Nawracanie w cieniu konkwisty

Artykuł ukazujący problematyczność łączenia w historii chrześcijaństwa podboju nowych ziem z nawracaniem tubylców na chrześcijaństwo

W lipcu 1434 roku na sobór w Bazylei przybyło poselstwo polskie, przywożąc wieść o śmierci króla Władysława Jagiełły. Prowadzący obrady kardynał Cesarini do wyrazów współczucia dołączył pochwałę zmarłego: oto dzięki temu władcy przyjęło wiarę 400 tysięcy ludzi, a tam, gdzie czczono przedtem bałwany, rozbrzmiewa chwała Boża w fundowanych przez monarchę kościołach. Rzeczywiście, na chrzcie Litwinów kończyła się chrystianizacja ludów Europy. Jednakże wiedza na temat wierzeń zastępowanych chrześcijaństwem nie przedstawiała się imponująco. Zakazywane i wykorzeniane przy wsparciu panujących dawne religie postrzegano niezwykle stereotypowo, a ich porzucenie i przylgnięcie do wiary w Chrystusa wyobrażano sobie w sposób wysoce uproszczony (zob. tekst ks. Rysia w tym numerze). Przeciwstawiając chrystianizm pogaństwu niczym światło ciemności, nie zdawano sobie także sprawy z tego, jak wiele elementów obcych przejęto w trakcie wielowiekowych inkulturacji i jak owe elementy funkcjonują, pożytecznie czy rozsadzająco, po ich zasymilowaniu.

Sprawa traktowania pogaństwa w masowej chrystianizacji ludów stanęła znów przed Kościołem kilkadziesiąt lat później, po odkryciu Ameryki. "Nikt nie może zaprzeczyć, że spotkanie w ewangelizacji odbywało się w atmosferze podboju, która sprawiła, iż na światło głoszonej dobrej nowiny nałożyły się cienie. Również niesłuszne byłoby nieuznawanie negatywnych skutków początkowej przemocy, a następnie podporządkowania tubylców, choć te same okoliczności stały się też bodźcem do złożenia apostolskich świadectw służby na rzecz Indian, Murzynów, Mulatów, Metysów..." - mówił 17 listopada 1997 roku Guillermo Escobar Herr|n z Kolumbii w prelekcji poprzedzającej rzymskie obrady synodu biskupów poświęconego Ameryce 1 (okoliczności tłumaczą przesadną staranność słownego opakowania gorzkiej prawdy).

"Pierwszym celem podboju było zdobycie skarbów, zwłaszcza złota i srebra. Wśród Indian zaprowadzano chrześcijaństwo..."2 Zestawienie dwu oschłych zdań w encyklopedii wyraża najkrócej dramat cywilizacji, która w Nowym Świecie połączyła w jeden tragiczny węzeł podbój i nawracanie, chrystianizację i eksterminację, misję i jej zaprzeczenie. Europa wyrzucała na amerykański brzeg awanturników i misjonarzy. Pierwsi grabili i mordowali, drudzy piętnowali okrucieństwa i chrzcili tubylców. Głosy sprzeciwu wobec ekscesów kolonizacji, choć stanowią cenne świadectwa świadomości chrześcijańskiej, nie brzmiały przecież zgodnie i miały dość ograniczony wpływ na zachowania konkwistadorów. Bez ich zresztą okrętów misjonarze nie mogliby przybyć za ocean, bez wojskowych asyst - bezpiecznie głosić Ewangelii, a bez dóbr wydartych przez najeźdźców Inkom czy Aztekom - wznosić okazałych kościołów.

Powiązanie misji i kolonizacji było zresztą o wiele głębsze i bardziej złożone, nie ograniczało się do kwestii transportu czy opieki. Apostołów i zdobywców łączyło najpierw powszechne w średniowieczu przekonanie, że chrześcijanie mogą zajmować ziemie, które zamieszkują niewierni i poganie. Zdobywca stawał się ich właścicielem. Ale co z nauką o prawie naturalnym, przypominaną kiedyś choćby przez wybitnego prawnika Sinibalda Fieschi, późniejszego papieża Innocentego IV (zm. 1254), który pisał, że także poganie mają naturalne prawo do własności i swej władzy i nawet papież nie może ich go pozbawić? W ciągu XV wieku w Kościele wzięła jednak górę orientacja skrajnie teokratyczna, przyznająca papieżowi bezpośrednią władzę także nad porządkiem doczesnym , czyniąc zeń właściciela świata, który może nim dysponować wedle uznania. Ludy niechrześcijańskie okupują nieprawnie swe ziemie, należy więc im je odebrać, oddając do dyspozycji papieża.

Cesarze, kwestionując te światowładcze aspiracje, popadali w konflikty z papieżami, lecz władcy Hiszpanii czy Portugalii chętnie uznawali owe doczesne prerogatywy następców św. Piotra, gdy im to było na rękę. W 1436 roku portugalski król prosił Eugeniusza IV o zgodę na opanowanie zamieszkałych przez pogan Wysp Kanaryjskich, bo - pisał - "ziemia i to, co na niej jest, należą do Boga, który dał Waszej Świątobliwości pełną władzę nad całym światem". Zgodę otrzymał - gdy zdobędzie te wyspy, a ludność nawróci, będą należeć do niego. Nie może zajmować wysp należących do chrześcijan, chyba że ci byliby w ekskomunice.3

Motyw szerzenia wiary legitymował tedy podbój. Zasada ta dotyczyła praktyki, wobec której rozróżnienia i niuanse kanonistów pełniły rolę nie tyle hamulca, co listka figowego. Już Kolumb deklarował, że jego przedsięwzięcie zmierza do rozszerzenia wiary chrześcijańskiej. W pierwszej relacji z odkrytego lądu informował zarówno o dobrym charakterze tubylców, którzy się nawrócą, jak i o tym, że można się tam zaopatrzyć w dowolną ilość złota, srebra i niewolników. Tej typowej dla ogółu konkwistadorów syntezie dał wyraz także w liście z czwartej podróży za Atlantyk: "Złoto daje bogactwo, a ten, kto je posiada, może robić na świecie, co zechce, a może także z jego pomocą dusze do raju wprowadzić." W podobnym duchu pisał w 1525 roku awanturnik Hernando Corte-s, który po zdobyciu stołecznego Meksyku i straceniu kilkudziesięciu tysięcy ludzi przeznaczył od razu świątynię Teocalli na katedrę św. Franciszka.

Papież Mikołaj V bullą z 1452 roku pozwolił Alfonsowi V, królowi Portugalii, na zajmowanie państw, ziem i dóbr zamieszkałych przez pogan i wrogów Chrystusa oraz "obracanie ich osób w wieczystą niewolę". Te same uprawnienia przyznał trzy lata później temuż władcy wobec mieszkańców ziem w Afryce, które Alfons zdobył lub zdobędzie. Papieża (chorego wówczas i raczej słabo zdającego sobie sprawę, co jest w podpisywanej bulli) przekonano bowiem, że nabywanie Murzynów za towary przez panów chrześcijańskich to jedyna droga, by wyrwać ich z rąk pogańskich panów, ochrzcić i cywilizować. Stan portugalskiego posiadania w Afryce potwierdzili papieże Kalikst III i Sylwester IV (1456, 1481).

By ochronić się przed roszczeniami Portugalczyków (sprzyjały im wspomniane bulle papieskie), Hiszpanie po odkryciu Ameryki w 1492 roku prosili papieża o wyłączenie innych od udziału w ich odkryciach. Aleksander VI wydał w 1493 roku bulle ustalające linię demarkacyjną między zamorskimi posiadłościami Hiszpanii i Portugalii. Nie było mowy o niewolnictwie, a wezwanie Hiszpanów, by w Ameryce uczciwie szerzyli wiarę chrześcijańską, dało początek królewskiemu patronatowi za oceanem. Miało to zaciążyć nad dziejami chrześcijaństwa i Kościoła w Nowym Świecie. Bulla Aleksandra VI nie stała się jednak podstawą kolonialnych podziałów, gdyż Portugalczycy i Hiszpanie skorygowali granice określone papieskim arbitrażem, a król francuski Franciszek I ich nie uznał. Gdy Filip II protestował przeciw zajęciu jego statku ze skarbami Azteków przez Francuzów, ich król odpowiedział, że będzie się uważał za uprawnionego do przechwytywania złota z Ameryki tak długo, aż zostanie mu pokazany testament praojca Adama, ustanawiający Hiszpanów i Portugalczyków właścicielami tych ziem.

Iberyjscy przybysze - głównie przedstawiciele zbiedniałej szlachty, najemni żołnierze, złoczyńcy - żądali od Indian złota, płacąc za to świecidełkami. Wykorzystali walki plemion indiańskich, by nad nimi zapanować. Burzyli świątynie, by wykazać niemoc ich bogów. Mieszkańców zmuszano do ciężkich prac w kopalniach i na plantacjach. Złe traktowanie, morderczy rytm pracy, wysokie podatki, niedożywienie, choroby stanowiły o wiele bardziej masowe narzędzie eksterminacji niż zabijanie wprost (napadanie Indian, krwawe tłumienie ich buntów). W sumie w ciągu stu lat od konkwisty populacja tubylców w Meksyku zmniejszyła się z około 25 do 1 miliona. W obu Amerykach z około 80 milionów pozostało po pół wieku 10 milionów. To było największe w dziejach ludobójstwo, dokonane głównie przez Hiszpanów, Portugalczyków i Anglików.4

Łączenie podboju z chrystianizacją dobrze było znane Europejczykom (Karol Wielki, inni władcy, krzyżacy). Walka z niewiernymi była przy tym wręcz organiczną specjalnością Hiszpanów, którzy po siedmiu stuleciach wojen, pod koniec XV wieku wyparli wreszcie (ciągle w aurze krucjat) Maurów z Półwyspu Iberyjskiego. Nie tylko chciwość, nieokrzesanie, ale i poglądy kierowały konkwistadorami. Indian uważali za barbarzyńców i dzikusów, czasem za rasę raczej zwierzęcą niż ludzką. Część misjonarzy hiszpańskich zastanawiała się, czy można Indian dopuszczać do chrztu. Trzeba było, by papież Paweł III stwierdził w 1537 roku, że Indianie są ludźmi, więc są w stanie przyjąć wiarę chrześcijańską i nie wolno ich, także jako pogan, pozbawiać wolności i mienia, pod karą ekskomuniki.

Korona hiszpańska, znosząc niewolę dla ochrzczonych Indian, przydzielała ich oraz ich ziemię Hiszpanom (tzw. encomienda), wobec których tubylcy zobowiązani byli do danin i pracy, a za to mieli być przez swych panów utwierdzani w wierze i cywilizowani. Niewolnictwo utrzymano w stosunku do ludożerców i tych, którzy nie chcą przyjąć chrztu. Czy to nie bulwersowało opinii chrześcijańskiej?

Niewolnictwo jako takie nie było wówczas zakazane ani prawem świeckim, ani kościelnym. Ciągły stan wojny między chrześcijanami a Maurami na Półwyspie Iberyjskim (VIII-XV w.) przyzwyczaił obie strony do zdobywania jeńców wojennych. Jeszcze na początku XVII wieku było w Hiszpanii 100 tysięcy niewolników. Średniowieczni teologowie - w tym doktorzy Kościoła, jak Bonawentura czy Tomasz - uważali niewolnictwo, podobnie jak wojnę, za skutek grzechu. Dopuszczali je, usiłując określić warunki jego godziwości. Mogli więc zostać obróceni w niewolników pokonani Maurowie (inni jeńcy wyjątkowo), sprawcy ciężkich przestępstw, jak zdrada, uprowadzenie, sodomia, kanibalizm (warunek dołączony po odkryciu Ameryki). Ponieważ ustawodawstwa cywilne i kanoniczne nie domagały się całkowitego zakazu niewolnictwa (wołał o to bezskutecznie w imię prawa naturalnego Duns Szkot w XIII w.), łatwo było jego dopuszczalność traktować rozciągliwie, usprawiedliwiając się na przykład wykupywaniem niewolników od niechrześcijańskich panów czy wskazując na występki przeciw naturze wśród pogańskiego ludu. I tak, w XV wieku mieszkańcy Wysp Kanaryjskich i czarni Gwinejczycy stawali się niewolnikami, jakby chodziło o tradycyjnych Maurów czy innych wrogów chrześcijaństwa.

Różnorakie interesy, w tym potrzeba rąk do pracy (po wyniszczeniu Indian) na amerykańskich plantacjach bawełny i trzciny cukrowej, pchały europejskich chrześcijan, głównie Portugalczyków, do urządzania łowów na Afrykańczyków i wywożenia ich za ocean. Do "prawnych" argumentów dochodziły tu nieraz i "teologiczne": wszak Noe przeklął Chama, swego syna, a Czarni to jego potomkowie. Kupowanie jeńców od afrykańskich kacyków motywowano też troską o zbawienie tych pierwszych: oficjalna instrukcja Lizbony polecała, by przed zaokrętowaniem nieszczęśników udzielać im chrztu, bez którego nie ma przecież zbawienia. Ci, którzy marli po drodze na przeładowanych statkach, nie musieli już iść do piekła. Żywych po przybyciu za ocean nauczano przez kilka dni katechizmu. Moraliści katoliccy usprawiedliwiali handel niewolnikami także i tym, że w Afryce mogliby powrócić do pogaństwa, zaś w Ameryce włączą się w społeczność wiernych. Jednocześnie występowali przeciw sprzedawaniu Afrykanów kalwińskim czy anglikańskim handlarzom. Ich Kościoły wszak do zbawienia prowadzić nie mogły!

Kolonialna rzeczywistość zaczęła być wyzwaniem do rewizji katolickich poglądów na niewolnictwo. Obrońcy Indian spośród misjonarzy, w tym Bartłomiej de Las Casas, uzyskali w 1537 roku papieskie potępienie niewolnictwa Indian, a w 1542 jego królewski zakaz. Natomiast niewielu moralistów potępiało w XVI wieku niewolnictwo Murzynów. Nawet Las Casas, broniąc Indian, był przez jakiś czas zwolennikiem importu silniejszych od nich Afrykanów (w późniejszych latach wycofał się z tego stanowiska). Wśród dominikanów - zarówno w Europie, jak Ameryce - było więcej przeciwników niewolnictwa niż wśród innych duchownych. Wynikało to zarówno z wpływu tomizmu, jak z konfrontacji zasad z amerykańską praktyką.

Nie brakowało przecież tak wśród teologów, jak misjonarzy, zwolenników surowego traktowania Indian. Dominikanin Maciej de Paz usprawiedliwiał wojnę z nimi (zgodnie ze średniowieczną tradycją) w przypadku, gdy krajowcy nie chcieliby przyjmować misjonarzy. Zajęcie Ameryki przez Hiszpanów legitymował papieską darowizną. Był zdecydowanym przeciwnikiem niewolnictwa Indian, ale domagał się od nich świadczeń w zamian za wydatki, jakie dla nich ponoszą Hiszpanie. Prawnik i filozof Juan de Sepulveda uważał, że Indian trzeba zmuszać do chrztu, a traktować ich należy surowo, jako z natury przeznaczonych do niewolnictwa. Słychać tu echa poglądu głoszonego już przez Arystotelesa, który uważał że stan niewolniczy to najodpowiedniejszy status dla wszelkich barbarzyńców. Poglądy Sepulvedy podzielał też kierujący królewską Radą Indii biskup Burgos Juan de Fonseca i franciszkański biskup Juan de Quevedo, przeciwnicy Las Casasa. Nauczający w Paryżu teolog Jan Major (zm. 1550) stwierdzał w odniesieniu do Indian: wszyscy niewierni z natury swej żyją w ciągłej wrogości wobec Boga, jako poganie stoją poza naturalnym porządkiem i obyczajem, nie mają ani prawowitej władzy, ani prawa własności, dlatego są przeznaczeni do służenia i muszą być podporządkowani przewyższającemu ich kierownictwu. Z taką diagnozą łatwo było połączyć ideę sprawiedliwej wojny z poganami, jaką dawało się uprawomocnić, nawet gdy była tylko zorganizowanym polowaniem na ludzi, by obrócić ich w niewolników. Sprzeciw papieża lub zakazy takich praktyk słane z Madrytu czy Lizbony działały powoli.

Na początku XVI wieku wojnę z niewiernymi i zbrojne nawracanie potępiał jako łotrostwo wybitny teolog dominikański Tomasz de Vio, zwany Kajetanem. Jego poglądy w tej mierze nie były jednak szerzej znane, w przeciwieństwie do nauki innego szanowanego autorytetu, jakim był - często pytany o zdanie - żyjący w Salamance teolog Franciszek de Vitoria, tomista sięgający częściej niż poprzednicy do Biblii i Ojców Kościoła. Idąc za Akwinatą, uznawał odrębność i suwerenność władzy duchownej i świeckiej; papież mógł powierzyć Hiszpanom zadanie chrystianizacji Ameryki, ale darować im jej nie mógł, nie mając nad nią żadnej doczesnej zwierzchności. W refleksji nad prawem narodów głosił prawną równość państw, bez względu na stopień rozwoju czy kultury. Różnice ustrojowe czy religijne między nimi nie usprawiedliwiają wojny. W postawionym z ewangeliczną odwagą murze były przecież typowe dla epoki furtki: chyba żeby jakiś naród przeszkadzał w głoszeniu wiary. Albo gdyby ograniczał tak ogólnoludzkie prawo, jak przybywanie ludzi z jednego kraju do drugiego (chyba że przybysze zachowają się nieodpowiednio), albo zakazywał im handlu...

Bartłomiej de Las Casas doprowadził swą walką do momentu uzyskania zakazu obracania Indian w niewolników. Jego duchowe i teologiczne osiągnięcie w nowym pojmowaniu uprawnień pogan ostało się mimo ataków. Polegało ono na powiązaniu wysoko cenionej przez zakony żebrzące miłości każdego bliźniego z prawem naturalnym, którego normy obejmują wszystkich - tak chrześcijan, jak pogan. Traktat Bartłomieja De unico vocationis modo, zaginiony i znany dopiero od 1964 roku, wyciągał wszelkie konsekwencje z prawdy o powszechnej woli zbawczej Boga, której nikt nie może ograniczać. Sens i zadanie misji polega na tym, by ludziom przybliżyć Ewangelię bez przymusu i gwałtu, lecz poprzez łagodność, dobroć i pokorę.

Reformacja przez dłuższy czas ograniczała się do Europy, nie kwapiąc się do misyjnego spotkania z pogaństwem. Luter podjął jednak refleksję na ten temat. Stwierdzał, że chrześcijanie Zachodu niesłusznie patrzą z góry na obyczaje pogan, których niska moralność nie jest wrodzona, lecz spowodowana charakterem kultu. Wobec pogan także obowiązuje chrześcijan braterska miłość, uczciwość, dochowywanie zobowiązań. Poganie są nawet bardziej zdatni do przyjęcia Ewangelii niż Żydzi, którzy nadzieję położyli w swym Prawie. Sami zaś, wywodząc się z dawnych pogan, szczycimy się światłem, które wszak nie nam było pierwotnie obiecane. Nadto Kościół nigdy nie jest wolny od pokusy pogaństwa. Poganinem właściwie jest każdy, kto odrzuca Ewangelię, nie tylko ten, komu jej jeszcze nie głoszono. Chrześcijanie są tu dłużnikami pogan. A wojna to żaden, pośredni ani bezpośredni, środek do prowadzenia misji. Pod znakiem krzyża nie można sięgać po miecz, lecz po modlitwę, pokutę i inne środki poprawy życia. Luter był przekonany, że wśród pogan są tacy, co czekają na Ewangelię i pragną jej.5

Kościół, podobnie jak cała przezeń animowana, jednorodna cywilizacja europejska, nie był w stanie wykorzystać szansy spotkania z religiami nieznanych dotąd ludów Nowego Świata. Wysoka bariera różnic kulturowych (poczynając od języka) wymagała dłuższego wysiłku poznawczego, poprzedzonego świadomością, jak bardzo jest on potrzebny. Tego zabrakło. Na spotkanie z zupełnie nową sytuacją przedstawiciele Kościoła przybywali zaopatrzeni w toporne średniowieczne instrumentarium w postaci rozciągliwego pojęcia wojny sprawiedliwej, szeroko pojmowanej władzy zwycięzcy nad pokonanym i dopuszczalnością niewolnictwa. Tradycyjny od końca V wieku (Klodwig) tryb masowego "nawracania" sprawiał, że jego wynik był z góry przesądzony. Już w 1511 roku powstały w Ameryce (na Haiti) pierwsze biskupstwa. Tworzono na wzór europejski bogato uposażone beneficja. Majątki kościelne funkcjonowały, jak inne, dzięki wykorzystywaniu Indian. Ci, mimo swego ubóstwa, oddawać musieli dziesięciny. Kler był - znacznie dłużej, niż to było konieczne - hiszpański, a Kreoli, nie mówiąc o Indianach, długo nie dopuszczano do kapłaństwa, a jeszcze dłużej - do biskupstwa. Podziały rasowo-społeczne przenosiły się do Kościoła.

Jak misjonarze z Europy postrzegali kulty, jakie zastali wśród Indian? Ich bałwochwalstwo, według Vitorii, było nieszczęściem, a nie grzechem. Las Casas uważał, że to bardziej choroba niż występek. Nie demonizował ich wierzeń, a wspominając o ofiarach z ludzi, podkreślał, że praktyka to już rzadka, starodawna, i że w ofiarowaniu tego, co najcenniejsze, życia, wyrażała się, choć tak strasznie, religijność tych plemion. Był za zakazem tej praktyki, ale uważał, podobnie jak Vitoria, że poganie mają prawo do pozostałych praktyk kultowych, bo nie można ich zmuszać do przyjęcia chrześcijaństwa.

Inne jednak pojmowanie miejscowych religii, inna teologia misji, zapanowały w Ameryce Łacińskiej. Zastany świat kultów jawił się przybyłym tu misjonarzom, nie znającym przecież w Europie pogaństwa z autopsji, jako imperium diabła. Zwyciężyła zasada radykalnego wykorzeniania bałwochwalstwa, nie zaś inkulturacji, w której przejmuje się i asymiluje, co tylko w religii katechumenów da się z chrześcijaństwem pogodzić. Tak przecież działo się, gdy Ewangelia wkraczała w świat kultury hellenistycznej, do cesarskich pałaców, pomiędzy ludy germańskie. Tam jednak chrześcijaństwo było petentem, tu przychodziło ze zdobywcami, których działania generalnie legitymizowało, mimo zastrzeżeń (słabo zresztą skutkujących w praktyce) co do szczegółów. Religia ulegała w sporym stopniu ideologii konkwisty.

Francisco de Toledo, wicekról w latach 1569-1581, walkę z bałwochwalstwem uważał za swą powinność, a jego doradcy i teologowie gromadzili argumenty usprawiedliwiające dalszy podbój Indian. Przecież Inkowie, zmuszając inne szczepy do oddawania czci swym bóstwom, odcinają ludzi od możliwości zbawienia, grzesząc przeciw Bogu prawdziwemu! Przy tym dewiacje towarzyszące ich bałwochwalstwu (ofiary z ludzi) także przemawiają za poddaniem tych obszarów pod władzę katolickiego monarchy. Podobnie jak porównanie rozumu, wzniosłości i religijności Hiszpanów oraz Indian, "tych podludzi, u których znajdujemy ledwie ślady ludzkości, którzy nie tylko nie mają żadnej wiedzy", ale także pisma, a obyczaje ich są barbarzyńskie. Pogarda budowana była na poczuciu kulturowej wyższości.

Nic dziwnego, że wobec rozpowszechnienia podobnych poglądów około 1570 roku za podejrzane uchodziły pisma misjonarza franciszkańskiego Sahaguna, w których usiłował on przedstawić i zrozumieć meksykańskie rytuały i zwyczaje. Powtarzana między innymi przez Las Casasa starochrześcijańska zasada, że do przyjmowania wiary zmuszać nie można, została obudowana zastrzeżeniami, które pod koniec XVI wieku (Montaigne w tym czasie zdecydowanie bronił przedkolumbijskiej cywilizacji) tak wyraził ojciec Acosta: zasada owa nie dotyczy kraju, w którym już zaczęła się ewangelizacja, gdyż tolerowanie bałwochwalstwa nie tylko tamuje szerzenie chrześcijaństwa, ale stanowi pokusę dla neofitów. Należy więc wykorzenić wszelki "zabobon diabelski, używając, jeśli trzeba, siły i władzy". Za argument posłużyło też - oparte na apokryfach - przekonanie, że Tomasz Apostoł dotarł z nauczaniem aż do Indii, ponosząc tam śmierć męczeńską. Że zaś Ameryka uchodziła z początku za Indie, ewangelizatorzy opowiadali tubylcom, że Apostoł zwalczał bałwochwalstwo w Peru.

Jeden z księży tłumaczył w XVII wieku indiańskim wiernym: to nie przymusowa praca spowodowała wyludnienie kraju, lecz cześć oddawana potajemnie dawnym bóstwom, mimo przyjęcia chrztu, przez waszych ojców. Według synodu prowincjalnego w Limie (1551) należało oznajmić tubylcom, że wszyscy ich przodkowie i władcy znaleźli się w piekle, bo zamiast Boga czcili słońce, kamienie i inne stworzenia. Działało to porażająco na ludzi, dla których pamięć o przodkach i więź duchowa z nimi znaczyły wiele. (Podobnie Franciszek Ksawery będzie Buddę uważał za demona, przez którego Japończycy żyją w wielkim grzechu.) Podobieństwo starych religii indiańskich i chrześcijaństwa (obrzędy podobne do chrztu i komunii, posty, klasztory żeńskie) nie zostały potraktowane jako pomosty, lecz uznane za diabelskie przywłaszczenia i parodie.

Przedmioty i budynki sakralne unicestwiano. Pierwszy biskup Meksyku Zumaraga obliczył w 1531 roku, że w Nowej Hiszpanii od początku podboju zniszczono więcej niż 500 świątyń i 20 tysięcy bożków. W ówczesnych relacjach pobrzmiewa nuta triumfu: "stare świątynie są wszystkie zwalone i sprofanowane, bożki rozbite i demon wypędzony z tych miejsc; ustawiono tam krzyż". Synod w Limie (1567) polecał proboszczom, by nakazali wiernym do 3 dni ujawnić swe idole. Że jednak dawne kulty trwały w ukryciu, podjęto przeciw nim w latach 1610-1669 kilka kampanii, organizując aparat represyjny na podobieństwo inkwizycji, która wśród Indian nie działała. Były śledztwa, przesłuchania, procesy. Upartych pogan nie karano śmiercią; przeznaczono dla nich w Limie specjalne więzienie - Casa de Santa Cruz. Zaiste, wezwanie przynaglające do medytacji nad nowym podziałem ról w pasyjnym dramacie!

Tradycyjne kulty przetrwały w konspiracji u resztek Indian i u niewolników z Afryki. Dziś wypływają na powierzchnię między innymi w latynoskich synkretyzmach religijnych, wystawiając rachunek autorytarnej i powierzchownej chrystianizacji sprzed 5 wieków. Po jednej stronie Atlantyku walczono wówczas z chrześcijanami odmiennych wyznań i z czarownicami, po drugiej - z ciągle żywotnym "bałwochwalstwem". W 1570 roku kościelni dygnitarze, zgromadzeni w Toledo przez wicekróla, zdecydowali, że ochrzczonych indiańskich czarowników, a więc odstępców, uznać należy za heretyków i karać ich śmiercią tak samo jak tych, którzy przeszkadzają w ewangelizacji. Kampania przeciw skrytym bałwochwalcom w Peru zaczęła się w 1610 roku, w kilka miesięcy po wypędzeniu przez Filipa III z Hiszpanii Maurów, którzy mimo swego chrztu nadal praktykowali w ukryciu dawny kult.6

Gdy przed paru laty świętowano jubileusz odkrycia Ameryki, Jan Paweł II odprawił 11 października 1992 roku w Santo Domingo (Dominikana) Mszę z okazji "pięćsetlecia ewangelizacji Nowego Świata". W homilii papieskiej dominowała nuta dziękczynienia, podziw dla świętych Ameryki Łacińskiej, uznanie dla jej Kościoła, przesłania do rządów i mieszkańców. Nie zabrakło i drobnej wzmianki o dramatach historii, a to przez przytoczenie słów świętego biskupa Turybiusza, który na synodzie prowincjalnym w Limie w 1582 roku ubolewał, że "nie tylko w przeszłości wyrządzono nieszczęsnym Indianom wiele dotkliwych krzywd, ale i dzisiaj wielu nadal czyni to samo".

O wiele mocniej zabrzmiało to w Gore-e (Senegal), gdzie odwiedzając 22 lutego 1992 roku Dom Niewolników, Papież mówił: "Przybyłem tu, aby usłyszeć krzyk wieków i pokoleń, całych pokoleń czarnych niewolników. (...) To miejsce każe myśleć przede wszystkim o niesprawiedliwości, będącej dramatem cywilizacji, która uważała się za chrześcijańską. (...) Ci mężczyźni, kobiety i dzieci stali się ofiarami haniebnego procederu, w którym brali udział ludzie ochrzczeni, ale nie żyjący według zasad swej wiary. Czyż można zapomnieć o bezmiarze cierpień, jakie zadawano ludziom uprowadzanym z Afryki, o łamaniu najbardziej podstawowych praw człowieka, o ludzkich istnieniach unicestwionych przez niewolę?"7

Gdy ochrzczeni, bez względu na epokę, łamią podstawowe prawa człowieka, mniemając po cichu czy głosząc wprost, że chronią one słabiej albo nie chronią wcale tego, kogo uznali za gorszego od siebie z powodu jego wiary, rasy, poglądów, wówczas spełnia się to, przed czym przestrzega Ewangelia. Torowanie mieczem drogi dla krzyża i krew rozlewana w imię Chrystusa jest najbrutalniejszym szyderstwem z Ukrzyżowanego. Powiedział przecież - "cokolwiek uczyniliście". Jeśli pamiętać o biblijnych w końcu podstawach nauki o chrzcie pragnienia, o soborowym pojmowaniu stopni przynależności do Kościoła, o nierozerwalności prawdy i dobra w chrześcijaństwie (sytuację konkwisty Las Casas porównał do wtargnięcia wilków między łagodne owce), to bilansując wszystko, należy postawić konsekwentnie pytanie: która ze stron - najeźdźcy czy ludność przez nich eksterminowana - miała więcej wspólnego z chrześcijaństwem? Skoro anonimowej a bezwiednej przynależności do chrześcijaństwa (o której mówiło Vaticanum II) nie można odmówić i nie ochrzczonym mieszkańcom Ameryki, a okoliczności głoszenia im Ewangelii tak gruntownie zaprzeczały jej samej, że nowa wiara często prezentowała się karykaturalnie i odrażająco, to należałoby wreszcie zacząć mówić i o męczennikach anonimowego chrześcijaństwa, uśmierconych przez tych, którzy byli owego chrześcijaństwa zupełnym zaprzeczeniem, choć z nim formalnie nie zerwali.

Wszystko zaś razem warto polecić ku rozwadze tym, którzy podszyci strachem, podejrzliwością czy nienawiścią, wybielając, co im miłe, a przyczerniając to, co inne, znudziwszy już opinię etykietką "masońskie", zaczynają opatrywać wielce złożoną rzeczywistość stempelkiem: "pogańskie".

 

KS. JAN KRACIK, ur. 1941, profesor historii Kościoła PAT. Autor kilku książek, systematycznie publikuje recenzje i szkice w "Tygodniku Powszechnym", "Znaku" oraz czasopismach historycznych. Ostatnio wydał: Święty Kościół grzesznych ludzi.

 

 

Przypisy:

1. "L’Osservatore Romano", r. 19: 1998, z. 2, s. 39.

2. Encyklopedia katolicka, Lublin 1973, t. 1, kol. 425.

3. M. Żywczyński, Szkice z dziejów radykalizmu chrześcijańskiego, Warszawa 1976, s. 156, 158; S. Swieżawski, U źródeł nowożytnej etyki. Filozofia moralna w Europie XV wieku, Kraków 1987, s. 258.

4. M. Żywczyński, dz. cyt., s. 156-161; M. Ferro, Historia kolonizacji, Warszawa 1997, s. 43, 47; T. Todorova, Podbój Ameryki. Problem innego, Warszawa 1996, s. 149-151.

5. Die Geschichte des Christentums, Bd 8, hrsg. H. Smolinsky, Freiburg 1992, s. 755-768; M. Żywczyński, dz. cyt., s. 130, 135, 139-141, 165, 170, 174; H. W. Gensichern, Heidentum, w: Theologische Realenzyklopädie, Bd 14, s. 596-598.

6. J. Delumeau, Strach w kulturze Zachodu XIV-XVIII w., Warszawa 1986, s. 240-246; K. M. Panikkar, Azja a dominacja Zachodu. Epoka Vasco da Gamy w dziejach Azji 1498-1945, Warszawa 1972, s. 338.

7. Przemówienia i homilie Ojca Świętego Jana Pawła II, Kraków 1997, s. 197, 199-200.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama