Słoń za sterem. Czyli tragedia podróżników

Fragmenty książki "Przepchnąć słonia. Czyli słów kilka dla twardzieli..."

Słoń za sterem. Czyli tragedia podróżników

Rafał Szymkowiak OFM Cap

PRZEPCHNĄĆ SŁONIA

Czyli słów kilka dla twardzieli...

ISBN: 978-83-7505-064-6

wyd.: WAM 2007



Słoń za sterem. Czyli tragedia podróżników

„Niestety, nie mam pieniędzy” — mówię stanowczo, kiedy otwiera się okno podjeżdżającej taksówki. „Wsiadaj, brat — słyszę spokojny głos taksówkarza — o tej godzinie ktoś szybciej zabierze prostytutkę niż zakonnika”. Rzeczywiście! Godzina dziesiąta wieczorem w listopadzie to niezbyt dobra pora na łapanie stopa gdzieś na Śląsku. Na szczęście facet wiedział, gdzie jesteśmy, i wywiózł mnie na drogę wylotową do Krakowa. Od wielu lat podróżuję stopem. W latach dziewięćdziesiątych objechałem całą Europę Zachodnią. Często bez pieniędzy i dokładnej mapy docierałem do miejsca przeznaczenia, gdzie czekali na mnie przyjaciele lub rodzina. Mówią, że podróże kształcą. Moje doświadczenie pokazuje, jak bardzo prawdziwe jest to powiedzenie. Nauczyłem się wiele: kultury innych ludzi, języka, życia. Jednak przede wszystkim nauczyłem się, że zawsze trzeba mieć cel, do którego należy dążyć. I dobrze jest, gdy ten cel nie jest zbyt odległy. Podobno małym dzieciom nie można wyznaczać zbyt odległych celów, ponieważ się zniechęcają. Kilka razy sam to sprawdziłem, dając dzieciakom do wyboru jednego cukierka i całą bombonierę z tym małym zastrzeżeniem, że cukierka mogą zjeść od razu, a bombonierę jutro. Za każdym razem dzieci wybierały cukierka. Myślę, że podobnie jest z dorosłymi. W moich podróżach starałem się, aby cel, do którego zmierzałem, nie był oddalony od miejsca startu o więcej niż osiemset kilometrów. Tyle udawało mi się przejechać w ciągu dnia. Nie można było wyznaczyć więcej, ponieważ groziło to spaniem na parkingowym trawniku. Kilka razy doświadczyłem tej przyjemności! Nawet urok osobisty i zakonna sukienka nie pomogły w dotarciu do wyznaczonego miejsca noclegowego.

Trzeba mieć cel, który nada sens życiu! Nie jakiś wygórowany i odległy, ale na dziś. Nawet jeżeli ktoś ma bardzo odległy cel, to nie może zapomnieć, że osiąga się go przez realizowanie małych celów. Małymi krokami, ale zawsze do przodu! Dlatego warto sobie zadać pytanie: „Jaki jest cel mojego życia na dziś?”. Myślę, że udzielenie odpowiedzi na to pytanie jest czymś oczywistym dla każdego, kto chce, aby określano go mianem istoty myślącej, a zarazem szczęśliwej. Jeśli nie ma celu, to po co coś robić? A jeśli nie wiemy, po co coś robić, to nie robimy tego wcale. No i deprecha jak się patrzy! Najlepiej siedzieć w domu i narzekać na cały świat, mając pretensje do garbatego, że ma proste dzieci. Dobrze, jak wszystko kończy się tylko na pretensjach. Gorzej, gdy ktoś, nie widząc celu, przestaje widzieć sens swojego życia i chce zakończyć je w sposób szybki i niekonwencjonalny, uciekając się do tzw. przyspieszaczy. Nikt z nas nie chce być okrętem błąkającym się po życiowych morzach bez możliwości zacumowania do jakiegokolwiek portu. To jest jak koszmar, a ból przeszywający serce w takiej sytuacji jest nie do zniesienia. Dlatego wielu nastolatków ucieka się do myślenia o śmierci. Przez rok na spotkania Wspólnoty Alternatywnych działającej przy naszym krakowskim klasztorze przychodziła dziewczyna, która czuła w swoim sercu taką pustkę i bezsens, że każde moje z nią spotkanie przesiąknięte było łzami i kończyło się rozmową o śmierci. Śmierć obiektywnie jest najbardziej bezsensownym z rozwiązań. Można powiedzieć, że jest ucieczką od bezsensu w jeszcze większy bezsens. Nie po to człowiek się rodzi, aby od razu umierać, ale po to, by żyć. Śmierć jest kresem naszego życia, ale nie do nas należy wyznaczenie tego kresu. W pakiecie bezsensownych rozwiązań są jeszcze inne ucieczki, choć zawsze chodzi o to samo. Człowiek chce zapełnić pustkę w sobie. Narkotyki, alkohol, seks to próba zapomnienia o tym, co boli, a tym, co boli, jest bezsens codziennego życia. Rzeczą oczywistą jest, że ucieczka nic nie zmienia, bo przecież kiedyś człowiek trzeźwieje, a narkotyki przestają działać. Wtedy bezsens jeszcze się potęguje i staje się nie do zniesienia. Bezsensowność życia staje się potworem, przed którym ciągle uciekamy i nie potrafimy się zatrzymać. Przypomina mi się dowcip, który opowiadał mi jeden z braci. W pewny królestwie władca poszukiwał rycerza, który potrafiłby stawić czoła smokowi chcącemu pożreć jego jedyną córkę. Kiedy wysłannicy króla dotarli do dużego rycerza i przedstawili mu sytuację, ten powiedział, że potrzebuje dwóch tygodni po to, aby przygotować plan i strategię działania. Oczywiście to był zbyt długi czas, ponieważ smok był tuż-tuż. Kiedy poszli do średniego rycerza, oznajmił, że potrzebuje tygodnia, aby przygotować plan i strategię. Pozostał im tylko mały rycerz. Kiedy przyszli do niego i opowiedzieli, jak się sprawy mają, ten krzyknął z błyskiem w oczach: „Natychmiast”. Zdziwieni wysłannicy króla zapytali: „A plan? A strategia”. Na co rycerz podbiegł do swojego konia i wsiadając na niego, krzyknął: „Jaki plan? Jaka strategia? Tu uciekać trzeba!”. I odjechał w siną dal. Wielu ludzi żyje bez planu i strategii, a to wprowadza chaos w ich życie, które przyjmuje postać jakiejś szalonej ucieczki.

Mówią, że człowiek uczy się całe życie i głupi umiera. Pobierałem nauki w różnych szkołach przez dwadzieścia osiem lat i jestem przekonamy, że w tym powiedzeniu kryje się prawda, choć nie zawsze człowiek zdobywa wiedzę w czystej postaci. W pamięci pozostaje nauczyciel z bogatą osobowością, umiejętność szukania odpowiedzi na pytania, a szczególnie mądrość życiowa. Pamiętam swojego wychowawcę, a zarazem nauczyciela fizyki. Facetowi się chciało i choć był wymagający, szliśmy za nim jak w dym, ponieważ miał ciekawe pomysły. Pewnego razu na dużej przerwie przebraliśmy się całą klasą w białe fartuchy i chodząc wokół konturów człowieka narysowanego na płycie boiska, udawaliśmy, że czegoś szukamy. Gdy inni uczniowie podchodzili i pytali, co robimy, z powagą na twarzy i w głosie odpowiadaliśmy: „Szukamy celu!”. W każdym z nas jest coś, co sprawia, że się uruchamiamy, przestajemy siedzieć na czterech literach i ruszamy na podbój świata. To cel wybija nas z letargu i sprawia, że przestajemy uciekać. Jeśli to, co chcemy osiągnąć, jest dobre i czyni nas samych lepszymi, to warto zaryzykować. Oczywiście można na dyskotekach podbijać serca panienek lub podbijać sklepy z coraz to droższymi „zabawkami”, ale to nie daje szczęścia, ponieważ zawsze może się znaleźć ładniejsza panienka i droższa „zabawka”. Chodzi tutaj o sensowne planowanie swojego życia. Jednym słowem potrzebny jest plan. Kiedyś na ulicy spotkałem długoletniego duszpasterza narkomanów księdza Andrzeja Szpaka i to spotkanie dało mi wiele do myślenia. Pierwsze zdanie, jakie wypowiedział po przywitaniu, brzmiało: „Rafał, co planujesz?”. Zdziwiony zacząłem opowiadać o moich planach pracy z młodzieżą. I wtedy on odpowiedział: „No to jestem o ciebie spokojny”. Plan, a może nawet swoistego rodzaju strategia, jest tym, co porządkuje nasze życie i pomaga nam osiągnąć cel. Kilka lat temu wyjechałem z Młodzieżą Alternatywną do Milówki. Przytulna chatka w górach miała być miejscem wzrostu duchowego dla asów, z którymi pracuję. Byłem świadomy, że to, czego alternatywne tygryski nie lubią najbardziej, to jakikolwiek przymus. Dlatego na początku, chcąc uszanować wolność moich podopiecznych, zaproponowałem, abyśmy wspólnie ułożyli program. Po dwugodzinnej dyskusji doszli do wniosku, że trzeba zastosować zasadę WDB (nie mylić z innymi skrótowcami), czyli Wolność Dzieci Bożych, i zdać się na opatrzność, a program każdego dnia rekolekcji będzie układał się sam. Z bólem serca przyjąłem postanowienie wysokiej rady i czekałem na rozwój wydarzeń. Następnego dnia dzieci Boże spały do dwunastej w południe, nudziły się jak mopsy i nie mogły się dogadać co do godziny Mszy świętej i konferencji. Jeśli chodzi o obiad, poszło im znacznie lepiej. To znaczy obiad był, ale dopiero o dziewiętnastej. Jednym słowem: chaos w czystej postaci. Późnym wieczorem przy zapalonym kominku jednogłośnie zadecydowali, że chcą mieć program, bo jak dalej tak będzie, to ogłupieją na amen. Program to rzeczywistość, za którą każdy z nas jest odpowiedzialny. Nie chodzi o coś, co jest nam narzucone. Kwestia programu życiowego to sprawa wymagań, które trzeba nałożyć sobie samemu, po to by nie stać się „rozlazłym”.

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama