W drodze na misje do Zambii

Rozmowa ze świecką misjonarką, wybierającą się na misje do Zambii

W drodze na misje do Zambii

- Jesteś z wykształcenia pedagogiem, asystentem w zakładzie wczesnej edukacji na gdańskiej pedagogice. Gdybyś miała wytłumaczyć dziecku, czym są misje, powiedziałabyś ...

- Misje to mówienie o Bogu, ale też życie tak, jak On tego od nas pragnie. To pokazywanie Pana Boga wszystkim, którzy są akurat blisko nas, zarówno swojej najbliższej rodzinie, jak i środowisku, w którym żyjemy. Najkrótsza definicja, która przychodzi mi do głowy, to misje jako niesienie Pana Boga do ludzi, z którymi się jest.

- Ale większości z nas misja kojarzy się z tym, że trzeba jechać gdzieś daleko, a z tego, co mówisz, możemy zostać na miejscu i niejako „u siebie” być misjonarzami, nieść innym Boga.

- Myślę, że wielu ludzi, na przykład na Zachodzie w pewnym sensie we własnym kraju jest na misjach. W Polsce jest póki co inaczej. Tu wiedza o Bogu, o Chrystusie, jest w zasięgu ręki. Mamy chyba wszyscy świadomość, że poza granicami naszego kraju są ludzie, którzy nie mieli szansy poznać Boga. Ich sytuacja jest znacznie trudniejsza, często cierpią biedę, chorują. Przyjazd do tych ludzi na misje wymaga więc nie tylko głoszenia im Boga, ale także udzielenia realnej pomocy. Istotą misji jest chyba wezwanie Boga, byśmy sobie nawzajem pomagali.

- Definiując misję, wyodrębniłaś sferę słowa i czynu. Czy twoim zdaniem można powiedzieć, że któraś z tych sfer powinna być pierwsza, ważniejsza?

- Można ani razu nie wypowiedzieć słowa „Bóg” i jednocześnie być Jego świadkiem. Można też bardzo dużo mówić, a całym swoim postępowaniem temu słowu zaprzeczać.

- Czy masz wzór osobowy misjonarza, kogoś kto Cię zafascynował i pociągnął swoim przykładem?

- Przychodzą mi do głowy trzy osoby. Pierwszą jest święta Tereska z Lisieux, która choć zawsze marzyła, by być misjonarką, nigdy nią nie została za życia. Prawdziwe misje zaczęła w niebie ... To daje obraz tego, że jeśli chcemy jechać na misje, musimy być gotowi całkowicie zaufać woli Boga i Jego, a nie naszym planom. Drugą osobą jest ojciec Beyzym, jezuita, który miał bardzo trudny charakter, ale okazało się, że taka twarda osobowość świetnie się sprawdza w wymagających warunkach misji, tam się odnalazł i w pełni zrealizował. Od zaprzyjaźnionego jezuity dostałam medalik — z jednej strony jest Chrystus, a z drugiej ojciec Beyzym. Jak mi się czasem zdarza jakaś trudna sytuacja, to chwytam ojca Beyzyma, żeby był ze mną, także można powiedzieć, że już współpracujemy (śmiech). Trzecią osobą, której w dużej mierze zawdzięczam decyzję wyjazdu do Zambii jest polski jezuita, który obecnie tam pracuje, ojciec Tadeusz Świderski. Emanuje on ogromnym zapałem do tego dzieła, a zarazem ma w sobie jakiś wewnętrzny pokój. Kiedy go poznałam na wykładzie w duszpasterstwie jezuitów w Gdyni, poczułam, że — w dobrym sensie tego słowa — zazdroszczę mu, że jest tak szczęśliwy i że taką radość daje mu bycie w życiu na swoim miejscu. Kiedy opowiadał nam o misji w Zambii widać było, że tu jest tylko na wakacjach, ale myślami i sercem był w swojej parafii w Chicuni. Czuło się, że tam mu nie jest łatwo, ale że jakoś go przyciąga to miejsce, do którego został posłany, że to jest jego dom.

Warto też podkreślić, że wszystkie te trzy osoby łączy jedno — wypełnianie woli Bożej, dążenie do bycia tam, gdzie widzi ich Bóg.

- Niezwykłą mądrość w głoszeniu Chrystusa miał też Karol de Foucauld. Kiedy przyjechał do Tuaregów w Afryce, wiedział, że minie sporo czasu, zanim spróbuje im coś powiedzieć o Chrystusie. Najpierw postanowił zdobyć ich przyjaźń poprzez dzielenie z nimi ciężkich warunków życia na pustyni. Głoszenie Chrystusa ludziom zupełnie innych kultur, wymaga wielkiej subtelności. Czy wiesz coś o specyfice odmienności kulturowych, którym muszą sprostać jezuici pracujący w Zambii?

- Na pewno wielkim problemem jest myślenie magiczne czy kult przodków. Ale są też takie wymiary kultury, które nie są sprzeczne z chrześcijaństwem i można je włączyć. Przykładem mogą być wielogodzinne liturgie — pełne tańca i śpiewu. Odmienne są też na przykład ofiary tych ludzi — przynoszą ze sobą na mszę kozę albo kurę, bo to jest część ich majątku. Nie trzeba chyba dodawać, że taki dar, w sytuacji, kiedy jada się raz dziennie, jest prawdziwą ofiarą, ich wdowim groszem.

- A jak misjonarze radzą sobie z barierą języka?

- W Zambii językiem urzędowym jest angielski, zresztą jednym z ważnych zadań jezuitów tam jest nauczanie tego języka. Dzięki temu można się z tymi ludźmi dość dobrze porozumieć.

- Jedziesz na misje jezuickie, gdzie większość zadań należy do kapłanów. Funkcjonuje zresztą chyba taki stereotyp, że misje są nade wszystko przestrzenią działania osób konsekrowanych. Zapytam więc, by cię sprowokować — po co świeccy jadą na misje?

- Jak to po co? (śmiech). A mówiąc poważnie, tam jest tak wiele zadań, że sami kapłani nie wystarczą. Poza tym od ładnych kilku lat zachęca się w Kościele ludzi świeckich do aktywności. Musimy mieć świadomość, że wszyscy tworzymy Kościół, więc także my powinniśmy otworzyć się na zadanie, jakim są misje. Z drugiej strony warto oddzielić świeckich jadących na misje z pobudek religijnych od wolontariuszy, którzy chcą przeżyć przygodę i wpisać sobie ciekawe doświadczenie do CV. Także na misje jezuickie przyjeżdżają z taką motywacją wolontariusze z krajów zachodnich i z tego, co słyszałam mają często kłopot — zwłaszcza z przestawieniem się na sytuację, w której trzeba tyko dawać, nie żądając przy tym na przykład jakichś dobrych warunków.

- Co świecki misjonarz może dać ludziom, do których przyjeżdża?

- Najczęstszym zadaniem świeckich jest edukacja — uczenie krawiectwa, stolarki, obsługi komputera, oczywiście tam, gdzie te komputery są. Nasze wyobrażenie Afryki to często obraz małej wioski wśród dżungli. Tymczasem jest to kontynent pełen skrajności — są hotele pięciogwiazdkowe i luksusowe samochody na ulicach miast, a obok stoją lepianki, slumsy

zamieszkane przez biedotę, która musi oszczędzać wodę do picia. Ci ludzie często mogliby gdzieś pracować i tym samym polepszyć swoje warunki życia, ale nie mają żadnych umiejętności. Dlatego tak ważne jest uczenie ich, każda umiejętność, to szansa na lepszy byt.

- Ale chyba na misjach niemożliwy jest ścisły podział kompetencji. Kapłani nie mogą być tylko od spraw ducha, a świeccy chyba nie tylko zmieniają materialną stronę bytowania tych ludzi.

- To są kompetencje, które powinny, a nawet muszą się uzupełniać. Wiem, że w niektórych rejonach kapłan ma tak dużo obowiązków, że wolontariusze muszą wyręczać go w odwiedzaniu chorych z Najświętszym Sakramentem. Świecki jest też między innymi po to, by pokazać, że Chrystus nie istnieje tylko w opowieściach księdza, ale że wiara przenika w każdą sferę naszego życia. Ojciec Tadeusz często powtarza myśl św. Ireneusza — „chwałą Boga jest żywy człowiek”, tak więc i świeccy i kapłani winni zatroszczyć się o całego człowieka — i o jego duszę, i o jego ciało. Dodam też, że osoba świecka, która nastawi się tylko na pomoc doczesną tym ludziom, a nie będzie człowiekiem modlitwy i człowiekiem otaczanym modlitwą innych — nie jest w stanie podołać tej pracy. Widać to zwłaszcza, gdy się czyta listy od świeckich misjonarzy, którzy podkreślają, że pomaga im przetrwać zarówno codzienna modlitwa w ich afrykańskich parafiach, udział w jutrzni, nieszporach, Eucharystii jak i świadomość, że modli się za nich Kościół, przyjaciele, rodzina.

- Wiem, że ty także już teraz masz świadomość tej wielkiej roli modlitwy Kościoła za twój wyjazd, dlatego, jak mi mówiłaś, poprosiłaś o nią chorych z twojej parafii ...

- Tak, za pośrednictwem księdza, który co miesiąc nawiedza chorych z mojej parafii, prosiłam, by jeśli mogą — chorzy ofiarowali swoją modlitwę także w intencji misji i mojego wyjazdu.

- Czy wiesz już, jakie dokładnie zadania czekają cię w parafii prowadzonej przez jezuitów w Zambii?

- Trudno jest w tej chwili precyzyjnie określić, jakie będą moje zadania. Ojciec Tadeusz, powiedział, że potrzebuje mojej pomocy w koordynowanej przez jezuitów szkole radiowej. Pytałam kilka razy o szczegóły, ale ojciec ma naprawdę tyle pracy, że maile pisze bardzo rzadko i zdawkowo. Wiem tylko, że będę mieszkała w lepiance, w bardzo prymitywnych warunkach i dojeżdżała spory kawał drogi do pracy rowerem. Reszty pewnie dowiem się na miejscu, a na razie muszę powstrzymać moją dociekliwość.

- W jaki sposób funkcjonują jezuickie szkoły radiowe ?

- W Zambii jak łatwo się domyśleć nie wszystkie dzieci mają możliwość uczęszczania do szkoły podstawowej. Przede wszystkim dlatego, że szkół jest wciąż mało, a poza tym często są położone w dużej odległości od miejsca zamieszkania dzieci. Dużo jest też rodzin tak biednych, że nie stać ich, by dziecko, które potrzebne jest do pracy przy gospodarstwie, przeznaczało czas na szkołę, a zwłaszcza dotarcie do niej, które często wiąże się z przebyciem pieszo ponad 20 kilometrów w jedną stronę. Dlatego jezuici wpadli na pomysł uczenia przez radio. Niesamowite jest to, że ojcom udało się podpisać umowę z rządem Zambii, która pozwala dzieciom uczącym się przez radio przystępować do egzaminów państwowych, których pomyślne zdanie gwarantuje im świadectwo ukończenia szkoły. Z tego co wiem, w programie uczestniczy w tej chwili około 1500 dzieci, a pomaga im w nauce ponad 80 nauczycieli wolontariuszy. Myślę, że także ja będę mogła się włączyć w to dzieło — czy to poprzez moje doświadczenie zawodowe związane w edukacją wczesnoszkolną, czy to poprzez nauczanie języka, bo kończyłam specjalizację pedagogika z nauczaniem angielskiego. Być może przyda się też moje doświadczenie w pracy ze studentami, bo tam brakuje kadry, która mogłaby kształcić na poziomie studiów wyższych a także dokształcać miejscowych nauczycieli.

Warto też dodać, że radio jest narzędziem ewangelizacji i rozwijania świadomości społecznej mieszkańców Zambii. Emituje się nie tylko audycje edukacyjne, ale także programy o tematyce religijnej, społecznej (na przykład uświadamiające prawa kobiet, których status społeczny jest wciąż kontrowersyjny), zdrowotnej (zwłaszcza związane z problemem AIDS), a także programy rolnicze i kulturowe. Jezuitom zależy na tym, by miejscowi cenili swoje tradycje i bogactwo obyczajów, dlatego na przykład nagrywa się i emituje lokalną muzykę czy piosenki. Jezuici zbudowali małe, dość prymitywne studio i tam nagrali już ponad 20 albumów z muzyką okolicznej ludności.

- A jak zrodził się pomysł, że pojedziesz właśnie do Zambii, wiem, że wielu świeckich wolontariuszy woli pojechać gdzieś bliżej, choćby do Białorusi czy na Ukrainę, gdzie też potrzebni są świeccy wolontariusze do pomocy przy parafiach katolickich.

- Wszystko zaczęło się od tego, że przez przypadek, choć w życiu chrześcijanina jak wiadomo nie ma przypadków, trafiłam na spotkanie z ojcem Tadeuszem w duszpasterstwie jezuitów w Gdyni. Ja tam nigdy wcześniej nie bywałam i czemu się tam znalazłam, tego też do końca nikt nie wie! To był listopad 2005 roku, ojciec przebywał akurat na wakacjach w Polsce. Zafascynowało mnie to, co i jak mówił o swojej parafii, o zadaniach, które realizują. Dwa dni potem pojawiła się możliwość uczestniczenia w spotkaniach formacyjnych prowadzonych przez Salezjański Wolontariat Misyjny. Nie wahałam się ani chwili, pojechałam i utwierdziłam się w jakimś niesamowicie silnym poczuciu, że to jest moje miejsce. Zresztą pragnienie wyjazdu na misje było w sercu od zawsze. Gdyby potrzebowano mnie w innym kraju, chętnie pojechałabym tam, ale że nawiązał się już kontakt z ojcem Tadeuszem, który twierdził, że ja i moje wykształcenie bardzo się przyda w jego działaniach, to poszłam za tym znakiem. Dlatego Zambia to właściwie nie był mój wybór, nie jadę tam dlatego, że chcę sobie przeżyć egzotyczną przygodę, ale dlatego, że czuję się w pewien sposób właśnie w to miejsce posłana. Dużą rolę gra też język, bo w moim przypadku wchodziły w grę tylko kraje anglojęzyczne.

- Pewnie trudno jest o tym mówić, może nawet nie będziesz chciała, ale czy mogłabyś przybliżyć sposób, w jaki Pan Bóg prowadził Cię, do podjęcia tego zadania, czym było to pragnienie serca, które, jak mówisz, czułaś od dziecka? Fascynuje mnie to, bo nie znam nikogo, kto by od dziecka marzył o misjach i komu by to nie wywietrzało z głowy w młodości czy dorosłości.

- To ciekawe, bo mi się długo wydawało, że każdy to czuje. Powiedziałabym, że polega to na tym, że na hasło „misje” reagujesz od razu myślą — „chciałabym tam być”, to znaczy być z tymi ludźmi, pomagać, głosić Pana Boga, robić dla innych to, co możesz i to, co najlepiej potrafisz.

- I nigdy nie myślałaś o tym, jak to jest trudne, w jak ciężkich warunkach trzeba — jak to mówisz — „tam być”?

- Tak, ale to ostatnio. W czasie spotkań formacyjnych uświadamia się nam, jak wiele jest barier do pokonania, na które byśmy nie wpadli, przyzwyczajeni do europejskich standardów, jak do powietrza. Choćby to, że trzeba ciągle myć żywność w przegotowanej wodzie, chronić się przed komarami, by nie dostać malarii, że w ogóle wodę trzeba bardzo oszczędzać, więc można się umyć raz dziennie w misce wody. Jasne, że wygodniej byłoby sobie stanąć pod prysznicem. Ale ja w tych utrudnieniach nie widzę jakiegoś wielkiego problemu. Perspektywa wyjazdu mnie uskrzydla i daje wielką radość. Wydaje mi się, że to jest dar. Kiedy Bóg daje powołanie, to też obdarza łaską, która przezwycięża wszelki strach.

- To jest chyba tak jak z macierzyństwem — jeśli ktoś go nie doświadczył, może się dziwić, patrząc na trud matki, na jej zabieganie i zatroskanie o dziecko, czasem ogrom poświęcenia, które jest w stanie znieść i jednocześnie promieniować szczęściem, dumą i radością ze swego dziecka.

- Dodałabym, że piękne jest to, że Pan Bóg nie tylko daje nam powołanie i radość z niego, ale też od dziecka — co czasem widzimy dopiero po latach — przygotowuje nas do zadań, które nam przeznaczył. Teraz dopiero to dostrzegam, na przykład wspominając moje dzieciństwo, wakacje spędzane zawsze u babci na wsi, gdzie przyjeżdżali harcerze. Obserwowałam ich, brałam udział w wielu inicjatywach, fascynowali mnie ci ludzie, którzy swój czas i energię życiową poświęcali innym, także okolicznym dzieciakom. Również moi rodzice od dziecka przyzwyczajali mnie i rodzeństwo do znoszenia trudnych warunków. Kiedy jechaliśmy na wakacje, czasem samochodem gdzieś za granicę, to się nigdy nie nocowało w hotelach, ale pod namiotami, często przez kilka tygodni. Ważne było to, że zwiedzamy, że jesteśmy razem, a nie to, że nie mamy komfortowych warunków. To uczy dziecko, co naprawdę daje szczęście. Nie jest to możliwość codziennego dostępu do prysznica!

- Ale mimo wszystko, będę cię przyciskać, zdradź choć jedną rzecz, której się najbardziej w tym wyjeździe boisz.

- No to chyba pająki ... Ale naprawdę dominuje jakiś niesamowity pokój wewnętrzny, który wcześniej nigdy mi nie towarzyszył.

- A czy nie boisz się rozczarowania? Momentu, w którym okaże się, że jest tam zupełnie inaczej niż myślałaś, lub że robisz nie to, co chciałabyś robić.

- Myślę, że w mojej głowie funkcjonuje w pewnym stopniu obraz Afryki, zamieszkanej przez śliczne, ale biedne, małe Murzynki, którym trzeba okazać miłość, przytulić je, pomóc w nauce. Ja przywiozę im cywilizację i edukację, a tu się okaże, że oni już od dawna nie są na lianach. Taka trudna prawda o mojej psychice odsłaniałaby chyba to, że najbardziej załamałoby mnie zdziwienie, że nie mogę dać im takich umiejętności, wiedzy czy techniki, jakie bym chciała, bo oni albo już to znają, albo czego innego potrzebują. Staram się już teraz wykształcić w sobie otwartość na tych ludzi i ich potrzeby oraz gotowość przyjęcia na miejscu różnych zadań, nie tylko tych, które sobie teraz planuję.

- Wyobraź sobie, że właśnie nadszedł ostatni dzień twojego trzymiesięcznego pobytu w Zambii, pakujesz swoje rzeczy i myślisz o tym, co jest twoją największą satysfakcją, największą radością. O czym dokładnie mogłabyś myśleć? Co by ci w tym momencie dało największe poczucie spełnienia?

- Tak na gorąco, bo nie wyobrażałam sobie takiej sytuacji, to myślę, że najwspanialsze byłoby poczucie, że ludzie, wśród których pracowałam, będą do mnie tęsknić, że chcieliby, żebym jeszcze z nimi została, że jakiemuś dziecku będzie żal, że może mnie już nigdy nie zobaczy.

Więc chyba największą radością, będzie nie myśl „ja ich rozwinęłam, nauczyłam”, ale „ja byłam z tymi ludźmi”. Dlatego też bardzo chciałabym, żeby pozostał jakiś rodzaj dokumentacji z tego wyjazdu — zdjęcia, może jakiś film. Nie tylko dla mnie na pamiątkę, ale bym mogła o tych ludziach mówić tutaj po powrocie, by podzielić się z innymi tym moim byciem wśród Afrykańczyków. Bo to też są misje, ich dalszy ciąg — opowiadać tutaj, uświadamiać, jak jest tam. Bo przecież jesteśmy jednym Kościołem.

- Zastanawiam się tylko, czy to nie wiąże się ze wzbudzaniem w nas, Europejczykach, jakiegoś nierozwiązywalnego poczucia winy, że nam tu się dobrze żyje, a nawet jak pomożemy, wpłacimy na misje 10 czy 50 złotych, to i tak jest to przecież kropla w morzu potrzeb.

- Myślę, że mimo wszystko uwrażliwiać trzeba. Liczy się nie tylko każdy grosz, ale też każda modlitwa. Jedni mogą sobie pozwolić na coraz bardziej popularną — adopcję serca, czyli regularne wsparcie finansowe jakiegoś dziecka z krajów Trzeciego Świata, inni wezmą udział w pojedynczej zbiórce na misje, kupią kalendarz werbistów. Nawet jeśli ktoś, widząc głodujące dzieci w niektórych rejonach Afryki, przestanie wyrzucać czy marnować jedzenie — to też będzie ważne.

- Pomoc misjom to także pomoc tym, którzy na nie jadą. Twoja pomoc w Zambii wymaga, by najpierw pomóc tobie — w zebraniu pieniędzy na bilet lotniczy, niezbędne lekarstwa czy potrzebny tam sprzęt — od aparatu cyfrowego począwszy, skończywszy na książeczkach do nauki angielskiego. To, co mnie uderzyło, kiedy mi opowiadałaś o waszych spotkaniach formacyjnych, to to, że podkreśla się, iż wolontariusze nie powinni sami sponsorować swojego wyjazdu. Ich winien wysyłać Kościół. Co to znaczy?

- Misje to zadanie całego Kościoła, a nie tylko pojedynczych ludzi. Misje to nie przygoda, nie wyjazd na wycieczkę, na którą sam uzbieram pieniądze. To ma być wspólne dzieło ludzi wierzących w Chrystusa. Zresztą nie tylko pieniądze są ważne, chyba nawet istotniejsze jest podejmowanie tematu misji, ciągłe przypominanie, że nie istnieje tylko świat naszych problemów, że są też inni, którzy potrzebują naszej pomocy, potrzebują wiary. Choć czasem mi się wydaje, że prościej byłoby się zapożyczyć i wyjechać, niż pokonywać barierę psychiczną, jaką jest proszenie innych o pieniądze. Ale trzeba się przełamać.

- Zadam na wszelki wypadek złośliwe pytanie, które może przyjść komuś do głowy. Czy nie łatwiej byłoby pójść do biskupa i poprosić o te pieniądze?

- Ale biskup by mi nie dał (śmiech). Biskup znacznie lepiej niż my wszyscy zna problem misji, a chodzi o to, by te sprawy uprzytamniać szerszym kręgom wierzących. Chodzi o to, by pobudzić świadomość ludzi, a nie świadomość biskupa.

- Salezjanie udostępnili Ci konto, na które można wpłacać pieniądze potrzebne na twój wyjazd.

- Warto dodać, że wszystko, co przekroczy moje potrzeby finansowe związane z wyjazdem i pobytem tam, zostanie na tym koncie i będzie służyło innym potrzebom misji.

- Czemu wyjeżdżasz tylko na 3 miesiące?

- Z wielu względów. Po pierwsze taka była propozycja ojca Tadeusza, po drugie na ten okres czasu mogę dostać wizę. Idzie to też w parze z możliwościami urlopu w pracy. Ale myślę, że na trzech miesiącach może się nie skończyć i że to nie będzie ostatni wyjazd.

- Dziękuję za rozmowę

(rozmawiała M. Horodecka)


Marika Kreft — pedagog, nauczyciel angielskiego, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Jeśli możesz pomóc w zebraniu pieniędzy na jej wyjazd do Zambii, będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na poniższe konto.

PKO BP 0/XVI Warszawa

50 1020 1169 00008702 0009 6032

koniecznie z dopiskiem: Marika Wolontariat Zambia.

(jest to konto złotówkowe)

Można też ofiarować misjom wszelkie pomoce dydaktyczne, na przykład plansze edukacyjne czy książeczki dla dzieci w języku angielskim. Jeśli dysponujesz takimi materiałami, prosimy o przesłanie ich bezpośrednio na adres parafii jezuickiej w Zambii:

Fr.Tadeusz Swiderski, S.J.
Chikuni Parish
P.O.Box 660239
Monze
Zambia

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama