Kwiecień 2006 - pierwsza rocznica

Refleksja w pierwszą rocznicę śmierci Jana Pawła II

 

Obchody pierwszej rocznicy śmierci Jana Pawła II pokazują, że wydarzenia związane z jego umieraniem odcisnęły wyraźny ślad w świadomości wielu ludzi na całym świecie, szczególnie Polaków. Trudno oczywiście o jakieś wymierne porównania skali wpływu tego wydarzenia na ludzkie wybory. Owszem, w życiu wielu ludzi zostały pod jego wpływem podjęte istotne decyzje. Mimo to wiele przeżyć i doznań, nie mniej rzeczywistych i istotnych, wymyka się wszelkim próbom kwantytatynego wyrażenia. Wśród szeregu publikacji na temat ostatnich dni życia Jana Pawła II nie brak również komentarzy analitycznych, które próbują opisać te wydarzenia bez egzaltacji, chociaż nie oznacza to wcale braku życzliwości czy szacunku. Wśród różnych pytań pojawiają się także to o interpretację decyzji Ojca świętego dotyczącej zaprzestania intensywnych zabiegów medycznych. Czy rezygnując z nich, Papież przyspieszył swoją śmierć? A może odwrotnie, czy niektóre z zastosowanych zabiegów, jak np. tracheotomia, czy użycie respiratora, nie przedłużyły niepotrzebnie cierpień ostatnich dni jego życia? Jak należy te działania interpretować w świetle etyki chrześcijańskiej?

Dyskusja, dotycząca postępowania z umierającymi była w ostatnich latach bardzo intensywna, jednak w czasie, gdy umierał Papież, nabrała ona szczególnego znaczenia, również w kontekście umierania jeszcze innej osoby. Chodzi o okoliczności śmierci Terri Schiavo, która w wyniku przerwania dopływu tlenu do mózgu, od lat znajdowała się, jak twierdzono, w trwałym stanie wegetatywnym (persistent vegetative state). Pacjenci w tym stanie, są, jak twierdzą lekarze, pozbawieni świadomości, chociaż zachowują rytm dobowy snu i czuwania i, jak sądzą ich najbliżsi, wydają się reagować na kontakt z otoczeniem. Nie potrafią jednak przyjmować pokarmu normalną drogą, dlatego, by żyli, trzeba ich odżywiać za pomocą sondy.

Te dwie śmierci stały się jakby ikonami dwóch „sztuk umierania”, dwóch diametralnie różnych odniesień do ostatnich chwil życia. Przerwanie odżywiania Terry Shiavo, które po prawie trzynastu dniach doprowadziło do jej śmierci głodowej, było motywowane szacunkiem dla jej autonomii (odmowę kontynuowania życia w podobnym stanie miała kiedyś wyrazić wobec swego męża) oraz oceną, iż życie w takim stanie uwłacza ludzkiej godności i jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Śmierć ta spełniała wszelkie kryteria eutanazji, śmierci na życzenie, dokonanej wprawdzie nie przez aktywne działanie, ale przez jego zaniechanie, które jednak zarówno w odniesieniu do zamierzonego celu, jak też w efekcie samej dynamiki podjętych decyzji, miało spowodować śmierć i ją spowodowało. Śmierć Jana Pawła II, chociaż związana z odrzuceniem terapii uporczywej, nie była efektem autonomicznej decyzji człowieka, który rości sobie prawo do decydowania o momencie swojej śmierci, ani też efektem oceny miernej jakości życia w stanie cierpienia. Każda dyskusja na temat eutanazji bazuje na tej podwójnej kontrowersji.

Jan Paweł II poświęcił w swoim nauczaniu wiele miejsca temu problemowi, starając się o przywrócenie ludzkiemu umieraniu istotnego duchowego wymiaru. Papież wielokrotnie podkreślał, iż zdecydowane „nie” wobec każdej formy eutanazji, nie oznacza obowiązku przedłużania życia za wszelką cenę. „Od eutanazji należy odróżnić decyzję o rezygnacji z tak zwanej ‘uporczywej terapii', to znaczy pewnych zabiegów medycznych, które przestały być adekwatne do realnej sytuacji chorego, ponieważ nie są już współmierne do rezultatów, jakich można by oczekiwać, lub też są zbyt uciążliwe dla samego chorego i dla jego rodziny. W takich sytuacjach, gdy śmierć jest bliska i nieuchronna, można w zgodzie z sumieniem ‘zrezygnować z zabiegów, które spowodowałyby jedynie nietrwale i bolesne przedłużanie życia, nie należy jednak przerywać normalnych terapii, jakich wymaga chory w takich przypadkach'.[...] Rezygnacja ze środków nadzwyczajnych i przesadnych nie jest równoznaczna z samobójstwem lub eutanazją; wyraża raczej akceptację ludzkiej kondycji w obliczu śmierci„ (Encyklika Evangelium vitae, nr 65). Jeżeli przyjrzeć się ostatnim dniom życia Papieża, to podjęte w tym czasie działania, jak i zaniechania, dadzą się dokładnie wkomponować w logikę, jaką Jan Paweł II sam nakreślił w encyklice na dziesięć lat przed swoim odejściem do domu Ojca. Można oczywiście snuć dywagacje, czy zastosowanie respiratora w ostatnim dniu życia było formą terapii uporczywej, zastosowanej wbrew woli Jana Pawła II (zob. T. Daniel, M. Wichrowski, Pozwólcie mi odejść do domu Ojca, w:. Ozon 13 (2006).Dodatek specjalny.„Kochamy Cię ”). Kto jednak twierdzi, że „postawę Papieża należy odczytywać jako próbę obrony własnej autonomii wobec paternalizmu lekarzy” (tamże), ten musi dodać, iż pojęcie autonomii w rozumieniu Jana Pawła II zawsze było zakotwiczone w kontekście chrześcijańskiej antropologii i nie może być rozumiane jako nieograniczona swoboda decydowania o momencie własnej śmierci.

Nie można oczywiście zaprzeczyć, iż istnieje wiele sytuacji niezmiernie zagmatwanych, niejednoznacznych, w których zarówno lekarze, jak i pacjenci stają przed wieloma dylematami moralnymi, jeżeli tylko pragną zachować etyczną powinność szacunku dla ludzkiego życia. Takie sytuacje są jednak czymś odmiennym, niż proklamowanie prawa do własnej śmierci w oparciu o zasadę absolutnej autonomii w dysponowaniu własnym życiem, bądź też w oparciu w ocenę jego jakości.

Poza prognozami medycznymi i kalkulacjami dotyczącymi relacji zastosowanych środków do oczekiwanych rezultatów, ta śmierć, jak i każda inna, ma jeszcze inny wymiar, który musi być wzięty pod uwagę. Jest to niezmiernie trudne, gdyż chodzi o wymiar wymykający się wszelkim kalkulacjom. Ostatnie dni życia Jana Pawła II należały paradoksalnie do okresów jego życia, w których najbardziej intensywnie oddziaływał na ludzi i to w skali globalnej. Gdyby zatem te dni zostały mu odebrane, nie byłoby tej intensywnej ostatniej katechezy, której owocem była niespotykana dotychczas fala dobra, autentyczne duchowe tsunami, które przetoczyło się przez cały ludzki glob i którego owoce w wielu sercach trwają do dzisiaj. Tego, co działo się wtedy w duszy umierającego Papieża, nie dowiemy się nigdy, można jednak domniemywać, że również on potrzebował tego czasu, by dojrzeć do ostatniej drogi. Nie zmienia to faktu, że musiał to być czas niezmiernie bolesny, czas oddawania wszystkiego, co kochał, co było mu bliskie, w końcu nawet możliwości przepowiadania swoim głosem Ewangelii. Kto zdoła zmierzyć jakość ostatnich godzin, dni, tygodni życia ludzkiego? Kto może powiedzieć, że wobec faktu, że umiera ktoś w podeszłym wieku, czas trwania agonii jest zupełnie nieistotny, zarówno dla niego samego, jak i dla jego otoczenia? Czy kilka dni, które zostaną dane umierającemu, by mógł świadomie pożegnać się z najbliższymi, mogą być określone jako mało istotne? Trzeba zatem, przywołując jednoznaczną zgodę etyki chrześcijańskiej na przerwanie bądź rezygnację z terapii uporczywej, podkreślić jednocześnie, że wszelkie lekarskie kalkulacje dotyczące rokowań pacjenta, powinny uwzględnić także ten „niewymierny wymiar”. Jest to niezbędne, aby umieranie nie stało się jedynie procedurą, opartą na kalkulacjach, ale pozostało głęboko ludzkim aktem, który trzeba podjąć i przeżyć godnie.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama