Na dachy

Nie ma nic ukrytego, co by na dachu nie zostało rozgłoszone... wejdźmy na dachy. Bo nie o zakrywanie prawdy tu chodzi. Tylko o taką przejrzystość, która pozwoli zachować właściwe proporcje.

Nie ma nic ukrytego, co by na dachu nie zostało rozgłoszone... wejdźmy na dachy. Bo nie o zakrywanie prawdy tu chodzi. Tylko o taką przejrzystość, która pozwoli zachować właściwe proporcje.

Mogłoby się wydawać, że ostatnio w „Gościu Niedzielnym” to tylko o księżach i o księżach. A to by świadczyło o bardzo sklerykalizowanym profilu tygodnika, więc nie byłoby dobre. Ale jak inaczej, skoro tytuły prasowe krzyczą o premierze filmu „Kler”, a kolejne bastiony wiary w księży bohaterów padają w związku z medialnym szumem wokół mobbingu w jednej z najszlachetniejszych inicjatyw ostatnich lat. O filmie jeszcze nie napiszę, bo go nie widziałem, ale zrobię to natychmiast po tym, jak zobaczę. O księdzu Stryczku również nie, bo wypowiedzieć ma się ponoć prokuratura, więc po co komu moje dywagacje. Niemniej jednak ani jedna, ani druga sytuacja nie napełniają mnie jakąś szczególną obawą... może trochę niesmakiem. Ci, co to mają wykorzystać, wykorzystają, ci, co z tego powodu mają cierpieć, pocierpią, a wszystkim innym, w tym przede wszystkim wierzącym, pozostaje wciąż ta sama droga. Oczyszczenie. Rozmaicie je rozumiemy, mnie najbardziej przypadło do gustu to, o którym Marcin Jakimowicz pisze w swoim tekście o św. Teresie od Dzieciątka Jezus (ss. 24–26). Kiedy przerasta cię Ewangelia, sam z siebie nic nie możesz, to znaczy, że jesteś na najlepszej drodze.

Dobra to wiadomość, Drogi Czytelniku, dobra! A jeśli do tego dodać fakt, że w „Dzienniczku” świętej siostry Faustyny równie często jak słowo „miłosierdzie” występuje słowo „nędza”, to już w ogóle robi się lżej na duszy. Konkluzja jest bowiem prosta: każdy ma szansę. Bóg nikogo nie skreśla. Ważne jednak, by samemu siebie nie skreślić, stąd – wracając do kapłanów – wpadliśmy na pomysł, aby zadać niektórym pytanie, jak znajdują się w tej obecnej sytuacji, gdy tyle grzechów kapłańskich wychodzi na jaw, albo też gdy tyle grzechów księży mocno jest dzisiaj akcentowanych (ss. 28–31). „Nie powinniśmy paść siebie”. „Czuję się jakoś oszukany”. „Wstyd, gniew i nadzieja”. „Wziąć to na klatę”. Bardzo spodobały mi się tytuły, którymi opatrzyli swoje wypowiedzi. Jest w tym i akcent położony na wymaganie od siebie, rachunek sumienia z traktowania swojej posługi, jest i smutek, jest nadzieja. Czyli zupełnie normalnie – tak jak to człowiek powinien przeżywać. Dzięki tym trudnym chwilom jest przecież szansa na oczyszczenie. Rozliczenie z przeszłością? Dlaczego nie? Jeśli ma to służyć „zbawieniu dusz”, które w Kościele jest najwyższym prawem, jest wręcz konieczne. Postawienie spraw jasno, konkretnie, przejrzyście, jak to się niegdyś mówiło, również powinno być na stałe naszym stylem.

Nie ma nic ukrytego, co by na dachu nie zostało rozgłoszone... wejdźmy na dachy. Bo nie o zakrywanie prawdy tu chodzi. Tylko o taką przejrzystość, która pozwoli zachować właściwe proporcje. Pomiędzy złym człowiekiem Kościoła i złym Kościołem nie da się postawić znaku równości (choć pewnie wielu by na tym zależało). Tak samo jak nie należy stawiać znaku równości pomiędzy dobrym księdzem i dobrym Kościołem. Owszem, nauczyliśmy się takiego schematu, choć nawet Pan Jezus w Ewangelii przed nim przestrzegał. A Jego wybrani – o czym wspomniałem ostatnio – zaliczyli niejedną poważną wpadkę.

ks. Adam Pawlaszczyk - redaktor naczelny tygodnika "Gość Niedzielny"

opr. ac/ac

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama