O trudnej sztuce "chodzenia ze sobą"

Chodzenie jest przygotowaniem do dojrzałego bycia ze sobą w małżeństwie

Kiedy mój syn, będąc w podstawówce, zjawił się w domu z radosną wiadomością o swoim pierwszym uczuciu, pomyślałam ze zdziwieniem: „Więc to już?”. A potem z ulgą: „Jak miło, że wybrał tak sympatyczną i mądrą dziewczynkę”. Następnie zadałam sobie pytanie: „Jaka wiedza ułatwiłaby mu przeżywanie stanu zakochania? Co może sprawić, że fakt ten nie stanie się przyczyną złych doświadczeń dla niego i osoby, którą wybrał? Co wreszcie uspokoiłoby nas, rodziców?”.

Dokładnie w rok po tym zdarzeniu nasza córka przyniosła podobną wiadomość i wtedy niepokoju i pytań było jeszcze więcej. No właśnie, przecież każdy z nas, będąc nastolatkiem, przeżywał romantyczną fascynację drugą osobą. Są to ważne stany, bez których trudno wyobrazić sobie młodość, szczęście. Pamiętamy zapewne, jak wyidealizowany obraz ukochanej czy ukochanego nosiliśmy w sobie, i emocje spędzające nam sen z powiek, które temu towarzyszyły. Będąc rodzicami, niepokoimy się o „stany zakochania” u naszych dzieci. Jest to bardzo naturalne, że z troską, ale i pewną ostrożnością przyglądamy się obiektowi westchnień córki lub syna.

Czego tak naprawdę boją się rodzice dorastających dzieci?

Chyba tego, że ich dzieci mogłyby dokonać niewłaściwych wyborów oraz że wybrane przez nich osoby będą miały na nie zły, a nawet krzywdzący wpływ. Jeszcze kilkanaście lat temu posiadanie dziewczyny czy chłopaka nawet w liceum nie było zbyt powszechne, a teraz już w gimnazjum wielu młodych ludzi ma za sobą spore doświadczenia w tej kwestii. Niestety, nie zawsze są to dobre doświadczenia. Złe wzorce przenikające z popkultury oraz powszechność erotyki przyczyniają się do wielu zranień, kształtują niewłaściwe postawy u młodego pokolenia. Sztandarowe stają się: „niezostawianie nic na potem”, przekraczanie granic intymności już w wieku 13-14 lat oraz wspólne zamieszkiwanie przed ślubem. Wszystkie te zjawiska sprawiają, że czujemy rodzicielską powinność, aby się im przeciwstawić.

Co możemy zrobić jako rodzice?

W zależności od etapu dojrzałości naszego dziecka, na jakim przyjdzie mu się zmierzyć z pierwszym gorącym uczuciem, rola rodziców może być różna. Pierwsza miłość może zdarzyć się przecież już w przedszkolu... To stwierdzenie wydaje się odrobinkę zabawne, ale po chwili refleksji można zauważyć, że nie jest to może najgorszy moment na to, aby ukształtować w dziecku dobre postawy i nauczyć je szacunku wobec drugiej osoby. Wtedy bowiem „zakochanie się” nie niesie za sobą jeszcze zbyt wielu negatywnych konsekwencji. Wydaje mi się, że poważne potraktowanie uczuć przedszkolaka może dać dobre owoce na czas dojrzewania, kiedy to młodzież dużo trudniej dzieli się swoimi emocjami. A jest ich wtedy dużo więcej... Nie chodzi chyba o to, aby popadać w przesadę, ale by okazywać ciepłe i serdecznie zainteresowanie tym tematem. Podpowiadać dziecku, jak może grzecznie i godnie odnosić się do swojej sympatii i jakiego zachowania wobec siebie oczekiwać. Bardzo przydatna jest wiedza na temat tego, na jakie zachowania wobec siebie pozwalać, aby żyć w zgodzie z zasadami sumienia i jednocześnie nie doświadczać potem uczucia zawodu czy zranienia.

Kiedy w życiu naszej córki lub syna pojawiał się ktoś ukochany, zawsze chcieliśmy poznać bliżej tę osobę. Nawet jeśli dotyczyło to etapu przedszkolnego, lubiliśmy wiedzieć, kim są bliskie naszym dzieciom osoby. Liczyło się dla nas głównie to, jacy są, czym się interesują, czemu poświęcają czas. Słuszne wydawało nam się wygospodarowanie pewnej rodzinnej przestrzeni dla każdego obiektu uczuć naszych dzieci. Mam na myśli czas i miejsce na wspólne bycie z dzieckiem i jego sympatią. Staraliśmy się zapraszać znajomych naszych dzieci do wspólnych wypraw, wyjazdów wakacyjnych, gier, zabaw itd. Wszystko po to, aby poznać charakter ich znajomości i jednocześnie wyznaczyć jej mądre granice. Moim zdaniem inne zasady należałoby przyjąć odnośnie do chłopca, a inne wobec dziewczynki. Ma to związek zarówno z innym sposobem przeżywania miłości przez obie płci, jak i z różnymi konsekwencjami na wypadek źle zagospodarowanych uczuć. Najważniejszy jest chyba w tym kontekście aspekt przygotowania się do różnych ról, jakie w przyszłości będzie pełnić syn czy córka. Synowi powinniśmy podpowiadać, jak ma stawać się dżentelmenem i ochroniarzem wobec wybranej osoby, a córce, jak szanować swoją godność i zachowywać odpowiednią klasę.

A jak możemy rozpoznać, czy osoba, którą zafascynowało się nasze dziecko, jest odpowiednia?

Najłatwiej odpowiedzieć na to pytanie: „po tym, czy nasze dziecko jest szczęśliwe, czy odpowiednio dzieli czas między uczucie, szkołę i obowiązki”. Ważnym wyznacznikiem jest też fakt, czy relacje, jakie miało z rodziną, nie uległy zmianie na gorsze. Ale bardzo istotnym czynnikiem jest uznawany przez tę osobę system wartości.

Coś, co powinno nas zaniepokoić naprawdę i zmobilizować do uważniejszego przyglądania się znajomościom naszych dzieci, to pojawienie się nieodpowiedniego słownictwa, zmiany w stylu bycia, unikanie kontaktów z rodziną, znikanie z domu na wiele godzin, znaczne pogorszenie się ocen, zmiana priorytetów i wartości.

Częstym ostatnio problemem, z którym spotykają się rodzice (nawet w rodzinach katolickich), jest podejmowanie przez młodzież współżycia seksualnego oraz wspólne mieszkanie przed ślubem. Czasem wydaje się, że nie ma na to recepty, zwłaszcza gdy dotyczy pełnoletnich już dzieci. Wydaje mi się, że na ten temat należy rozmawiać mimo wszystko, długo i cierpliwie przekonując, że taki związek nie przynosi pełni relacji możliwych w prawowitym małżeństwie, nie gwarantuje prawnych zabezpieczeń. Ale jest coś, o czym najbardziej nie wolno zapominać: taki związek na pewno nie podoba się Panu Bogu. Nie możemy przewidzieć, która z fascynacji naszego dziecka okaże się poważna i przerodzi się w dorosłe uczucie.

Zadaniem rodziców jest więc kształtowanie nawyków takich zachowań, które są zgodne z trwałymi wartościami, jakie chcemy przekazać dziecku. Przypominanie, że czas tzw. chodzenia ze sobą jest czasem na mądrą przyjaźń i umiejętne zachowywanie dystansu wobec drugiej osoby, który uczy, że pełnia bliskości jest możliwa w małżeństwie. Młodzież nie zawsze chce pamiętać, że to właśnie dystans oraz powściągliwość seksualna są wyrazem prawdziwego szacunku i miłości wobec drugiej osoby. Bo to właśnie uczy, jak drugą osobę stawiać wyżej, ponad zaspokojenie własnych pragnień. Prawdziwa miłość powinna być ofiarna.

Mówi się, że „chodzenie ze sobą” to trudna sztuka, której trzeba się nauczyć. To prawda — chodzenie jest przygotowaniem do czegoś jeszcze trudniejszego: do dojrzałego bycia ze sobą w małżeństwie. Do porozumiewania się, kompromisów, wzajemnej empatii. Do wspólnej drogi ku szczęściu z dobrze wybranym i odpowiednim człowiekiem. Warto tego nauczyć młodzież, bo jak napisała kiedyś Małgorzata Musierowicz (ulubiona pisarka młodzieży): w ufnym, dobrym porozumieniu z drugim człowiekiem „jest jakiś odprysk wieczności, coś doskonałego i boskiego”.

Nela Niewadzi-Bargiełowska

opr. ab/ab

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama