Nie bójcie się dobroci

Miłość do człowieka w słowach i czynach Ojca Świętego idzie w parze z jego miłością do Chrystusa

"Idziemy" nr 12/2013

Ks. Henryk Zieliński

Nie bójcie się dobroci

Dziwnie znajomo zabrzmiały słowa Papieża Franciszka wypowiedziane dwukrotnie w homilii na inaugurację jego pontyfikatu: „Nie powinniśmy bać się dobroci i wrażliwości”. Zwłaszcza nam, Polakom, słowa te przywołują na pamięć zawołanie Jana Pawła II: „Nie lękajcie się!”. Ale niejedyne to podobieństwo między papieżem powołanym kiedyś „z dalekiego kraju” i tym, którego „kardynałowie znaleźli na końcu świata”. Reakcja obecnej prezydent Argentyny na wybór kard. Jorge Bergoglio na papieża też przypomina reakcję władz PRL na wybór kard. Karola Wojtyły. Jeśli dodać do tego bezpośredniość nowego Papieża, to łatwo zrozumieć, dlaczego ludzie dobrej woli w Polsce i na świecie pokochali go od razu.

Łatwiej nam teraz „wybaczyć” Benedyktowi XVI jego rezygnację z papieskiego urzędu. Bo gdyby zdecydował się trwać na Stolicy Piotrowej aż do śmierci, to stracilibyśmy szansę doświadczenia nowego wymiaru papiestwa, jaki od pierwszego dnia wniósł do Kościoła Papież Franciszek. Tylko kardynałowie biorący udział w konklawe wiedzą, ile prawdy jest w pogłosce, że szybki wybór kard. Josepha Ratzingera na papieża możliwy był dzięki temu, że kard. Bergoglio jako drugi mocny kandydat prosił swoich zwolenników o przeniesienie głosów na Ratzingera. Jeśli tak, to mielibyśmy do czynienia z rzadko spotykaną formą współpracy gigantów ducha. Jak w kluczu żurawi, gdzie ten, który zmęczy się prowadzeniem, przenosi się na koniec, ustępując miejsca na szpicy innemu, który zachował więcej sił.

Papież Franciszek, jak zgodnie mówią na naszych łamach wszyscy, którzy znają go od dawna jako jezuitę, biskupa i kardynała, niejednym nas jeszcze zaskoczy. Już szybki jego wybór był zaskoczeniem. Podobnie jak odwołanie się przy wyborze imienia do św. Franciszka z Asyżu. Mimo wielkiej popularności tego świętego, żaden z dotychczasowych papieży nie odwoływał się tak bezpośrednio do jego dziedzictwa, jak ten… jezuita. W ślad za tym poszły kolejne gesty i słowa, świadczące o tym, że ów ponad 76-letni już Papież chce rozpocząć głęboką odnowę Kościoła. Ale nie rewolucję, tylko wewnętrzną przemianę zaczynającą się od nawrócenia każdego z nas.

Media skupiły się najbardziej na tym, co zewnętrzne. Na czarnych butach, pelerynce i karnawale. Ale przysłowiowe już buty Franciszka, w które wchodzi nowy Papież, są znacznie większe, niż to się wielu wydaje. Pierwsze efekty tego już widać. Znowu po ponad tysiącu lat w inauguracji posługi Biskupa Rzymu uczestniczył prawosławny patriarcha Konstantynopola. Wypracowany przez kolejnych papieży dialog między siostrzanymi Kościołami zaczyna wydawać konkretne owoce. Nie bez znaczenia pozostaje w tym pokorny styl sprawowania prymatu przez Papieża Franciszka, z położeniem akcentu na tytuł Biskupa Rzymu. Myliłby się jednak ten, kto brałby pokorę Papieża Franciszka za przejaw jego słabości. Przeciwnie, parafrazując słowa Prymasa Tysiąclecia, to „pokora wobec właściwej instancji jest w nim źródłem mocy”, z jaką potrafi świadczyć o Chrystusie i o godności człowieka. Dawał temu przykład już wcześniej jako prowincjał jezuitów i jako niezłomny metropolita Buenos Aires.

Miłość do człowieka w słowach i czynach Ojca Świętego idzie w parze z jego miłością do Chrystusa. „Kto się nie modli do Boga, ten się modli do diabła” – mówił podczas spotkania z kardynałami. Żaden z papieży ostatnich lat nie przemawiał tak ostro i zdecydowanie. Mamy Papieża, który nie jest szalonym ekologiem ani naiwnym filantropem, ale czynnym świadkiem Bożego Miłosierdzia w jego wszystkich wymiarach.

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama