Bieda nie jest śliczna

Transformacja ustrojowa trwa w naszym kraju już 20 lat, a biedy nie ubywa, a raczej przybywa

Bieda nie jest śliczna

Transformacja ustrojowa w naszym kraju trwa już ponad 20 lat. Są jej beneficjenci i ludzie, którzy nie poradzili sobie w realiach dzikiego kapitalizmu. Jednak największą ofiarą przemian są dzieci. Biedę w Polsce już się dziedziczy.

Aż 26 proc. polskich dzieci jest zagrożonych ubóstwem — alarmuje raport Komisji Europejskiej. Średnia w Unii to 19 proc. Podobnie fatalną statystykę ma jeszcze tylko Łotwa. Ale gdy wchodziliśmy do Unii i odegrano „Odę do radości”, obiecywano raj dla dzieci. Miały wstępować na studia na Oksfordy i gonić za granicę za awansem społecznym.

Głosowały za tym otumanione propagandą ich babcie. Namiętnie pokazywano je wówczas w telewizji. Nikt się nie spodziewał, że w kolejnych wyborach do młodych, którzy właśnie nabyli prawo wyborcze, ludzie z kręgu PO zaadresują hasło „Schowaj babci dowód, niech nie idzie na wybory”. Nie każda polska babcia ma wszak kłopoty z pamięcią...

Niewdzięczny temat

Ubóstwo to temat nieatrakcyjny dla obecnego rządu, robiącego oko do ludzi biznesu, którym się powiodło, oraz do „młodych, wykształconych, z dużych miast”. Na naszych oczach narodziły się dwie Polski — lepsza i gorsza. Oczywiście określenia te mogą się odnosić wyłącznie do sfery materialnej. — W 2009 r. ponad 17 proc. Polaków doświadczało ubóstwa i wykluczenia lub było nimi zagrożonych — mówi dr hab. Ryszard Szarfenberg z Instytutu Polityki Społecznej UW. Dane za ubiegły rok poznamy jesienią. Jednak proces rozwarstwienia społecznego się pogłębia.

Wraz z bezrobociem rośnie obszar biedy. — Brak pracy jest główną przyczyną ubóstwa — potwierdza minister pracy Jolanta Fedak. A w Polsce wskaźnik zatrudnionych nie przekracza 60 proc. grupy ludzi w wieku produkcyjnym. Bezrobotni siedzą w domach, rozluźniają się ich więzi społeczne, maleje poczucie własnej wartości. Wpadają w depresje i uzależnienia. — Wstaję rano. Robię przedziałek i mam fajrant — mówi niby dowcipnie, ale z goryczą 45-letni Marek Wójcik, zwolniony grupowo parę lat temu z „Ursusa”. 36-letni Mirek Rosiński z Katowic przyznaje, że odkąd stracił pracę, codziennie o 6.30 rano normalnie wychodzi z domu „do roboty”, żeby pokazać dzieciom, że mają pracującego ojca, troszczącego się o rodzinę. Wstydzi się przyznać, że jest bezrobotny. Nie chce dawać złego przykładu, pragnie też utrzymać dotychczasowy rytm życia całej gromadki. Większość czasu spędza w hospicjum jako wolontariusz, bo jednak chce być ludziom przydatny. A pracy „za pieniądze” wciąż szuka. Czasem złapie dorywczą.

Przeżyć za 500 zł

Według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w skrajnym ubóstwie żyje w Polsce około 2,5 mln osób. Posłowie, którzy postanowili przeżyć miesiąc za 500 zł i aby zdobyć rozgłos, ogłosili to w mediach, szybko wycofali się z pomysłu, oznajmiając, że „się nie da”. Skoro „się nie da”, dlaczego z uporem nie walczyli o to, aby podwyższono „zamrożony” od ponad sześciu lat próg uprawniający do ubiegania się o pomoc socjalną — ponad kwotę dochodową 504 zł?

A w sejmie znowu kolosalne premie. 55 tys. zł dla szefa kancelarii! Prezydent Komorowski funduje też z naszych podatków 25-procentowe podwyżki emerytur dla byłych prezydentów RP, podczas gdy zwykłym emerytom zwaloryzowano świadczenia poniżej poziomu inflacji. Buduje nam elita te dwie Polski i pokazuje czarno na białym, że co jak co, ale o siebie z naszych podatków zadbać potrafi. Prawdę głosi polskie przysłowie, że syty głodnego nie zrozumie. Wszystkie rozwiązania obecnego rządu najdotkliwiej uderzają w najbiedniejszych. Wystarczy wskazać wzrost poziomu podatku VAT, który objął tzw. wydatki sztywne, bez których nie sposób przeżyć. A zwiększenie VAT-u na ubranka niemowlęce z 7 proc. do 22 proc. jest absolutnym skandalem, bo nawet jeśli takie były wymogi Unii Europejskiej, trzeba było deputowanym w Brukseli wbić do głowy, że Polska ma nie tylko problemy z biedą, ale i z demografią, zatem należałoby raczej pomyśleć o materialnych zachętach dla rodzin, aby w kraju rodziło się więcej dzieci.

Jak jednak wykazują badania, nawet gdyby nie było świadczeń z pomocy społecznej, ubóstwo w Polsce zwiększyłoby się dość umiarkowanie — o 1—3 proc. Dlaczego? Otóż wysokość świadczeń jest w naszym kraju bardzo niewielka. Podobnie jak udział wydatków na pomoc społeczną w produkcie krajowym brutto.

Z pomocy społecznej korzysta w Polsce około 2 mln osób. Z członkami rodzin — ponad 3,7 mln. Ale aż 2,1 mln żyje w skrajnym ubóstwie, poniżej poziomu egzystencji. Najtrudniej mają osoby słabiej wykształcone, dzieci, młodzież i mieszkańcy wsi — wynika z badań.

Profesor Aleksander Araszkiewicz podkreśla, że w ostatnich latach rośnie grupa osób, którym grozi wykluczenie społeczne, np. z powodu utraty pracy. — Wtedy choruje cała rodzina — wyjaśnia. Jednak ten problem dotyka nie tylko bezrobotnych. Również rodziny wielodzietne, niepełnosprawnych i starsze, opuszczone osoby.

UE ujawnia również fakt, że zagrożonych ubóstwem jest aż 13 proc. osób pracujących, o niskich zarobkach. Stąd wniosek, że w Polsce nawet zatrudnienie nie jest w stanie zapewnić w miarę godziwych warunków życia. Utarczki związków zawodowych z władzą i pracodawcami o podwyższenie poziomu płacy minimalnej są lekceważone przez rząd i zagłuszane przez usłużne biznesowi media. Ludziom chodzi o życie, a Tusk mówi, że związki zawodowe są po to, by protestowały na ulicy w interesie swoich członków.

GUS informuje, że w sferze ubóstwa żyje około 7 proc. mieszkańców miast i 17 proc. mieszkańców wsi. Najwięcej w województwach: świętokrzyskim, warmińsko-mazurskim, lubelskim, podlaskim i kujawsko-pomorskim. Najmniej w woj. opolskim. Poważnym problemem jest bezradność społeczna. Ale jak samemu wyjść z bezrobocia, skoro miejsc pracy brakuje, a o 4 mld zł obcięto w budżecie środki na aktywizację osób bezrobotnych?

W ogonie Europy

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) przed miesiącem opublikowała raport, z którego wynika, że prawie 2 mln dzieci w Polsce żyje na skraju nędzy. Polacy wydają na nie najmniej spośród wszystkich 32 krajów należących do tej organizacji. Sytuacja materialna najmłodszych w Polsce została oceniona jako najgorsza spośród 21 krajów europejskich również przez UNICEF. Z roku na rok maleje liczba dzieci uprawnionych do zasiłku rodzinnego i stypendiów szkolnych. To redukuje szanse edukacyjne. W 2004 r. zasiłek rodzinny pobierało ponad 5,5 mln dzieci, a w 2009 r. — już tylko 3,3 mln. W roku szkolnym 2007/2008 stypendia z Narodowego Programu Stypendialnego otrzymywało 949 tys. uczniów. W roku szkolnym 2008/2009 — już tylko 567 tys.

Coraz częściej Kościół, Caritas i inne organizacje, które staramy się wspomagać finansowo, zastępują państwo w pomocy najuboższym. Wyciągają dzieci z bram, dokarmiają, finansują ciepły posiłek, wręczają prowiant na kolację, zapewniają zajęcia świetlicowe, wycieczki i kolonie. Pomagają w odrabianiu lekcji i oferują możliwości rozwijania zainteresowań. Warto zatem przemyśleć, po co nam takie państwo. I czy takiego państwa w sierpniu 1980 r., na którego ideały powołują się premier, prezydent oraz marszałkowie sejmu i senatu, chcieliśmy.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama