Jednoczenie wierzących Europejczyków

Refleksje po konferencji "Zjednoczenie Europy a relacje pomiędzy społeczeństwem, państwem i Kościołem" - Canterbury 2001

Chociaż Unia Europejska jest niemal dosłownie za miedzą, albo raczej za rzeką, i z wielu polskich domów po prostu ją widać, to w kraju utrzymuje się wysoki poziom szumu informacyjnego na temat naszej, podobno, niedalekiej przyszłości. Jednego dnia surowi urzędnicy brukselscy wydają oświadczenia, z których wynika, że Polska wciąż się nie nadaje do przyjęcia, a drugiego ich bardziej łagodni koledzy zapraszają od stycznia 2003 r. Potem znowu ktoś to dementuje, tłumaczy, że miał na myśli co innego, a tak w ogóle daje do zrozumienia, że oprócz języków obcych należałoby się nauczyć "euromowy", która tak pięknie brzmi, nie przekazując żadnych komunikatów.

Przykłady można odnaleźć w prasie zagranicznej, a coraz częściej i krajowej, bo talentów do beztreściowego gadania nigdy u nas nie brakowało. Ponieważ jednak analiza dokumentów sporządzonych w "euromowie" jest zbyt trudna dla przeciętnego dziennikarza, polskie media w rubryce "Z życia Unii Europejskiej" najczęściej donoszą o takich historycznych dokumentach jak instrukcja w sprawie prostych bananów, definicja czekolady albo regulamin używania drabiny. Czytelnik przeciętnej polskiej gazety nie bardzo wie, czy tę Europę traktować poważnie, czy też jest to jakiś happening, który prędzej czy później skończy się fajerwerkami. Nic dziwnego, że z mieszanymi uczuciami przyjąłem zaproszenie ks. biskupa Stefana Cichego z Katowic, aby wziąć udział w konferencji zatytułowanej "Zjednoczenie Europy a relacje pomiędzy społeczeństwem, państwem i Kościołem", która odbyła się we wrześniu Roku Jubileuszowego w angielskim miasteczku Canterbury. Żeby było bardziej "unijnie", konferencję w Anglii zorganizowała niemiecka Akademia Katolicka "Die Wolfsburg", a Polacy znaleźli się tam jako kandydaci do Unii. Konferencja w Canterbury, angielskim Gnieźnie, w którym poczęło się tamtejsze chrześcijaństwo - taka perspektywa wzbudziła oczywiście uczucia pozytywne. Zmieszały się one jednak z obawą, że po bananach i drabinach Unia umyśliła wziąć się za religie i pewnie dowiem się, jak sobie w brukselskim biurze wyobrażają stosunki z Kościołem. A jak sobie wyobrażają, to sobie łatwo wyobrazić. Na miejscu okazało się, że - może na szczęście - na razie wyobraźni nie starczyło. W rzeczywistości Kościoły dla Unii Europejskiej, traktowanej jako instytucja ponadnarodowa, nie są problemem, bo stosunki Państwo-Kościół są regulowane na poziomie krajów członkowskich. Owszem, w Brukseli działa nawet ComECE, czyli Komisja Konferencji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej, ale jest to ciało, które powstało z inicjatywy Kościoła, a nie Unii Europejskiej. Sekretarz generalny ComECE, ks. prałat Noel Treanor, stwierdził wyraźnie, że związki organizacji kościelnych z Unią są nieformalne i choć istnieją de facto, to nie należy się spodziewać, że zostaną wkrótce skodyfikowane. Postępowi w tej dziedzinie nie pomaga dominujące w organach Unii nastawienie do religii, które określił jako raczej nieżyczliwie neutralne niż bezstronne. Kościoły powinny w tym momencie wykazać się odwagą i proponować, aby istniejące mechanizmy zwyczajowe utrwalić w formie prawnej, nie zważając na znaczne różnice w regulacjach przyjętych w krajach członkowskich.

Czy Unia Europejska ma duszę?

Jak wielkie są te różnice, o tym uczestnicy konferencji przekonywali się, słuchając kolejnych wystąpień prawników, duchownych i polityków z Niemiec, Francji, Anglii i z Polski, reprezentowanej na podium dla mówców przez wspomnianego już ks. bp. Cichego oraz ks. prof. Remigiusza Sobańskiego, który przedstawił nasze konstytucyjne i ustawowe ramy współistnienia państwa i Kościołów, czy ogólniej: organizacji religijnych. Z problemów zdają sobie sprawę sami Europejczycy, pytając - jak to uczynił np. Mark Hill, kanclerz anglikańskiej diecezji Chichester - czy Unia Europejska ma duszę? To pytanie o duchowy wymiar zjednoczonego kontynentu paradoksalnie sprowadzało na ziemię i - jakby to powiedzieć - "ucieleśniało" dyskusję o Europie jako intelektualnym projekcie, w którym najważniejsza jest formalna zgodność z przyjętymi aksjomatami. Nie można zapominać, Kościoły nie mogą zapominać, że europejskość, to nie jest wyjałowienie życia publicznego z odniesień religijnych oraz ignorowanie religijnego wymiaru całego przedsięwzięcia. Dlatego Mark Hill wprost zapytał też o to, czy postulowana przez niektórych konwergencja - cokolwiek by to miało oznaczać - norm stosunków państwowo-kościelnych powstrzyma postępy sekularyzacji? Jako anglikanin nie zapomniał też spytać, czy dążenie do "konwergencji" nie jest sprzeczne z religijnym pluralizmem? Nawiasem mówiąc, z dyskusji wynikało, iż prawdziwe kłopoty dla wszelkich kodyfikatorów obecności Kościołów w Unii powodowane są nie przez tradycyjnie istniejące na naszym kontynencie wspólnoty chrześcijańskie czy żydowskie, ale przez wciąż rosnącą społeczność muzułmańską. Państwa nie są w stanie uregulować swoich stosunków z islamem, ponieważ jego wyznawcy po prostu nie tworzą takich instytucji jak chrześcijanie czy żydzi - po prostu nie ma z kim podpisywać umów czy konkordatów. Dla Polaków ta kwestia jest dość abstrakcyjna, ale w Wielkiej Brytanii muzułmanów jest dużo więcej niż np. metodystów, a w niemal każdym kraju Unii stanowią oni prawdziwy problem dla prawodawców. Spróbujmy przyjrzeć się problemom niektórych reprezentowanych na konferencji krajów.

Francja

Prof. Roland Minnerath, teolog ze Strasburga, opowiedział o modelu francuskim, który według niektórych opinii byłby najlepszy dla całej Europy - najlepszy dla ochrony wolności w pluralistycznym społeczeństwie. Trudno powiedzieć, jak wpływowe są to opinie, ale w kuluarach pewien Brytyjczyk zgryźliwie zauważył, że "Francja jest zawsze równiejsza", nawiązując do specyficznej demokracji panującej w "Folwarku zwierzęcym" Orwella. Tak więc chyba niezbyt szybko francuski model będzie powszechnie przyjęty. Jest to w istocie model państwa czysto laickiego, w którym na przełomie XIX i XX w. nastąpił wrogi rozdział Kościoła od państwa. Dopiero podczas konferencji w Canterbury dowiedziałem się, dlaczego francuscy uczniowie nie mieli zajęć lekcyjnych w czwartek (dzisiaj w środę). W zamierzeniu był to dzień, w którym dzieci uczęszczały na lekcje religii, absolutnie nie mogące mieć związku ze szkołą. Zgodnie z laickimi ustawami, dla religii w ogóle nie było miejsca w życiu publicznym. Stare katedry francuskie są własnością państwa, zaś kościoły parafialne należą do gmin. Diecezje nie mają osobowości prawnej i w szczególności nie mogą posiadać żadnych dóbr. Zamiast diecezji państwo chciało wprowadzić "stowarzyszenia praktyk religijnych", na które nie mógł zgodzić się Kościół. Dopiero po latach osiągnięto kompromis i powołano "stowarzyszenia diecezjalne", na których czele stoją biskupi. Edukacja religijna w szkołach publicznych jest wykluczona, zaś szkoły prywatne - w większości wyznaniowe - jeszcze w 1984 r. chciał zlikwidować socjalistyczny rząd i tylko masowe demonstracje powstrzymały ten zamach. Jak Kościół we Francji w ogóle daje sobie radę? - pytali dyskutanci. Odpowiedź była zaskakująca, choć do Polaków trafiła od razu: prawo prawem, ale w ciągu lat "utarły się" pewne formy współistnienia, które pozwalają na sprawne funkcjonowanie bez obaw, że mer urządzi w kościele salę gimnastyczną.

Niemcy

W Niemczech nie ma mowy o żadnych "zwyczajach", które nie byłyby skodyfikowane. Ale też podejście do dwóch głównych Kościołów - katolickiego i ewangelickiego, do których należy dwie trzecie społeczeństwa - jest zupełnie inne. Heinrich de Wall, profesor prawa z Uniwersytetu Marcina Lutra w Halle, podkreślił, że Kościoły mają prawo spodziewać się od państwa prawodawstwa, które umożliwi realizację ich misji według ich własnego uznania. Również inne religie nie mogą uskarżać się na dyskryminację. Jakkolwiek i w Niemczech konstytucja przewiduje rozdział, to jednak nie wyklucza to konkordatu albo innych umów państwowo-kościelnych. Ponadto państwo niemieckie promuje praktyki religijne i umożliwia ich publiczny charakter. Wiadomo powszechnie, że państwo, zbierając podatki, zgodziło się na pośrednictwo pomiędzy Kościołami a ich wiernymi, którzy tą drogą wnoszą opłaty na funkcjonowanie wspólnoty religijnej. Inną stroną tego medalu jest często zaskakująca na przykład polskich emigrantów konsekwencja w razie odmowy płacenia podatku kościelnego: oznacza ona wyłączenie z Kościoła. O tym, jak trudno byłoby znaleźć wspólną europejską formułę prawną dla stosunków państwo-Kościół, mogły świadczyć ostatnie słowa prof. de Walla, w końcu przedstawiciela kraju, który tak bardzo jest oddany europejskiej jedności. Niemieckie prawo dotyczące różnych wyznań, powiedział profesor, okazało się sensownym rozwiązaniem dla Niemiec. Nie ma więc powodu, żeby ten system prawny miał być zmieniony w trakcie jednoczenia Europy.

Wielka Brytania

W przeciwieństwie do laickiej Francji i życzliwie neutralnych Niemiec, Wielka Brytania może się jawić jako państwo wyznaniowe. No, przede wszystkim nie państwo, bowiem - jak podkreślił jeden z Brytyjczyków - w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z Koroną, a nie z żadnym państwem. Ponieważ zaś królowa jest głową Kościoła anglikańskiego i protektorem prezbiteriańskiego Kościoła szkockiego, sprawa wydaje się jasna: te dwa Kościoły mają wszystkie prawa, a inne - żadnych. Dość długo po epoce reformacji tak było rzeczywiście, ale oczywiście sytuacja innych wyznań znacznie się od tego czasu poprawiła. Wprawdzie wymienione dwa Kościoły mają wyjątkowy status - Kościołów panujących (established Churches), ale i inne, wśród nich rzymskokatolicki, cieszą się wolnością wyznania. Nie miejsce tu na pobieżne nawet omówienie skomplikowanych relacji pomiędzy królową, rządem Wielkiej Brytanii a Kościołami panującymi. Gdy naiwnie poprosiłem jednego z anglikańskich duchownych o materiały na temat jego Kościoła, usłyszałem, że można spędzić całe życie na studiowaniu tej tematyki, a i tak niewiele się zrozumie. Jednak to właśnie anglikanin Mark Hill zadał kluczowe pytanie o duszę Unii Europejskiej, odchodząc od czysto prawniczego spojrzenia i odwołując się do istoty sprawy. Być może w Wielkiej Brytanii jest to łatwiejsze niż w innych państwach Unii, ponieważ kraj ten nie ma nawet pisanej konstytucji i wiele problemów rozstrzyga się w chwili, gdy się pojawiają, nie próbując przyjmować krępujących aksjomatów.

* * *

Najpiękniejszym przeżyciem krótkiego pobytu w Canterbury był dla mnie udział w wieczornym nabożeństwie - Evensong - we wspaniałej katedrze, w której męczeńską śmierć z rąk swego władcy poniósł św. Tomasz Beckett. Słuchając anielskiego śpiewu chłopięcego chóru i modląc się słowami psalmów, pomyślałem, że zaiste wyroki Boskie są niezbadane, skoro w tym miejscu tragicznego konfliktu państwa i Kościoła Stwórca zechciał zebrać nas, abyśmy dyskutowali o porozumieniu między sacrum i profanum. Wierzę, że św. Tomasz wstawi się u Pana - jeśli nie za duszą Europy, to w każdym razie za duszami Europejczyków.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama