Europejczyk też potrafi (jak musi)

Cotygodniowy felieton z Gościa Niedzielnego (42/2000)

Dzisiaj nie będzie o polityce, bo GN jako pismo stateczne ma swój cykl produkcyjny, który przewiduje złożenie felietonu na długo przed ogłoszeniem wyników prezydenckich wyborów. Z drugiej strony nie po to już kilkakrotnie wybrzydzałem na zabobony, żeby teraz zasięgać porady u astrologa, jak wypadnie głosowanie 8 października. Jest to w tej chwili niewiadoma, czyli „X”, a nawet osiem „X”. W każdym razie rodacy, jeśli głosowaliście tak jak lubię, to ja się cieszę, a jeśli głosowaliście inaczej, to moją nadzieję na przyszłość pokładam w tym, że będziecie zadowoleni i przestaniecie narzekać — a wśród zadowolonych żyje się łatwiej. Jeśli będzie wam dobrze, to dobrze wam tak. Wszelako trudno teraz zgadywać, zwłaszcza że moi rodacy są nieprzewidywalni, co utrudnia planowanie, ale ubarwia życie. Być może tego nam zazdrości skomputeryzowany Zachód, gdzie planuje się łatwiej, ale żyje się nudniej. Chociaż takie stereotypy, jak każde stereotypy, mogą mylić.

W ubiegłym miesiącu miałem okazję uczestniczyć w międzynarodowej konferencji w Canterbury, takim angielskim Gnieźnie — tam rozpoczęła się historia angielskiego chrześcijaństwa. Wyprawa do Canterbury jest dość ryzykowna, bo trzeba przejechać tunelem pod Kanałem La Manche. Na wszelki wypadek w tunelu było ciemno, żeby nie było widać, czy przecieka. W tamtą stronę podróż odbyła się sprawnie, a wspaniałe pociągi były najlepszą reklamą Unii Europejskiej. Z powrotem jednak superszybki ,,Eurostar” spóźnił się o kwadrans i w Brukseli mogliśmy jedynie oglądać odjazd hiperszybkiego ,,Thalys”, który nie chciał czekać. W takich chwilach człowiek staje się eurosceptykiem, zwłaszcza że ma zakorzenione przekonanie, iż w Unii wszystko jest uregulowane, więc skoro się raz wypadło z rozkładu, to przyjdzie nocować na dworcu.

Nagle zaczęło działać jakieś unijne podziemie amatorów prowizorki — a może to byli emigranci zarobkowi? W każdym razie znaleźli zwykły szybki pociąg, który dojeżdżał do belgijskiej granicy, a potem podstawili autobus, zwykły przegubowiec — myślałem, że tylko u nas są takie — który pomknął jak kometa do Akwizgranu, aby zdążyć na kolejne połączenie. Kierowca pędził jak Polak! Dobrze, że po drodze nie było radarowców. W efekcie byliśmy w Kolonii już godzinę po hiperszybkim, zaś obraz Unii przestał być monotonnie biurokratyczny.

Ludzką twarz Unia ukazała zresztą już wcześniej, gdy wskutek blokad zabrakło benzyny. Z ciekawością słuchaliśmy w Anglii o kłopotach pewnego tamtejszego biskupa, który z powodu braku paliwa nie dotarł na konferencję. Dla Polaków to było déja` vu, dla miejscowych — scena jak z horroru. Wygląda na to, że Unia poczyniła olbrzymie postępy w dostosowaniu się do poziomu krajów kandydackich. Poza tym w trakcie tej konferencji, poświęconej stosunkom między państwem, Kościołem a społeczeństwem, okazało się, że Europa Zachodnia wcale nie jest tak jednolita, jak się niektórym jej bałwochwalcom wydaje, wobec czego Polska nie pojawi się w niej jak Piłat w Credo, ale raczej uzupełni kolorowy bukiet.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama