reklama

Przyszłość należy do Afryki. Tylko 5 proc. dzieci urodzi się w Europie

Spadająca liczba urodzeń w krajach zachodnich, w połączeniu z presją migracyjną, prowadzi Zachód w stronę demograficznej autodestrukcji. W 2026 roku tylko 3 proc. światowych urodzeń przypadnie na Amerykę Północną, a 5 proc. na Europę, podczas gdy Afryka i Azja będą dominować w globalnej demografii.

AA

dodane 03.03.2026 10:25

Badania opracowane przez serwis Visual Capitalist na podstawie danych ONZ pokazują, że w 2026 roku zaledwie 8 proc. wszystkich dzieci na świecie urodzi się w Europie, Ameryce Północnej i Oceanii (Australia, Nowa Zelandia i kilka mniejszych państw).

Przeciwnie, bo aż 85 proc. dzieci przyjdzie na świat w Afryce i Azji. Według danych ONZ, 49 proc. wszystkich noworodków urodzi się w Azji, 36 proc. w Afryce, a 7 proc. w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach. Na Amerykę Północną (Stany Zjednoczone i Kanada) przypadać będzie zaledwie 3 proc. światowych urodzeń, na Europę – 5 proc., na Oceanię – niecały 1 proc. 

„Azja ma odnotować około 64,9 miliona urodzeń w 2026 roku, co stanowi około 49 proc. wszystkich urodzeń na świecie” – zauważa Visual Capitalist.

Odsetki te nie rozkładają się proporcjonalnie do liczby ludności poszczególnych regionów świata. W Europie mieszka blisko 9 proc. światowej populacji, zatem dzietność jest o połowę niższa od światowej średniej. USA i Kanada to łącznie 4,7-4,8 proc. ludności świata. Niewiele dzieci mają też Azjaci. Wprawdzie to tam ma przyjść na świat najwięcej osób, ale też kontynent jest najludniejszy. Żyje na nim ok. 60 proc. mieszkańców naszej planety. 

Tymczasem na Afrykę przypada mniej niż 20 proc. populacji. Dzietność jest tam więc blisko dwukrotnie wyższą od średniej. W Ameryce Północnej przewiduje się zaledwie 4 miliony urodzeń, w Europie – 5 milionów. Tymczasem Afryka może liczyć na ponad 47 milionów noworodków, pomimo wieloletnich wysiłków państw zachodnich, które starały się obniżyć tamtejszą dzietność poprzez promowanie antykoncepcji i aborcji.

Wielka Wymiana

Spadek liczby urodzeń w krajach zachodnich już dziś ma katastrofalne konsekwencje. Nacjonaliści, próbujący odzyskać kontrolę nad swoimi państwami, często mówią o „Wielkiej Wymianie” – zastępowaniu ludności rdzennej Europy przez migrantów. Fakt, że wielu z nich to muzułmanie, prowadzi do przewidywalnych problemów społecznych i politycznych.

Jednak w wielu aspektach „Wielka Wymiana” jest skutkiem przewidywalnym – efektem świadomej destrukcji i porzucenia tradycyjnej rodziny w krajach Zachodu po Rewolucji Seksualnej. To nie migranci sprawili, że rodziny angielskie i francuskie przestały mieć dzieci. To nie oni odeszli z kościołów holenderskich i belgijskich. Dziedzictwo Zachodu nie zostało skradzione – zostało porzucone.

„Mówiąc wprost: ludzie, od których zależy nowoczesność, nie reprodukują się, co oznacza, że sama nowoczesność nie potrafi się odtworzyć” – pisała niedawno Louise Perry. „Większość wyborców nie zdaje sobie sprawy, że tak się dzieje. Większość polityków również. A jednak proces ten trwa, a jego wczesne objawy widzimy w postaci różnorodnych kryzysów politycznych na całym świecie”.

Co to oznacza w praktyce? Kryzysy związane z masową migracją, islamizacją, eutanazją czy spadkiem poziomu życia będą się pogłębiać.. „Jeżeli ludzie nowocześni nie będą się rozmnażać, nowoczesność nie przetrwa. W jednym lub drugim scenariuszu powrócimy do znacznie starszego sposobu życia.”

Źródło: lifesitenews.com

1 / 1

reklama