaosu, radykalizacji i długotrwałej niestabilności. A to scenariusz, którego skutki mogą odczuć nie tylko Iran i jego sąsiedzi, lecz także cały Zachód. Nie sądzę, by Stany Zjednoczone były dziś gotowe na długotrwałą, wyniszczającą kampanię na Bliskim Wschodzie. Doświadczenia z Afganistanu i Iraku, kosztowne finansowo i politycznie, odcisnęły trwałe piętno na amerykańskiej strategii. Wieloletnia okupacja, budowanie państwa od zera – to scenariusz, którego w Waszyngtonie nikt rozsądny nie chce powtarzać. Dlatego bardziej prawdopodobna wydaje się operacja ograniczona w czasie i skali, nastawiona na osłabienie potencjału militarnego Iranu oraz wysłanie czytelnego sygnału, motywującego także ludność Iranu do obalenia reżimu. Celem nie musi być fizyczne zajęcie terytorium ani frontalna inwazja, lecz maksymalne osłabienie władz w Teheranie, do ich finalnego upadku”.
Źródło: „Nasz Dziennik”
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.