Jak chłopak ze Śląska został Eskimosem

O. Bogdan Osiecki - misjonarz, ale nie w ciepłych krajach, tylko wśród Eskimosów. Skąd wzięło się takie powołanie?

Na zdjęciu w środku śnieżnej, mroźnej pustki stoi człowiek okutany w ubranie ze skór dzikich zwierząt. Spod kaptura ledwie widać twarz, właściwie można dostrzec tylko promienny uśmiech. Na dole podpis: „Głosić Chrystusa Ukrzyżowanego”.

To o. Bogdan Osiecki OMI, jeden z dwóch braci misjonarzy, jak mówią o nim w rodzinie - ten mniej spokojny.

Chcemy się dowiedzieć, jak chłopak ze Śląska, który według tradycji, jak jego ojciec i dziadek, powinien być górnikiem, został misjonarzem wśród Eskimosów.

Dom, ojczyzna, rodzina

Katowice-Załęże - stara górnicza dzielnica. Tutaj jest Śląsk z prawdziwego zdarzenia, widać go w rozmazanej, z lekka zamglonej perspektywie, w wąskich uliczkach obsadzonych gęsto familokami z poczerniałej cegły. Wokół dominują wszelkie odcienie szarości, burowatości, nawet śnieg niewiele tutaj zmienia. Stoimy na głównej ulicy Załęża - Gliwickiej. To aorta dla całej okolicy - z niektórych bocznych uliczek nie da się inaczej wyjść jak tylko na nią. Architektoniczny bezład z przybudówkami, dobudówkami i komórkami na tyłach podwórek. Obok tereny kolejowe, wielka giełda, kąpielisko Bugla, rzędy małych sklepików ze spłowiałymi szyldami, pozostałości upadłych gigantów: huty Baildon i kopalni Kleofas.

Zastanawiam się, czy człowiekowi stąd, Ślązakowi, śni się czasem ta ulica, to miasto - niezbyt piękne, ale przecież rodzinne, własne, okiełznane, swojskie i dlatego urokliwe, łapiące za serce nagłym wzruszeniem. Stąd wszędzie było blisko - na boisko, do szkoły, do kościoła. Tutaj znało się sąsiadów nie tylko z nazwiska, tutaj żyło się jakoś wspólnie i zgodnie. W krajobrazie zdominowanym przez szarości odnajdowało się wszystkie barwy świata.

Rodzina Osieckich pojawiła się na Załężu w 1919 r. Mężczyźni pracowali w kopalni Kleofas, kobiety wychowywały dzieci. Mieszkali w familoku na Szkolnej.

- Żyło się skromnie, ale uczciwie - wspomina Alfred Osiecki. W małym mieszkanku zostali teraz tylko we dwoje, z żoną Dorotą. Na ścianach makatki z motywem niedźwiedzi, śniegu i igloo oraz zdjęcia synów na tle śnieżno-mroźnego krajobrazu.

- Ten z lewej to Lucjan, w odwiedzinach u Bogdana - tego po prawej. Jedynie rodzice potrafią rozpoznać w zakapturzonych postaciach, który jest który.

- Nie szkoda, że obaj wybrali habit? - pytam.

Starsi państwo uśmiechają się z wyrozumiałością.

- To Bóg wybrał. A my jesteśmy z nich dumni...

Bracia

W latach 60. ubiegłego wieku, gdy obaj bracia przyszli na świat, ciąże z tzw. konfliktu serologicznego uważano za mocno ryzykowne. Wtedy mawiało się, że raczej nadają się do aborcji. Młodzi Osieccy chcieli mieć dzieci, więc podjęli „ryzyko”. Chłopcy pojawili się na świecie w odstępie 5 lat.

Starszy Lucjan to ten spokojny, Bogdan - to niespokojny duch. Różnili się od dziecka charakterem i temperamentem, pasjami i stylem bycia. Lucjan - rozsądny, opanowany, grzeczny, z wyjątkiem jednej rzeczy. - Gdy miał 5 lat, został ministrantem. Musiałam stale prowadzać go do kościoła, bo inaczej był ryk na cały dom - wspomina ze śmiechem mama. Kościół go wyrzeźbił, ukształtował. Nauczył kontaktu z ludźmi, obudził duży talent muzyczny, zdecydował o całym życiu. U Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, którzy na Koszutce mają kościół, Lucjan prowadził oazy, pielgrzymki, jeździł na rekolekcje, codzienne życie wspólnoty stawało się coraz mocniej także jego codziennością. Nikogo więc nie zdziwiło, gdy tuż po maturze oznajmił rodzinie i przyjaciołom, że wstępuje do zakonu. Oczywiście, do oblatów. Tylko wychowawczyni z Technikum Mechanicznego w Chorzowie, które obaj bracia skończyli, popłakała się i prosiła, by obiecał, że będzie dobrym księdzem.

Zupełnie inaczej było z młodszym z braci - Bogdanem. Choć także był ministrantem, energicznym i kreatywnym organizatorem wielu kościelnych akcji, choć założył z kolegami zupełnie nieźle brzmiącą i grającą religijne piosenki grupę „Cheruby band” - jakoś nikt nie widział go w habicie. Po maturze poszedł do wojska. Mówił, że chce je „zaliczyć”, w odróżnieniu od rówieśników, którzy robili wszystko, by się od służby wymigać. - Od dziecka miał twardy i zdecydowany charakter. Jak coś postanowił, nie było odwołania - wspomina p. Alfred. Po roku przyjechał do domu i oznajmił rodzicom, że idzie do klasztoru. - Do Lucjana idziesz? - zapytała mama. - Nie do Lucjana, tylko do oblatów - roześmiał się.

Powołanie

- Można dziecko wychowywać pod konkretny zawód. Wpajać mu od maleńkości, żeby został lekarzem, adwokatem, inżynierem. Żeby mu dobrze potem w życiu było. Ale na księdza, na zakonnika?... Tego raczej nie da się zrobić, zresztą po co? To ciężki kawałek chleba. Nie mówiliśmy im ani słowa... - wspomina ojciec. - No, może u nas było z tym inaczej, my się razem modliliśmy. Wieczorem cała rodzina klękała do pacierza. Pana Boga nikt się nie wstydził. W niedziela kościół był na pierwszym miejscu. Jak było w domu, tak się robiło między ludźmi. Nic na pokaz. W tym chłopcy rośli - dodaje.

Powołanie budziło się w tempie dostosowanym do różnych osobowości braci. Obaj przeszli ten sam tok formacji. Ale po ślubach wieczystych i święceniach kapłańskich wybrali inne drogi.

Lucjan najpierw pracował w Markowicach (woj. kujawsko-pomorskie), potem w Obrze (woj. wielkopolskie). Po 11 latach, gdy stamtąd odchodził, żegnały go tłumy. Swoim spokojem, wewnętrzną równowagą i opanowaniem zaskarbił sobie życzliwość ludzi. Teraz, znów w Markowicach, jest proboszczem i kustoszem.

Dla Bogdana Opatrzność miała inny plan. Jeszcze jako kleryk poszedł na spotkanie z kanadyjskim biskupem, który opowiadał o pracy misjonarzy w północnej Kanadzie, także w najgorszych ekstremalnych arktycznych warunkach. Biskup miał nadzieję, że jego świadectwo sprawi, iż któryś ze słuchających go młodzieńców podejmie wyzwanie. Zapewne nie miał wielkich nadziei, ale na sali siedział Bogdan, twardy chłopak ze śląskiego Załęża. Chłopak, który marzył o misjach. Zaraz po wykładzie zastukał do drzwi dostojnego gościa i powiedział, że jest gotów.

Rodzice, gdy oznajmił im swoją decyzję, na chwilę skamienieli. A potem pojechali do Zakopanego kupić u górali wyprawkę z owczej wełny: od skarpet po kołdrę.

Pani Dorota mówi, że po kres swych dni będzie pamiętać pożegnanie na dworcu w Katowicach. Jak stał w drzwiach pociągu, a ona pytała: - Synu, czy my się kiedyś obaczym?

Nie widziała go 3 lata. Na szczęście współczesność skraca dystans między ludźmi. Przede wszystkim w dosłownym wymiarze. Najpierw pisali listy. Z nich dowiadywali się, że góralska odzież nie wytrzymuje arktycznych chłodów, że ma odmrożenia, że przez 10 miesięcy utrzymuje się paraliżujące zimno - minus 40-50oC. Że spotkał na tym odludziu dobrych ludzi, że przeżyje, że się nie podda i w tej swojej nowej odzieży z futer zwierząt będzie głosił tubylcom Jezusa Ukrzyżowanego.

Teraz, po 15 latach, czują już spokój. Ich syn Bogdan nie tylko wytrwał, ale stworzył wspólnotę. W jego wsi, która zwie się Kugaaruk, mieszkają teraz sami chrześcijanie.

Mieć syna misjonarza

Na ścianie wisi zdjęcie lotnicze wioski syna, zrobione w czasie trwającego raptem 2 miesiące arktycznego lata. Malowniczy zielono-brunatny kawałek ziemi wbija się w jasnoniebieskie morze. Większe dachy to szkoła, poczta, sklepik, kościół, mniejsze to domki, których konstrukcja wytrzymuje minus 50oC. Obok kościółka blady kwadracik - to domek o. Bogdana. Zdjęcie jest tak ostre, że rodzice pokazują budy, które duchowny postawił swoim psom husky. Jest też garaż dla śnieżnego skutera, dzięki któremu misjonarz regularnie odbywa podróż do dwóch kolejnych osad przynależnych do misji. Jedna wioska leży 800 km od Kugaaruk, kolejna 500 km dalej.

O. Bogdan nauczył się trudnego języka Inuitów, a oni nauczyli go prowadzenia psich zaprzęgów, polowania i oprawiania zwierzyny, łowienia ryb w przeręblu, robienia maści na odmrożenia. Eskimosi od pokoleń mają zwyczaj wieczorami siąść razem i opowiadać dzieje przodków, historie plemienne, stare legendy. W takie noce o. Bogdan opowiadał im o Jezusie. Dziś przychodzą na Mszę św., uczestniczą w nabożeństwach, przyjmują sakramenty, a przed świętami Bożego Narodzenia stawiają przed domami sztuczne choinki, bo najbliższe drzewo rośnie jakieś 2 tys. km na południe.

Polski trop

- U nas nigdy się nie przelewało. Jak przychodził trudny czas, to się najwyżej jedną chochlę więcej wody dolewało do zupy. Ślązaków bieda czy ciężka robota nie złamie, my som przyzwyczajeni do twardego życia i tak chowamy dzieci. Chociaż teraz - p. Dorota zastanawia się chwilę - dzieci wychowuje się już inaczej. Za dużo swobody, za dużo gadania. A tu żadnej wielkiej filozofii nie ma! Jak się rodzina blisko Pana Boga trzyma, szanuje się i żyje uczciwie, to i dzieci na porządnych ludzi wyrastają.

 

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama