Klonowanie kościołów

Jaki nie powinien być ekumenizm

     Temat z jednej strony może wydawać się dziwny, a jednak. Głównie na Śląsku Cieszyńskim i częściowo na Górnym Śląsku temat rozbijania jedności kościołów jest nadal aktualny. Może nie tak bardzo, jak to miało miejsce jeszcze w latach 80-90 tych XX wieku, ale jednak. Zjawisko to dotyczy nie tylko kościołów ewangelickich czy innych większych wspólnot protestanckich, ale także kościoła katolickiego. Chyba wszyscy znają to zjawisko lub zetknęli się z nim, ale może kilka słów wyjaśnienia nie zaszkodzi.

W przypadku kościoła katolickiego jedną (ale nie jedyną) okazją do „nawracania” na inne wyznanie są spotkania w ramach wspólnot oazowych, nawet pielgrzymek czy spotkań rekolekcyjnych. Jeśli chodzi o Ruch Światło-Życie i spontanicznych form uwielbiania Boga to oczywiście nie ma w tym niczego złego. Oczywiście o ile ksiądz czuwa nad oazowiczami. Do ludzi, którym odpowiada ten typ duchowości łatwo mogą przenikać liderzy i spece od nawracania z innych wspólnot chrześcijańskich czy parachrześcijańskich. Oprócz oferowanej miłości , „właściwego „ uwielbiania Boga, starają się wykazać „błędną „ naukę kościoła katolickiego. Nie zawsze ale czasami im się to udaje. Czasami odnoszą prawdziwy „sukces” odrywając od kościoła katolickiego czy ewangelickiego znaczne grupy wiernych. Trzeba dodać, że dla nich każdy kościół ma błędną naukę, oczywiście oprócz ich wspólnoty-zboru.

Co dają takie wspólnoty?

Na początku zawsze pokazują nam prawdziwy kościół chrześcijański pełen miłości zborowników, bez „zbędnych” sakramentów i „skostniałej pozbawionej ducha liturgii”. Starszy zboru, pastor, lider (- nazwa zależy od „twórcy” takiego nowego kościoła ) troszczy się o swoje „owieczki”, sprawdza czy niczego nie potrzebują same i przede wszystkim - czy skrupulatnie płacą dziesięcinę miesięcznie (1/10 część swoich miesięcznych zarobków), doradza we wszystkich sprawach gdyż ma „gotowe” odpowiedzi na wszystkie problemy współczesnego świata.

Taki zbór czy „kościół domowy” ma swą siedzibę i salę modlitwy z reguły w miejscu zamieszkania np. pastora. Taki nawet nieformalny zbór, w którym nowo nawróceni zborownicy płacą dziesięcinę może być całkiem dobrym interesem. Wpływy z dziesięciny są przeznaczane na utrzymanie „kościoła” czyli domu pastora, czasami na zakup samochodu aby mógł w odpowiedni sposób wykonywać „duszpasterskie obowiązki”. Można też zmodernizować ogrzewanie centralne, wymienić okna itd. Przecież wierni muszą się spotykać w komfortowych warunkach, a że to jest przy okazji jego dom? W końcu jest „duchownym”.

Jak przyciąga takie guru?

Na pewno nie można mu odmówić pewnej charyzmy. Niektórym może się podobać to, że zamiast księdza i tradycyjnej liturgii, mają przed sobą showmena tańczącego z Biblią. Poza tym poprzez odpowiednie pranie mózgu jak np. wmawianie podczas godzinnego nabożeństwa, że papież jest antychrystem, księża to zboczeńcy, a kościół kradnie - stara się wmówić nowym prawdziwym „uczniom”, że spotkała ich prawdziwa łaska, ponieważ spotkali na swej drodze takiego nauczyciela przekazującego niezafałszowaną „prawdę”. I on i tylko on tzn. ten lider ma pełne poznanie subiektywnie rozumianej prawdy. Na poparcie swych tez, ma oczywiście takie guru wiele „dowodów”. Wydaje się to dziwne, ale są jeszcze ludzie, którzy uwierzą w takie „kazania”.

Przebudzenie przychodzi z reguły po roku trwania w takiej wspólnocie. Wcześniej jednak w ramach „nawracania” czyli przyciągania nowych członków do zboru, musieli opluwać luteranizm czy katolicyzm jako wielkie światowe herezje. Jednak właśnie po roku (u innych trwa to dłużej) zaczynają dostrzegać, że ta wspólnota i ich lider to żadne świętości.

W zborze trwa rywalizacja o względy pastora (czasami coś „sypnie „ z darów z zaprzyjaźnionego zboru na Zachodzie), wzajemne oskarżenia o łamanie zasad wiary, wyśmiewanie osób, które podczas głośnej modlitwy nie wyrażają się gramatycznie itp. Odsunięcie się od takiego zboru nie jest łatwe, gdyż nieobecność podczas niedzielnego nabożeństwa skutkuje pełną „troski” wizytą duszpasterską lidera. Jeżeli komuś wystarczy odwagi aby uwolnić się z tych sideł, to musi liczyć się z „wyklęciem” w swoim środowisku i opinią, że stał się największym grzesznikiem świata.

Poza tym, powrót do swojego kościoła, z którego pochodzi wcale nie jest łatwy. Ale i też nie jest niemożliwy. Przypowieść o synu marnotrawnym jest tego najlepszym dowodem także w kościele.
Powody, dla których niektórzy porzucają swój kościół są czasami prozaiczne. Wystarczy jakiś nietakt ze strony księdza, zwykła plotka na temat księdza czy biskupa, czasami stan osobistych przeżyć i depresji z nimi związanej, a przede wszystkim własne braki w wierze. Jeżeli nie znamy swego kościoła, nie znamy podstaw wiary, to przy wyżej podanych okolicznościach taki „łowca” nowych dusz ma ułatwione zadanie. A przecież należy wyjść od jednego prostego stwierdzenia; ksiądz to też człowiek. I to człowiek, który podobnie jak i my sami — nie jest doskonały. Jeżeli z powodu jakiegoś nietaktownego zachowania księdza ktoś chce szukać nowego idealnego kościoła, to.... pozostaje tylko modlitwa o zbawienie Jego duszy. Należy sobie samemu postawić pytanie — czy ja zawsze w swoim życiu postępuję tak jak należy i nigdy nikogo nie uraziłem? Jeżeli tak, to pewnie sakrament spowiedzi takiej osoby nie dotyczy. Jak bym się czuł gdyby w sytuacji zranienia uczuć innych osób, wszyscy mnie opuścili i nie wybaczyli mi grzechu ? Taki rachunek sumienia trzeba zrobić w swoim własnym sercu. Potem powinien przyjść czas na refleksję komu i czemu będzie służyło tworzenie nowej wspólnoty religijnej? Wspólnot, które wzajemnie się zwalczają, rywalizują, akcentują odmienność wyznaniową sprowadzającą się do różnic interpunkcyjnych w zdaniach, wreszcie wspólnot, które często są bardziej ortodoksyjne aniżeli najbardziej skrajnie-prawicowe ugrupowania katolickie. Wspólnoty te podkreślają, że stoją na gruncie Pisma Świętego w przeciwieństwie do katolików czy luteran. A w rzeczywistości, stoją na fragmentach Pisma Świętego, do tego wyrwanych z całego kontekstu Biblii, a dostosowanych do doktryny nowej wspólnoty przez „oświeconego” guru.

Sam nie będę podawał konkretnych miejscowości gdzie takie zdarzenia miały miejsce. Wiem, że kościoły — katolicki czy ewangelicki nie mówią o tym. Czy milczenie w tej kwestii jest dobre? Nie chodzi o szukanie taniej sensacji w kościele na wzór pewnych libertyńskich mediów. Chodzi tylko o to aby pokazać mechanizmy rządzące tymi zjawiskami i ostrzec tych słabszych w wierze czy poszukujących swego miejsca w kościele, przed złudną nadzieją pełnego miłości zboru-wspólnoty, w którym biblijna Prawda jest interpretowana w sposób subiektywny i dowolny. Tacy ludzie są później naprawdę głęboko poranieni i okaleczeni duchowo.

Uwaga. Zamieszczony tekst ma charakter felietonu o tematyce religijnej. Jako taki odzwierciedla własne poglądy autora, nie oficjalne stanowisko jakiegokolwiek Kościoła

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama