Mam czas na czytanie

Tych ludzi trzeba było pokochać. Wszystko, co złe szybko zapominać, a pamiętać co dobre...

Mam czas na czytanie

Mam czas na czytanie

Rozmowa z dr WANDĄ BŁEŃSKĄ – lekarką, misjonarką, honorową obywatelką Ugandy, zwaną Matką Trędowatych

W przyszłym roku skończy Pani sto lat. Mówi się, że starość jest trudna, jakie widzi Pani trudności związane ze swoim wiekiem?

Ja osobiście nie widzę żadnych (śmiech). Specjalnie starości nie odczuwam. Ograniczenia fizyczne zawsze były, np. w okresach gorąca w Afryce, wtedy też człowiek wywieszał język na wierzch ze zmęczenia albo jak sobie coś złamał, a ja już miałam osiem złamań, wtedy też było trudno. Pan Bóg dał mi łaskę, że jestem zdrowa, że mnie nic nie boli, a tylu młodych boli, to tu, to tam… Mam też więcej czasu na robienie tego, co chcę. Ja zawsze byłam, że tak powiem, zauroczona książkami, zawsze kochałam książki i kochałam czytać, a teraz mam na to więcej czasu niż kiedyś. Wcześniej tylko podczas wakacji mogłam sobie na to pozwolić. Jako lekarz byłam zawsze bardzo zajęta. W starości przykre jest natomiast odchodzenie z upływem czasu bliskich osób.

Spędziła Pani w Afryce czterdzieści trzy lata, lecząc trędowatych, Pani życie było bardzo aktywne, naprawdę nie brakuje Pani tego?

Trochę brakuje, ale z drugiej strony muszę się przyznać, że dużo rzeczy już mi się nie chce robić (śmiech) i mogę sobie na to pozwolić. To jest moja największa słabość związana ze starością. Ale nauczyłam się akceptować wszystko, co przynosi życie każdego dnia.

A nie ma w tym odrobiny poczucia winy, że może powinno się chcieć?

Nie! Pan Bóg jest dobry! Rozumie.

Widzi Pani różnice w traktowaniu osób starszych w Polsce i w Afryce?

Muszę przyznać, że u nas rzeczywiście rozmaicie traktuje się starszych. Tam jest zdecydowanie większe poszanowanie dla wieku.

To kwestia wychowania?

Tak, dzieci są tam tak wychowane. Na ogół bardzo szanują starych ludzi, bo oni mają duże doświadczenie i od nich młodzież się uczy.

Czy to doświadczenie życiowe starszych jest tak doceniane, bo mniejszy jest dostęp do szkół, książek?

Może w poprzednich pokoleniach tak było, ale teraz nauka szkolna jest raczej powszechna.

A szacunek dla starszych mimo to został?

Tak, został, bo w Afryce nie wystarczy umieć czytać i pisać. Tam trzeba mieć doświadczenie związane ze zwierzętami, z pogodą, z głodem... A tego nie można się nauczyć w szkole i z książek, ta wiedza jest przekazywana przez starsze pokolenie. To doświadczenie życiowe jest bardzo cenne.

Dlaczego teraz w Polsce mniej ceni się doświadczenie życiowe starszych?

Myślę, że szkoła wzięła priorytet, że zdobywanie wiedzy stało się ważniejsze niż mądrość życiowa. W prostym życiu w dżungli doświadczenie życiowe jest ważniejsze, daje wiedzę o niebezpieczeństwach, pozwala więc przetrwać, uczy też spójni społecznej. Bo tam siła jest w gromadzie, pojedynczy człowiek raczej by zginął. Tam liczy się grupa, społeczeństwo, u nas to pojedynczy człowiek chce coś zdobyć, osiągnąć dla siebie.

Bywa, że młodzi sprzeciwiają się doświadczeniu starszych?

Zdarza się czasem, ale chyba rzadziej niż u nas.

Starsi podejmują wszystkie decyzje dotyczące młodych?

To zależy, trudno uogólniać. Często młodzi ludzie idą na uniwersytety, do pracy, do wojska, zdobywają własne doświadczenie i nie mają już takiego kontaktu ze swoją wspólnotą. Może być wspólne doświadczenie ojców, ale nie musi być. Jeśli jednak zostają przy swoich bliskich, to czerpią z ich doświadczenia życiowego.

A jak Pani, jako osoba starsza, czuje się w Polsce traktowana?

Dobrze! Ale, co prawda, jak się idzie i mówi o tropiku, o zwierzakach to zawsze zaciekawia (śmiech).

Widzi Pani różnicę w tym, w jaki sposób ludzie starsi byli traktowani np. przed wojną a w tej chwili?

To zależy w bardzo dużej mierze od środowiska. Nie można uogólniać, że przed wojną ludzi starszych traktowano lepiej. Są ludzie starsi, którzy do końca życia będą traktowani z szacunkiem, młodzież będzie na nich spoglądać, jak na swoje wzory. Są też tacy, którzy do bycia takimi wzorami nie dorośli. Mnie się zdaje, że na szacunek trzeba sobie samemu zarobić.

Jak więc stać się autorytetem dla młodych? Co ich pociąga?

Przede wszystkim prawdomówność, prawda w postępowaniu. Tak jak się mówi, tak trzeba postępować. Chyba to jest najważniejsze. Także uszanowanie naszych wspólnych korzeni, np. świętowanie świąt narodowych, wspominanie historii. To wszystko łączy pokolenia. Jeżeli będziemy się tego wyrzekali, to część tej łączności zaniknie. Ja myślę, że pielęgnowanie przeszłości, historii, dobrze wpływa na młodzież. Daje przykład.

Myśli Pani, że współczesna młodzież do tego dorosła? Jak Pani ich postrzega?

Myślę, że młodzież jest dobra, mimo niektórych złych przykładów. Jest dobra, chce być dobra i chce wiedzieć, jak być dobrą. Ja miałam dosyć dużo łączności z młodzieżą, dosyć często wykłady. Młodzież chce wiedzieć i słyszeć o tym, co było i co jest, i o tym, co jest prawdą, a nie tylko jakimś wymysłem propagandowym. Uważam, że młodzież często umie lepiej niż starsi dostrzec, co jest w jakichś ruchach dobrego, a co złego. Mają trochę zdrowego rozsądku. Ja wierzę w naszą młodzież. Zawsze jej mówię: „Pielęgnujcie swoje dobre marzenia. Jak nie będziecie ich pielęgnowali, to się nie spełnią”.

A co ludzie starsi mają do zaoferowania młodym?

Swój czas. Rodzice często nie mają czasu, są zajęci, a młodzi mają swoje problemy i muszą je rozwiązywać. Do kogo więc pójdą? Idą do dziadków i ci muszą pomóc. Starsi nie reagują też na ogół skrajnie, mają większy dystans do problemów.

Miała Pani w młodości autorytety wśród ludzi starszych? Takie drogowskazy, które chciała Pani naśladować?

Nie wśród żywych ludzi, ale człowiek oczywiście zachwycał się różnymi pięknymi postaciami w literaturze...

To dzięki temu udało się Pani zachować taki optymizm i pogodę ducha przez całe życie?

Ja miałam trochę niecodzienne doświadczenia, bo pracowałam całe życie wśród trędowatych, cierpiących. Wielu spośród nich było pesymistycznie nastawionych i tym trzeba było dać nie tylko zdrowie, ale i otuchę, starać się rozjaśnić to ciemne życie. Oni mieli ciężko, bo nieraz dużo cierpieli. Musiałam więc mieć pokłady optymizmu i dla siebie, i dla nich. Tych ludzi trzeba było pokochać. Wszystko, co złe szybko zapominać, a pamiętać co dobre.

To przychodzi naturalnie czy jest wynikiem pracy nad sobą?

Dużo zależy od nas, co wybieramy z życia, co chcemy zapamiętać. Jeśli człowiek będzie miał do kogoś uraz, będzie o tym myślał i rozjątrzał sprawę, to zabrnie za daleko i potem pojawi się konflikt. A jeżeli się powie: „Ach, nie ma co, zapomnę”, to potem jest łatwiej. Trzeba życie brać na co dzień, tak jak idzie. Akceptować zawsze okoliczności, które są, ludzi, których spotykamy, to wszystko nas kształtuje i my kształtujemy innych. No przecież jak rozmawiamy z kimś, możemy komuś pomóc, dać nadzieję. Życie daje nam okazję do bycia dobrymi, ale możemy to zaniedbać. Moją zasadą zawsze było i jest mieć zaufanie do ludzi, chyba, że się przekonam, że nie mogę.

rozmawiali:
Małgorzata Tadrzak-Mazurek
ks. Andrzej Godyń SDB

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama