To był rok pokory, wiary i nadziei

Rozmowa z misjonarką świecką, która spędziła rok na placówce sióstr salezjanek City of Hope w Lusace

Jesteś z wykształcenia pedagogiem. Gdybyś miała wytłumaczyć dziecku, czym są misje, co byś powiedziała?

Jak wiadomo, są różnego rodzaju misje. Skupię się na moim doświadczeniu. Bardzo możliwe, że wyjaśniłabym mu to mniej więcej w taki sposób: słuchaj, misje to postawa, zachowania i uczynki człowieka, które są w zgodzie z wolą Pana Boga. Dzięki nim możemy pomagać innym ludziom, np. osobie, która jest smutna, głodna lub źle traktowana. Misje to ciężka praca, jednak daje dużo pozytywnej energii. Dzięki niej poznajesz drugiego człowieka, jego potrzeby, radości i smutki i stajecie się przyjaciółmi. To obopólna satysfakcja. Dzięki takiej pracy poznajesz także siebie, rozwijasz się.

Kasiu, jesteś młodą kobietą. W tym wieku wielu ludzi nawet nie pomyśli o pomaganiu innym, ale o tym, by korzystać z życia. Skąd pomysł, by zostać świecką misjonarką?

To był rok pokory, wiary i nadziei

 źródło: photogenica.pl
 autor: Ron Chapple Stock

Zawsze mówię, że to nie był mój pomysł, chociaż to ja go wypowiedziałam. Moim marzeniem było poznanie z bliska Afryki i jej kultury. Odkąd pamiętam, fascynowała mnie, uwielbiałam filmy, książki na ten temat. Zresztą zamiłowanie do tego typu lektur nie skończyło się z chwilą opuszczenia afrykańskiej ziemi. Jednak zanim wyjechałam do Zambii, upłynęło sporo czasu. Marzenia małej dziewczynki o zobaczeniu stada słoni na sawannie przybrały nieco inny charakter. Punktem zapalającym była rozmowa z wolontariuszami, którzy opowiadali o swoim pobycie. I tak zakurzona szuflada przypomniała, co ma w środku. Człowiek często boi się wypowiedzieć na głos pewne marzenia czy chęci. Jeszcze gorzej z wiarą w to, że dana rzecz znajduje się w zasięgu możliwości. Bywa też tak, że mamy już plan na życie, przekonanie, iż niczego nie należy zmieniać. Jednak wystarczy mały podmuch wiatru z odpowiedniej strony, by zawołać „Ekipę Sprzątającą”, bo sami nie jesteśmy w stanie sobie poradzić. Tak też było ze mną. Miałam plany na życie i w tamtym momencie szybsze bicie serca na słowa „Afryka” czy „misje” przykryłam właśnie nimi oraz brakiem wiary i motywacji w to, że ja - Kasia mogę gdzieś wyjechać, że się do tego nadaję. Oczywiście, dobrą rzeczą jest mieć pomysły na przyszłość, jednak warto również pamiętać o wietrze...

W internecie znalazłam blogi wolontariuszy, których parę lat wcześniej mogłam słuchać i podziwiać. To była dobra lektura, bo dzięki niej uświadomiłam sobie, że niczym nadzwyczajnym się od nich nie różnię. Pomyślałam, że skoro im udało się wyjechać, to mi też się uda. To był moment, w którym uwierzyłam w siebie i swoje marzenie. Owszem, po chwili wielkiej radości przyszły wątpliwości, czy aby na pewno to jest dobre i dla mnie. Jednak miałam w sobie tę świadomość, że jeśli Pan Bóg chce, bym wyjechała, to wszystko się ułoży. Zaczęłam szukać namiarów na organizację pomagającą w wyjeździe. Nie minął miesiąc, a już znalazłam się na spotkaniu grupy nowych chętnych.

Z perspektywy czasu widzę, że za możliwością spełnienia marzenia poszły konkretne czyny, decyzje, że czas dojrzewania marzenia we mnie był potrzebny i rozwijający, a plany zawsze można zmienić lub przełożyć.

Mówi się, że osoba, która chce wyjechać na misje, musi mieć powołanie. Często istnieje także przeświadczenie, że misje to sprawa Kościoła, księży, którzy powinni nieść pomoc potrzebującym. Co świecki misjonarz może dać ludziom, do których przyjeżdża?

Bardzo dużo! I nie mówię tego tylko z perspektywy swojego wyjazdu do Zambii. Widzę to także po wyjazdach moich znajomych do innych krajów, nawet w Europie. Zacznę od najistotniejszej sprawy - wymiaru religijnego. Świecka osoba, która zdecyduje się na pracę w duchu katolickim, już przez to daje świadectwo swojej wiary i własną postawą świadczy o Chrystusie. Misjonarze i misjonarki poprzez powołanie do życia konsekrowanego głoszą Dobrą Nowinę. Jest to bardzo ciężka praca - mówię to z własnych obserwacji. Bywają inaczej odbierani przez osoby, z którymi przyszło im pracować. I na pewno nieraz usłyszeli: „bo ty jesteś księdzem, siostrą zakonną”. Jednak bez nich świeccy wolontariusze mają małe możliwości, nie poradziliby sobie. Wolontariusz z kolei postrzegany jest trochę inaczej wśród miejscowej ludności, a zwłaszcza dzieci i młodzieży. Najmłodsi zadają dużo pytań i chcą się jak najwięcej dowiedzieć o danej osobie, jej motywacjach przyjazdu. Dużo więcej też widzą, a to, co zobaczą, potrafią przełożyć na swoje życie. Innymi słowy, wolontariusz czasem może więcej zdziałać i szybciej dotrzeć do konkretnej osoby niż niejeden ksiądz czy siostra zakonna. Powtarzam: oni są niezbędni do pracy na misji, ale zdarza się, iż młody człowiek szybciej otworzy się do osoby w swoim wieku. Dalej, pochodzący z innego kraju czy kontynentu dziewczyna lub chłopak pokazują ludności, a przede wszystkim dzieciom, różnice kulturowe, obyczajowe; uczą zwyczajów, tradycji, jakie w jego kraju można spotkać. Pokazują także, że są żywo zainteresowani życiem, krajem, społecznością, do której przyjechali. A takie rzeczy są bardzo cenione w oczach tubylców.

Jakie przygotowanie musi mieć osoba świecka, chcąc wyjechać na misje? Jak wygląda formacja?

Każda droga formacyjna jest inna, w zależności od ośrodka kierującego na misje. Różni się także ze względu na charakter pracy, jaką przyszły wolontariusz będzie wykonywać na danej placówce. Ja wyjechałam z Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego (SOM) w Warszawie, gdzie nowy wolontariusz, który ma pragnienie wyjazdu, zobowiązany jest do uczestnictwa w każdym weekendowym zjeździe. Odbywają się one co miesiąc i trwają od piątkowego wieczoru po niedzielny obiad. Tego typu spotkania trwają rok i są dużą kopalnią wiedzy na temat misji. Stają się bowiem okazją do poznania tych, którzy na nich byli i teraz chcą dzielić się z innymi zdobytym doświadczeniem. To czas na rozważania, konferencje, świadectwa i rozmowy. Zajęcia prowadzą m.in. psycholog i lekarz medycyny tropikalnej. Jak wskazuje sama nazwa ośrodka, duch ks. Bosko ujawnia się także poprzez czas, w którym wolontariusze, uczestnicząc w grach i zabawach, poznają nowe sposoby przyciągania młodych ludzi. Jednak spotkania te to także modlitwa, poznawanie siebie i rozmowa z Jezusem podczas adoracji. Formacja w SOM dla wolontariuszy wyjeżdżających na rok to również test psychologiczny i rekolekcje śladami ks. Bosko. Wreszcie formacja to też udział w różnego rodzaju animacjach misyjnych czy pielgrzymkach.

Tuż przed wyjazdem z City of Hope na swoim blogu napisałaś: „Jutro już nikt na chodniku nie będzie wołał za mną: „Muzungu! How are you?”. Nikt nie będzie zaczepiał i pytał, co u mnie słychać; ot tak, po prostu, bo jestem drugim człowiekiem i zasługuję na odrobinę zainteresowania. Nikt nie zwróci na mnie uwagi, będę jedną z wielu postaci ulicy. Ale czy tak naprawdę będę jedną z wielu? Zewnętrznie na pewno. Może tylko moja głowa obsypana afrykańskimi warkoczykami będzie wskazywała na pewną odmienność. Jednak to będzie chwilowa odmienność. Wewnętrznie będę inna”. Co dał Ci rok spędzony w Zambii?

Z pewnością zabrał mi kawał serca. Dla jednych rok to dużo, dla innych - mało. W przypadku wyjazdu młodego człowieka na roczny wyjazd misyjny gdzieś do Afryki - to dużo. Dużo, gdy ma się świadomość, że ze względów finansowych nie spotka się z rodziną, nie wyżali, nie zje wspólnie obiadu. Ten czas może dużo zmienić, naprawić albo zepsuć. Jednak rok pracy misyjnej pozostawia w życiu każdego człowieka wielki ślad. Ciężko było wracać do domu z przeświadczeniem, że zostawia się osoby, dzięki którym doświadczyłam dużo dobra, którzy nauczyli mnie, iż każdy dzień to dar, a życie pomimo swego bólu jest piękne. Nauczyli mnie, że mimo własnej biedy są szczęśliwsi niż my, którzy mamy wszystko. Rok w Zambii to lekcja pokory, cierpliwości, wiary i nadziei. Jednak także złość, uczucie niesprawiedliwości i bunt. W Polsce jestem dwa miesiące i widzę, że aklimatyzacja wciąż trwa. Nie sądziłam, iż powrót do polskich realiów może być chwilami tak dokuczliwy. Jednak moi zambijscy przyjaciele nauczyli mnie czekania, innego postrzegania czasu. Mam zamiar skorzystać z ich rad.

Jak zachęciłabyś młodych świeckich do wyjazdu na misje?

Myślę, że każdy, kto w duchu myśli o takim wyjeździe, powinien zaryzykować i wyjść spod klosza strachu, niepewności, braku wiary w siebie, we własne możliwości czy porównywania się do kogoś. Bo jeśli nawet się nie uda i nie wyjedzie, to czy coś się stanie?! Nie, a dana osoba będzie mieć doświadczenie i satysfakcję, że spróbowała, że zawalczyła o marzenie. Taka służba jest jak najbardziej pomocna tym, którzy mają poczucie, że chcieliby zmienić swoje życie; dla kogoś, kto chciałby swój czas i zdolności ofiarować innym, a przy tym poznać obcy kraj, to, jak żyją jego mieszkańcy, jaką mają kulturę, tradycje. Wyjazd na misje pozwala patrzeć szerzej na otaczający nas świat, pomaga zdobyć doświadczenie i uczy.

Dziękuję za rozmowę.

Echo Katolickie 42/2012

opr. ab/ab

Echo Katolickie
Copyright © by Echo Katolickie

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama