A jednak można

"Z krzyżem w kraju półksiężyca. Nyszkur Allah - dzięki Bogu" - fragmenty pamiętnika misjonarza z Syrii

A jednak można

Zygmunt Kwiatkowski SJ

Z KRZYŻEM W KRAJU PÓŁKSIĘŻYCA

Nyszkur Allah - dzięki Bogu

ISBN: 978-83-7505-404-0

wyd.: WAM 2010



A JEDNAK MOŻNA

Właśnie wróciłem ze spotkania z grupą rodzin. Spotkanie to miało miejsce w jednej z uboższych dzielnic Damaszku o nazwie Duejla. Wracałem pieszo, śpiewałem i pogwizdywałem sobie jak nastolatek. „A jednak się udało, JEDNAK MOŻNA!” — powtarzałem sobie. Patrzyłem na górę Kasjun z jej tysięcznymi światełkami dziko budowanych domostw i wydawało mi się, że dziś świecą bardziej radośnie. Było to spotkanie, podczas którego tradycyjnie panuje pełne skupienia milczenie. Jak postąpić jednak w przypadku obecności małych dzieci?

Sytuacja jest taka, że albo zrezygnujemy ze spotkań na dobrych kilka lat, a więc zrezygnujemy całkowicie z istnienia grupy, która została założona przed dziesięcioma laty, albo znajdziemy jakąś formułę, która pozwoli nam odbywać spotkania w warunkach rodzinnych, żeby nie powiedzieć żłobkowych. Kiedyś była to grupa studentów, teraz stała się grupą młodych małżeństw. Parę razy nie udało się nam wyjść obronną ręką z tego tahaddi, tzn. wyzwania. Dziś, przy żłóbku (tu bardzo wcześnie buduje się bożonarodzeniowe żłóbki i wywiesza ozdoby) zapaliliśmy świece, usiedliśmy tradycyjnym arabskim sposobem na matach rozścielonych przy ścianach z poduszkami jako oparcie i zaczęliśmy spotkanie modlitwą do Ducha Świętego. Czytaliśmy w milczeniu, a na głos wypowiadaliśmy tylko ten fragment modlitwy, który najbardziej do nas przemówił. Następnie przeczytaliśmy Ewangelię i mimo dziecięcego gworzenia od czasu do czasu udało nam się przez dziesięć minut modlić w milczeniu. Kiedy jakiś dzieciak robił się nieznośny, matka albo ojciec wstawali z nim i huśtali na ramionach, czasem wychodzili na moment z pokoju. Wszystko czynione było w dużym skupieniu.

Najważniejsze, że udało się opanować Matiosa, bo ten trzylatek potrafi całą kompanię wojskową postawić na nogi. Malec ma niespożyte siły i niesamowitą fantazję do psocenia, a raczej do poznawania otoczenia w taki sposób, że powoduje albo spięcie elektryczne, albo stłuczenie jakiegoś wazonu, albo potłuczenie jakiegoś dzieciaka, który mu się czymś naraził. Dziś młodzi chłopcy w sąsiednim pokoju przygotowywali prezenty dla dzieci uczęszczające na katechizację i przyjęli Matiosa jako swojego pomocnika. Niesamowicie był zadowolony z tego wyróżnienia i tylko parę razy przyszedł, aby zaproponować nam szklankę herbaty.

Po medytacji, jak zwykle, nastąpił moment dzielenia się osobistymi przemyśleniami na temat czytanego Słowa Bożego i różnych sytuacji z życia codziennego. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że choć dzieci czasem płakały, czasem defilowały przed nami niepewnym krokiem, udając się od mamy do taty i z powrotem, mimo że czasem trzeba się było uśmiechnąć, patrząc na ich figle — udało się utrzymać nastrój pogodnego skupienia. Wyznania poszczególnych osób były przeplatane modlitewnymi wezwaniami, śpiewem i momentami ciszy. Mamy huśtały dzieci na rękach, dzieci łaziły po nogach i po głowach zgromadzonych, niektóre próbowały śpiewać razem z nami. Uczestnicy spotkania to przybliżali się, to oddalali od elektrycznego piecyka, zależnie od odczuwanej potrzeby i... cały czas trwała modlitwa, która była świadomym dzieleniem się doświadczeniem życiowym, a nie jakimś automatycznym powtarzaniem określonych formułek czy zwrotów. Byłem urzeczony klimatem wzajemnej życzliwości i szczerością ich wypowiedzi. Zakończyliśmy krótką modlitwą, stojąc w kręgu i trzymając się za ręce. Potem Ojcze nasz i tradycyjne picie herbaty wśród śmiechu, zabawy z dziećmi i planów na przyszłość.

Po drodze do domów odwiedziliśmy jeszcze rodzinę, której dziś nie było na spotkaniu, trochę, dlatego, żeby wyrazić, iż zależy nam na ich obecności, trochę zaś dlatego, aby ich zawstydzić. Musiałem szybko opuścić ich skromne mieszkanie i wrócić do siebie na Azbakije. Jak o tym już mówiłem, wracałem w doskonałym nastroju. JEDNAK MOŻNA medytować, modlić się, zwierzać ze swoich trosk, bolączek i nadziei pomimo obecności małych dzieci. Dziś powiedziałbym nawet coś więcej, to wszystko odbywało się nie mimo ich obecności, ale po raz pierwszy dzięki niej. Dzięki tym maluchom panował nadzwyczajnie ciepły klimat życzliwości i pogody, i... był to chyba klimat bardzo bliski bożonarodzeniowej aurze wspólnotowego medytowania przy żłóbku. Chyba byliśmy blisko tajemnicy Bożego wcielenia, odczuliśmy ją w sposób bardziej namacalny, powiedziałbym — w sposób bardziej Maryjny. Czy jest lepszy sposób aniżeli ten? Dlatego pewnie było we mnie tyle pokoju i radości, którymi się teraz z Wami dzielę. Niech to będzie moje tegoroczne dzielenie się opłatkiem.

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama