reklama

Życie to nie event. Jak będzie wyglądała tegoroczna Lednica?

Chcemy przygotować młodych do dorosłego życia. A to nie będzie kolejny event, życie tak nie wygląda, niczyje! – mówi dominikanin o. Wojciech Surówka.

Duszpasterze Lednicy oraz współorganizatorzy tegorocznego spotkania – księża z Papieskich Dzieł Misyjnych – w rozmowie z KAI mówią o programie tegorocznego wydarzenia, przyczynach odchodzenia młodych z Kościoła oraz o tym, że największym zagrożeniem dla wychowania jest kłamstwo.

Publikujemy rozmowę z duszpasterzami Lednicy – o. Wojciechem Surówką OP i o. Wojciechem Prusem OP oraz ks. Maciejem Będzińskim, dyrektorem Papieskich Dzieł Misyjnych i ks. Michałem Kacprzykiem, sekretarzem krajowym Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary.

Tomasz Królak (KAI): Tegoroczna Lednica będzie chyba – poprzez udział Papieskich Dzieł Misyjnych – wyjątkowa?

Wojciech Surówka OP (O. WS): To zawsze jest wydarzenie wyjątkowe, bo życie przygotowuje nam różne i kolejne wyzwania. Dlatego wyjątkowe były dwie Lednice, w których uczestniczyłem jako współorganizator, wraz z o. Wojciechem Prusem. Pierwsza, ta w 2020, z powodu lockdownu była „Lednicą w domu”, a w roku ubiegłym spotkanie miało charakter hybrydowy, bo już „troszkę” na Polach Lednickich byliśmy.

Jaka będzie forma tegorocznego spotkania, tego jeszcze do końca nie wiadomo, bo nie wiemy co nas czeka. Ale, rzeczywiście najbliższa Lednica będzie wyjątkowa, bo wyjątkowy jest temat tegorocznego spotkania – misje.

W 2020 roku zaczynaliśmy od pokazywania Chrystusa przez pryzmat tych osób z Nowego Testamentu, które są mu najbliższe. Dwa lata temu była to postać Matki Bożej, rok temu prowadził nas Jan Chrzciciel, a główną postacią roku 2022 będzie Apostoł Paweł. Tak się dobrze, opatrznościowo złożyło, że nie tylko my wybraliśmy tę postać ale także Papieskie Dzieła Misyjne wyraziły w tym roku chęć uczestniczenia w spotkaniu lednickim. A Apostoł Paweł jest Dziełom bardzo bliski i jakoś patronuje ich pracom. Dlatego tegoroczne spotkanie przygotowujemy wspólnie.

Ks. Maciej Będziński (Ks. MB): – Myślę, że dla młodych ludzi misje i Lednica będą powrotem do chrztu świętego. Kiedy jako licealista wyjeżdżałem na Lednicę, a potem byłem tam przez osiem lat już jako ksiądz, to zawsze towarzyszyło mi skojarzenie: powrócić do łaski i mocy chrztu, który nam daje misję ewangelizacyjną. A w Papieskich Dziełach Misyjnych o to właśnie chodzi: mamy obudzić moc chrztu świętego.

Oczywiście, rok 2022 jest czasem szczególnych jubileuszy: 400-lecie powstania Kongregacji Ewangelizacji Narodów, 200-lecie Dzieła Rozkrzewiania Wiary, ale nie możemy poprzestać na rocznicach, pięknych celebrach i okolicznościowych albumach. Jubileusze powinny być punktem wyjścia.

Ks. Michał Kacprzyk (Ks. MK): One są zawsze okazją do tego, by spojrzeć za siebie. Widzimy wielkie dziedzictwo wiary i misyjnego zaangażowania mnóstwa pokoleń i stanów – duchownych, konsekrowanych i świeckich – ludzi młodych i nieco starszych, dzieci, młodzieży i dorosłych. Trzeba nam czerpać z tego wielkiego skarbca.

KAI: Czy zamysłem misyjnej Lednicy jest zachęta do wspierania ewangelizacji w odległych krajach czy raczej przypomnienie o tym, że każdy ochrzczony ma dzielić się skarbem wiary w swoim otoczeniu?

Ks. MB: Kościół działa w dwóch wymiarach: „ad intra” i „ad extra”. A więc: najpierw „daj” się zewangelizować, abyś ewangelizował innych. Nie możemy pokazywać misji jako egzotyki lecz, po prostu, jako część Kościoła powszechnego, bo to są bracia i siostry wychowani w tradycji Kościoła rzymskokatolickiego. Ci z antypodów, Afryki czy Alaski są naszymi braćmi i chcielibyśmy przybliżyć młodym Polakom ten Kościół, który jest pięknym Kościołem. Tam, gdzie jest głoszona Ewangelia zawsze jest wiosna Kościoła. Mówi o tym Jan Paweł II w „Ecclesia in Europa”, ale wskazuje też na zagrożenie: Kościół, który nie jest misyjny – nie jest Kościołem; Kościół, który nie ewangelizuje – umiera.

Myślę, że na Polach Lednickich będzie okazja do pokazania wolontariuszy misyjnych, czyli tych, którzy łaskę chrztu przekuli na konkretne działanie w Kościele. Będzie można pokazać także struktury Kościoła misyjnego i to, że nie są to struktury sztywne, „biurkowe”, tylko że są to ludzie, którzy mają serce oddane działalności misyjnej.

Mam nadzieję, że odwiedzą nas kapłani z innych krajów, którzy przyjeżdżają tu żeby studiować ale i ewangelizować, i ukażą żywotność swojego Kościoła, czasami prześladowanego czy ubogiego, ale, pomimo to, rozwijającego się prężnie. Wierzę, że dzięki temu młodzi zobaczą żywotność i piękno Kościoła oraz panujące w nim braterstwo.

KAI: Można chyba powiedzieć, że Papieskie Dzieła Misyjne będą obecne na Lednicy chyba bardziej niż jakiekolwiek inne pozalednickie środowisko, biorąc pod uwagę dotychczasowe edycje tych spotkań?

Wojciech Prus OP (O. WP): – Rzeczywiście to jest novum, aczkolwiek zawsze, kiedy jeszcze żył o. Jan Góra podejmowano starania, aby na Lednicy były reprezentowane różne środowiska. Współpracowaliśmy na przykład z salezjańskim wolontariatem misyjnym, odbywało się też regularnie rozesłanie misjonarzy.

Kiedyś abp Ryś powiedział, że Lednica nie jest dominikańska tylko ogólnokościelna i ogólnopolska. W ten sposób doświadczamy „powszechności” Kościoła w Polsce. Dlatego fajnie, że jesteśmy jako organizatorzy „black and white” czyli dominikanie i księża z Papieskich Dzieł Misyjnych. Tym bardziej, że na co dzień bywa z tym różnie, bo jest to napięcie pomiędzy klerem diecezjalnym a zakonnym. Na Lednicy mają okazję spotkać się bardzo różni księża i to także jest bardzo inspirujące.

Można układać lednicki program trochę jak puzzle czy mozaikę, bo ks. Maciej i współpracownicy mają swoje inspiracje, a my, dominikanie – swoje. Byłoby dobrze, żeby – wzorem Światowych Dni Młodzieży – w takie przygotowania włączonych było jeszcze więcej różnych środowisk. Dodam, że współpracujemy m.in. z o. Cordianem Szwarcem z Caritas Polska w ramach projektu „Laudato si”.

Cóż, przeżyliśmy coś, czego się nikt nie spodziewał; świat wywrócił się do góry nogami. Co możemy przeżyć w tym roku? Zakładamy, że spotkanie będzie, ale czy na pewno? To naprawdę trudno jest przewidzieć. I to też jest fascynujące.

KAI: Czy program najbliższej Lednicy jest już gotowy?

O. WP: Wciąż powstaje, z dnia na dzień. Pewne elementy są gotowe, dyskutujemy, spotykamy się z młodzieżą. Te rozmowy są fascynujące. „Przerabiamy” moment nawrócenia świętego Pawła, zaczynając od omawiania obrazu Caravaggia, który jest artystyczną wizją tego momentu. Pracowaliśmy m.in. nad elementami rozpisania Pawłowego nawrócenia w jakiś gest lednicki. Zastanawialiśmy się, jak to „przełożyć” i jakie temu czemuś nadać znaczenie. Jest to, jak wiemy, moment oświecenia: Paweł na jakiś czas stracił wzrok. Zapytałem grupę, z którą pracujemy o to, jaką analogię możemy wysnuć pomiędzy tym, że Paweł wyruszył w drogę z nienawiści do chrześcijan a młodzieżą przyjeżdżającą na Lednicę. To jest niełatwa analogia, bo trudno uznać, że ktoś przyjeżdża tam z nienawiści. Ale młodzi, z którymi pracujemy tłumaczyli nam, że ich rówieśnicy przyjeżdżają, bo to wymóg katechety, który im to nakazał „w ramach” przygotowań do bierzmowania; bo jedzie grupa; bo ktoś powiedział, że jest fajnie. To jest dla mnie fascynujące doświadczenie Lednicy i ważne także w kontekście dzisiejszego kryzysu religijności polskiej młodzieży. Okazuje się, że każda motywacja jest OK. Przecież święty Paweł wyrusza w drogę z nienawiści!

KAI: Chodzi o to, że nawet jeśli ktoś jedzie po „stempel” dla katechety, to coś się z nim może wydarzyć?

O. WP: Dokładnie tak. Wydaje mi się, że to, co my możemy dawać i, mam nadzieję, dajemy jako duszpasterze Lednicy, to doświadczenie spotkania z innymi ludźmi, trochę takiego jak w Taizé. A więc spotkania z ludźmi, którzy są wierzący, którzy wyruszyli w drogę a w dodatku – co będzie szczególne w tym roku – z takimi młodymi osobami, które pojechały na misje! To, że wciąż wyruszają tam młodzi świecy jest niezwykłe. Bo czym innym jest wyjazd duchownych, o których mówi się: no tak, poszedł za Chrystusem. A tymczasem jadą też, np. w ramach wolontariatu salezjanów, młodzi chłopcy czy dziewczyny.

Ks. MB: Choć, poza wolontariuszami, jest ich mało. Statystyki pokazują, że to 37 osób, a duchownych jest około 1800.

O. WP: Ale może po Lednicy w niejednej młodej głowie pojawi się myśl: acha, więc można zrobić i tak. Powiedzmy, że nie dostałem się na studia, nie jestem z tego zadowolony. No i teraz tak: czy można „z niezadowolenia” pojechać na misje? Jeśli św. Paweł wyruszył w drogę z nienawiści, to nie można pojechać na misje „z niezadowolenia?” Można. I być może w niejednym przypadku tak się stanie. A kiedy ludzie wyjeżdżają, to doświadczają czegoś, co poszerza ich spojrzenie na Kościół, bo np. odkrywają, że sprawa Komunii św. na rękę, wzbudzająca w Polsce tak gorące spory, w krajach misyjnych nie jest żadnym tematem.

KAI: Wracając do kluczowych elementów programu: czy duszpasterze Lenicy mogliby uchylić rąbka tajemnicy?

O. WP: Wciąż myślimy o gestach, o dynamice całego spotkania. Wyruszyliśmy w drogę ze świętym Pawłem, jesteśmy pod Damaszkiem, gdzie on pada. O. Wojciech wymyślił tunel złożony z ludzi: kolejne osoby będą wchodzić tam z oczami zasłoniętymi opaską, a ci, którzy ten tunel tworzą, będą wypowiadać nad każdym dobre słowa, słowa błogosławieństwa. To będzie w pewnym sensie symbolizować doświadczenie Pawła, który traci wzrok, przechodzi przez tunel prowadzony za ręce i wychodzi ku światłu. Na końcu pojawia się Ananiasz, który wypowiada słowa: „Pawle, przejrzyj”. Każda z przechodzących tunelem osób usłyszy to wezwanie skierowane do siebie, po imieniu. To jest nawiązanie do sakramentu chrztu, który u Ojców Kościoła był nazywany oświeceniem.

KAI: A jak „od kuchni” wygląda praca nad lednickim programem?

O. WP: Na przykład tak: Ojciec Wojciech przynosi pomysł, ale na następnym spotkaniu już się nie pojawia. Więc pytam młodych: czy w ogóle wiecie skąd ten pomysł się wziął? Czasami nie wiedzą, więc proponuję: spróbujmy połączyć elementy tekstu biblijnego z tym pomysłem. I to jest super, bo naprawdę się składa. Są bardzo ciekawe dyskusje z dziedziny historii sztuki, bo do tego wiedzie obraz Caravaggia; są rozmowy o koniu, który jest na obrazie, ale przecież w opisie nawrócenia Pawła, znanym z Dziejów Apostolskich, konia nie ma. Dyskutowaliśmy więc o tym, skąd Caravaggio „wziął” tego konia. Albo o zachowaniu tego zwierzęcia, jakie daje się wyczytać z obrazu, a o czym opowiadała nam instruktorka jeździectwa, itp., itd.

Od momentu, gdy Paweł przejrzał pod Damaszkiem, będziemy szli z nim dalej w kierunku wspólnego rozeznawania. Ale jeszcze nie wiemy, co to znaczy, jak to z kolei „przełożyć” na język gestów. A to nie jest łatwe. Na przykład: najprostszym gestem byłyby świece, które można by wręczać osobom przechodzącym przez tunel. No ale: świeca w dzień? To nie „zadziała”, więc musimy szukać.

Ks. MB: Może jednym z symboli tego rozeznawania powinien być różaniec? Mnie on kojarzy się z oświeceniem – tym w rozumieniu doświadczenia oślepiającego światła, którego doznał św. Paweł – i z rozeznawaniem. Bo przecież kiedy ktoś zastanawia się nad decyzją: w tę czy w tę, to jako duchowni zachęcamy do tego, żeby się modlić. A w naszym, misyjnym środowisku bardzo popularny jest różaniec arcybiskupa Fultona Sheena. Ma pięć kolorów, symbolizujących pięć kontynentów. Modlitwa różańcowa ma nam przypominać, że jesteśmy w świecie, modlimy się za cały świat i pokazujemy, że ta modlitwa jest obecna na całym globie.

KAI: Mówiliśmy o pandemii, która odmieniła światową rzeczywistość, wpływając też na życie Kościoła, redukując praktyki religijne (być może już na stałe), burząc też plany dwóch kolejnych Lednic. A w tak zwanym międzyczasie przyszły dramatyczne wyniki badań CBOS, mówiące o wyraźnym spadku praktyk i deklaracji wiary, zwłaszcza w młodym pokoleniu Polaków. Czy nie obawiacie się, że także na Lednicy pojawi się mniej ludzi, nawet, gdyby nie było już żadnych ograniczeń?

O. WS: Na pewno Lednica ten proces odzwierciedli, ale nie jest to dla nas źródłem jakiegoś lęku, bo niby dlaczego miałoby być? Jeżeli przyjedzie mniej osób, to z nimi można pójść głębiej. Zawsze są plusy i minusy. Jak jest bardzo dużo osób, to doświadczenie jest bardziej powierzchowne, bo nie da się tak zorganizować ani tej przestrzeni ani doświadczenia, ani gestów tak, żeby one były dogłębnie przeżyte przez wszystkich.

Na pewno obecna sytuacja kryzysu religijności młodzieży odbije się na frekwencji najbliższego spotkania, natomiast my, duszpasterze Lednicy, nie mamy żadnych lęków z tym związanych. Nie dążymy do tego, żeby było „jak najwięcej”, tylko , żeby jak najlepiej przygotować program dla tych, którzy przyjadą.

Na pierwszej Lednicy w 1997 r. było około 20 tys. uczestników. Gdyby teraz przyjechało 20 tys. młodych osób, z którymi przejdziemy jakiś program, to uważam, że byłaby to duża sprawa.

KAI: Ale czy przypadkiem przez całe lata nie panował wokół Lednicy właśnie zachwyt nad ilością: zobaczcie tę masę młodych, spójrzcie jaką siłą są w Kościele! Ponad dwa lata temu opublikował Ojciec w „Więzi” artykuł „Pokusa wielkich liczb”, który można chyba potraktować jako zmianę optyki na bardziej akcentującą jakość niż ilość (co nie wszędzie musi się podobać).

O. WS: Tu są dwa aspekty: z jednej strony pokazanie masy i siły, a z drugiej aspekt pozytywny tego doświadczenia, żeby młodzież mogła zobaczyć, że jest jej bardzo dużo. To bardzo ważne doświadczenie dla młodych, to znaczy to, że się „rozpoznają”; że w mojej wiosce czy miasteczku nie jestem jakąś wyizolowaną wyspą, ale że myślących podobnie jak ja jest więcej. Dla młodych jest to doświadczenie kluczowe. I to jest ten pozytywny aspekt wszystkich masowych imprez. Natomiast nie może się to przeradzać w jakiś triumfalizm typu: zobaczcie, jak jest nas dużo! Bo trzeba patrzeć i na to, co się dzieje z tymi osobami kiedy z tych różnych eventów wracają…

Powiedziałbym, że czekamy na nowego ks. Blachnickiego. Naszym celem jest przygotować młodych do dorosłego życia. A to nie będzie kolejny event, życie tak nie wygląda, niczyje! No, chyba, że jakich muzyków, albo innych artystów estradowych, żyjących od eventu do eventu. A co staje przed normalnym człowiekiem? Po „wyjściu” z młodości i, ewentualnie, okresu studiów czeka go rodzina, praca, parafia. I o tego musimy tych ludzi przygotować.

Kiedy byłem duszpasterzem akademickim w Szczecinie, ukułem sobie bardzo prostą zasadę pracy z młodymi: jak się pobiorą – żeby się nie rozwiedli; jak pójdą do pracy – żeby byli uczciwi, a w parafii – żeby nie stracili wiary. Naprawdę, wiele pracy wymaga nauczenie młodych takiego postępowania, podejścia do cnoty, uczciwości i przeżywania swojej relacji z Bogiem, żeby niezależnie od tego, do jakiej pracy pójdą, w jakim będą związku małżeńskim (a dla małżeństw są to trudne czasy) czy w jakiej znajdą się parafii – pozostawali wierni Panu Bogu. A tego nie zagwarantuje nam żaden event. On może oczywiście być, od czasu do czasu, jako święto, ale życie – jak często powtarza o. Wojciech – jest w codzienności. I to jest ważne a nie to, żebyśmy byli zadowoleni, że nam się event udał.

KAI: Ale przez lata dla naszego Kościoła Lednica była rodzajem wizytówki: „tak wygląda polska młodzież”. Nie przebijała się refleksja, że nie jest to cały obraz, lecz jedynie fragmencik krajobrazu. Mam wrażenie, że jako obecni gospodarze Lednicy, staracie się odmienić tę narrację o sile masowości…

O. WP: Pierwsza Lednica była w roku 1997 r. i o. Jan Góra rzeczywiście był tym, który podbijał bębenek. Co roku media gorączkowo pytały ile jest ludzi na Polach i o. Jan mówił: no, jest nas już 80 tysięcy. Kiedy zostałem współodpowiedzialnym za Lednicę zapytałem: a jak to było liczone? Okazało się, że „na oko”. Mogliśmy to szacować na podstawie tego, ile wpłynęło ofiar, potem to uśrednialiśmy, ale i to mogło być tylko szacunkiem w przybliżeniu.

Warto przypomnieć sobie czasy lat 70. i 80. minionego wieku, o czym mówił np. o. Kłoczowski i inni nestorzy duszpasterstwa akademickiego. Otóż te duszpasterstwa wcale nie były masowe lecz jednak nieco elitarne. Spośród tych, którzy w tamtych czasach chodzili na katechezę, rzeczywiście zaangażowanymi w Kościół była, bo ja wiem, jedna dziesiąta. Pamiętam swoich kumpli z tych katechez. Chodziliśmy wszyscy, ale kiedy u św. Stanisława Kostki w Poznaniu zbliżały się rekolekcje parafialne, to oni mnie namawiali, żebym się przyszedł bić, bo przed rekolekcjami była bitwa pomiędzy uczniami dwóch szkół. Tak były przeżywane rekolekcje… Powstaje pytanie: skąd nam się wzięło to przeświadczenie, że oto „cała polska młodzież…” itd., itp. Myślę, że ono wzięło się trochę z Jana Pawła II, ze Światowych Dni Młodzieży i podkreślania wątku frekwencyjnego.

Kiedy jako młody chłopak chodziłem na mecze Lecha Poznań, to systematycznie zapisywałem frekwencję kibiców na kolejnych meczach i byłem bardzo dumny, bo mieliśmy najwyższą w Polsce, dlatego byłem przekonany, że jesteśmy najlepsi. I myślę, że w ten sposób mierzona jest żywotność Kościoła w naszym kraju. No, przecież kiedy biskup przyjeżdża na parafię, to główne pytanie do proboszczów – o czym wiem od nich samych – brzmi: ile masz ludzi. To jest najważniejsze pytanie.

Co do wspomnianej zmiany narracji. Paradoks polega na tym, że zarówno o. Wojciech jak i ja jesteśmy jako duszpasterze związani raczej z małymi grupami, a stanęliśmy na miejscu, gdzie prowadzi się największe spotkanie młodzieży w Polsce. Znów, jako kibic mam to doświadczenie „prowadzenia sektora”; wiem jak się organizuje doping itd. Ale równocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że oprócz momentu święta jest czas zwyczajny, czas codzienności.

Pytał pan o niepokój dotyczący tegorocznej frekwencji. Tak, jest niepokój i zawsze był. Przeżywałem go przez cztery lata odkąd zostałem duszpasterzem Lednicy. Współorganizatorzy strasznie się boją, czy frekwencja nie przełoży się nam na ilość zebranych ofiar, bo pieniądze są potrzebne na pokrycie kosztów infrastruktury. I mamy trochę zaczarowane koło, z czego wynika pewne napięcie.

KAI: Ale, z drugiej strony, gdyby na Lednicy pojawiło się mniej osób, to może uświadomiłoby to entuzjastom liczb, że w Polsce jest jednak poważny kryzys religijności młodego pokolenia? A to mogłoby pobudzić refleksję o przyczynach tego procesu i sposobach jego powstrzymania. Co o tym myślicie, jako specjaliści od pracy z młodzieżą?

O. WP: Znów powiem o paradoksie. Jesteśmy specjalistami od organizowania dużego spotkania czyli Lednicy.

KAI: Ale przestrzegacie przed pokusą wielkich liczb…

O. WP: Ale fachowcami od młodzieży są jednak „frontowcy”; ci, którzy są z nimi na co dzień, a więc katecheci. Zadanie, które stoi przed nami oraz przed Papieskimi Dziełami Misyjnymi, to rozmawianie z katechetami: księżmi, siostrami zakonnymi i świeckimi. Bo ważne jest to, jak oni odbierają fakt, że młodzież wypisuje się z katechezy i przestaje przychodzić do kościoła. Trzeba pamiętać, że są różne perspektywy: jest perspektywa dużych miast i mniejszych miejscowości. I to są różne punkty widzenia.

Dla mnie odpowiedź na pytanie o to, czy mniej czy więcej osób będzie na Lednicy i czy się o to niepokoję jest też w tym – i to było duże odkrycie – że jak przygotowujemy program, to przygotowuję go dla siebie, a nie dla innych. Wydaje mi się, że to jest coś, co stoi przed nami jako kapłanami. To znaczy: że ja nie organizuję spotkań w parafii, nie głoszę rekolekcji dla innych, tylko robię to dla siebie. I teraz, jeśli jako osoba odpowiedzialna przechodzę szlak św. Pawła jako ja – to będzie to autentyczne. Jeżeli zrobię to dlatego, żeby to ci inni się nawrócili, to zawsze będzie ryzyko, że nic z tego nie zostanie. Jeżeli Lednica pozostanie we mnie, to ta autentyczność będzie przemawiała do ludzi. Myślę, że to jest wniosek dla całego Kościoła, i ludzie to czują. Młodzi będą lgnęli do takiego księdza, którzy żyje tym, co mówi.

Ks. MK: Nie wygramy z demografią. To, że w 1997 r. i w paru późniejszych latach było na Lenicy więcej młodzieży wynikało w jakiejś mierze z tego czynnika. Mamy mniej osób w duszpasterstwach, jest ich mniej w szkołach, na czym cierpią szkoły średnie w mniejszych miejscowościach.

Ważny jest też sprawa umiejętnego zbalansowania w wolontariacie dwóch czynników: akcyjności i formacji. Ważne jest, że ci ludzie się znają, że będąc na przykład na Lednicy, która w tym roku będzie miała wydźwięk misyjny, ten młody człowiek zobaczy, że z jednej strony są ludzie, którzy żyją jak ja, uczą się tych samych rzeczy, słuchają podobnej muzyki itd., ale znajdują w sobie tyle siły, żeby swoim życiem głosić Ewangelię.

KAI: No właśnie, przyjazd na Lednicę wymaga dziś chyba większej odwagi niż 10 czy 15 lat temu? Czy właśnie teraz nie zmienia się profil uczestników Lednicy na bardziej gotowy na pójście w głąb?

O. WS: Nie za bardzo odpowiada mi przeciwstawianie ilość – jakość, bo to, co do tej pory miało miejsce na Lednicy też było jakościowe i nie wolno tego deprecjonować. To był po prostu inny przekaz, skierowany do innych rejestrów, stosowano inną częstotliwość fal. Mam wrażenie, że to się już skończyło, a niedawny wywiad KAI z bp. Suchodolskim jest tego przykładem. Ja podobne rzeczy mówiłem dwa lata temu, inni duszpasterze także, natomiast kiedy mówi to biskup odpowiedzialny za duszpasterstwo młodzieży to widać, że „masa krytyczna” osiągnęła taki pułap, że także hierarchowie doszli do przekonania, że trzeba już mówić głośno.

Część młodzieży na pewno odpłynie: nie będzie już takiej ilości ani na Lednicy ani gdziekolwiek indziej.

KAI: A, właściwie, dlaczego? Biskup Suchodolski wśród przyczyn odchodzenia od praktyk i spadku deklaracji wiary wśród młodych upatruje brak przekazu wiary w rodzinie i skandale pedofilskie w Kościele.

O. WP: Czasami powinniśmy przyznać, że nie wiemy. Roman Brandstaetter zwracał uwagę, że człowiek jest pełen sprzeczności i paradoksów. Rozmawiałem z duszpasterzami młodzieży z diecezji opolskiej i to były rozmowy fascynujące. Opowiadali o codzienności katechetycznej i jeden młody ksiądz, zapalony, z błyskiem w oku mówi tak: prowadziłem katechezę cały rok, miałem fajny kontakt z młodzieżą itd., po czym z tej ekipy bardzo wiele osób z katechezy się wypisało. I nie mam pojęcia – dlaczego, skoro wszystko wydawało się iść dobrze, oni przygotowywali nawet jakieś przedstawienia itd.

Powstaje pytanie: czy odchodzenie młodzieży jest kwestią mody? Prawdopodobnie, przynajmniej częściowo, tak, bo dla młodych ludzi kwestia bycia w grupie jest, jak już mówiliśmy, ważna. Jan Paweł II pisał: jeśli chcesz znaleźć źródło, musisz iść pod prąd. No, ale kto z młodych ludzi pójdzie pod prąd, jeśli ktoś nie doda mu otuchy? To jest strasznie trudne, bo najczęściej idziemy z ekipą.

Dlaczego młodzież wypisuje się z katechezy? O to trzeba by zapytać ich samych. Do tego potrzebne jest spotkanie, ale takie autentyczne. Ojciec Góra mawiał, że event jest tylko pretekstem do tego, żeby się ktoś pojawił. Żeby się naprawdę spotkać, trzeba by usiąść, ten młody człowiek powinien się oswoić, jak ten lisek z „Małego księcia”, otworzyć serce i powiedzieć: dlaczego ja wypisałem się z katechezy. Ale to jest strasznie trudne.

KAI: Jak więc stworzyć platformę, która skłaniałaby młodych do otwarcia serca? Gdzie upatrywać szansy? W synodzie o synodalności? Bardziej zindywidualizowanym duszpasterstwie? W katechezie parafialnej, która uzupełniałaby tę szkolną?

Ks. MB: Kiedy byłem wikariuszem, zakładałem, że przy Kościele pozostanie – to znaczy będzie praktykować, a czasami wejdzie do jakich grup duszpasterskich – jakieś 10 proc. spośród przygotowujących się do bierzmowania. I tak było. W ciągu 5 lat kiedy byłem wikariuszem, pozostało więc około 50 osób, na które zawsze można liczyć. Musimy wyjść z trybu „każdy” i po prostu założyć, że w Kościele pozostanie cząstka.

Druga rzecz, to jest czas. Trzeba dać ludziom czas. Pamiętam z imienia i nazwiska różne osoby chodzące na katechezę. I teraz, kiedy pracuję w Warszawie, po latach wracają do mnie jako studenci, którzy po prostu byli na katechezie, prowadzili zeszyty i tyle. I teraz zdarza się, że ktoś, będąc już małżeństwie, przychodzi i mówi mi: ksiądz był kimś, kto wskazywał nam drogę. To daje do myślenia: ile takich osób, które być może, nawet na katechezie się nie odezwały, żyją tym, co otrzymały.

O. WS: Mam wrażenie, że oprócz pokusy wielkich liczb jest jeszcze druga: pokusa zajmowania się tylko młodzieżą. A to jest coś bardzo ważnego w kontekście transmisji wiary, o czym była już mowa. Otóż wedle badań, ale też moich obserwacji duszpasterskich, grupą, która najszybciej „odpływa” z Kościoła wcale nie jest młodzież ale młodzi małżonkowie. Kiedy zaczyna się życie w dużym napięciu, bo zaczyna się praca, pojawią się pierwsze dziecko, to ci młodzi odczuwają brak czasu. Wtedy znikają i powracają gdzieś tak po 50–tce, kiedy już dzieci wyszły z domu. Wtedy jest więcej czasu, żeby wrócić do Kościoła. Tak więc aby miała miejsce owa transmisja wiary, trzeba jeszcze więcej czasu poświęcić dorosłym, a nie młodzieży.

Mam wrażenie, że nazbyt zaufaliśmy słowom Jana Pawła II, że młodzież jest przyszłością Kościoła. I tak, i nie. Tak, oni będą przyszłością, ale kluczowe rzeczy rozgrywają się, mam wrażenie, w młodych małżeństwach. To wtedy jest najwięcej dramatów. Kiedy już skończymy z tymi dużymi liczbami, to także ta sprawa wymaga przemiany myślenia. Bo, być może, tego pokolenia młodych już nie odzyskamy. Młodzi, którzy teraz odchodzą, to są dzieci rodziców z mojego pokolenia. Więc można by zapytać, co zrobiliśmy dla mojego pokolenia; czy towarzyszyliśmy im w ich małżeństwach, żeby potrafili przekazać wiarę swoim dzieciom czy nie. A my ciągle byliśmy skoncentrowani na katechezie dzieci, katechezie młodzieży, przygotowaniu do bierzmowania, podczas gdy młodzi dorośli zostawali sami, bo też trudno znaleźć dla nich, którzy rzeczywiście mają mało czasu, jakąś formułę.

I kolejna pokusa, którą możemy nazwać przesadnym zaufaniem do ewangelizacji w Internecie. Mam wrażenie, że w Kościele wciąż nie zdajemy sobie sprawy, jak młodzież zmienia rewolucja cyfrowa. Nie mamy żadnych szans z „katechezą”, która idzie ze smartfona, z tym, co ta siła tworzy w ich głowach. W ubiegłym roku zaproponowaliśmy: chcesz się przygotować do Lednicy – wyłącz komórkę, nie wchodź do Internetu. Chodziło o to, żeby powrócić do relacji jeden na jeden. Chrześcijaństwo jest na wyciągnięcie ręki, ale tylko tak można to odbudować.

Wysiłek, który poszedł na ewangelizację w Internecie – co widzimy także po naszych, dominikańskich stronach, gdzie jest masa filmików itp. – stanowi na pewno jakieś dobro, natomiast nie zastąpi ono tego doświadczenia, które jest specyficznie chrześcijańskie, bo chrześcijaństwo to jest wcielenie. Musimy więc dotknąć go w sakramentach, w drugim człowieku, we wspólnocie. A to się zaczyna dziać najpierw w rodzinie, a potem w jakiejś grupie, ale małej. O tym przypominała nam papież Franciszek w Orędziu na 53. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Mówił, że trzeba przechodzić od wspólnot wirtualnych do realnych. A to zaczyna się od świadomego przeżywania Eucharystii. Ojciec Święty mówił, że musimy przejść od „polubieni” do „amen” wypowiadanego na liturgii. Zadanie jakie staje przed nami, na które zwracał też cały czas uwagę ks. Blachnicki, to pokazanie młodym liturgii jako misterium.

KAI: Czy może temu pomóc Lednica?

O. WS: Tylko w jakimś sensie, bo Lednica jest eventem. Ma to swoje plusy i minusy, ale event nie może być wszystkim. Nie zastąpimy nim normalnej formacji i kształtowania młodej osoby w przeżywaniu wiary. To musi być uzupełnione o jakąś stałą formację.

Staramy się nieco „dostroić” spotkania lednickie w tym kierunku, wprowadzamy różne nowe elementy, które mają temu służyć. Chcemy, na przykład, nieco to spotkanie „rozdrobnić”, organizując więcej namiotów, scen, gdzie w grupach po 20-30 osób młodzi mogliby uczestniczyć w warsztatach czy dyskusjach. Chodzi o zapraszanie ich do konkretnych relacji międzyludzkich. Nazywamy to formą bardziej festiwalową: w różnych miejscach dzieją się różne rzeczy, a spotykamy się dopiero na Mszy świętej, która jest centrum całego wydarzenia. Ale wcześniej, przez cały dzień co się dzieje i pozwala młodym uczestniczyć w czymś konkretnym, zorganizowanym w małej grupie, gdzie te relacje są bardziej zindywidualizowane.

KAI: A więc – Lednica ma przyszłość.

O. WS: Oczywiście!

O. WP: Jeszcze a propos misyjności. Pamiętamy ubiegłoroczne marsze z „błyskawicami”, tzw. Strajk kobiet. Otóż mam wrażenie, że misyjność zaczyna się od pracy nad językiem i nad wstrzymaniem się od zbyt wczesnych diagnoz, oceniania i reagowania. A mówię o tym, ponieważ niektóre słowa, jakie w środowiskach kapłańskich niekiedy pojawiały się jako komentarze na Strajk kobiet, raczej dalekie były od Ewangelii. Kiedy patrzyłem na tłumy maszerujące pod naszym klasztorem, pomyślałem: przecież z góry wygląda to, paradoksalnie, jak Lednica. To była młodzież.

Dramat, w jakim my się w tym momencie znajdujemy jest dramatem „sektorów”. Społeczeństwo przypomina sektory Legii i Lecha, gdzie nie ma rozmowy, tylko przerzucanie się „argumentami”. W momencie, gdy przebywamy w sektorach tracimy ze sobą kontakt. A problem polega na tym – i dla mnie to jest misyjność na co dzień – żeby zawalczyć o utrzymanie tego kontaktu. Bo naszymi reakcjami i sposobem mówienia o ludziach, którzy w danym momencie inaczej niż my formułują swoje stanowisko, automatycznie możemy wypychać ich z Kościoła. Z kolei jako kontrreakcja następuje wypychanie nas z przestrzeni publicznej.

Jako rodzic wie pan, że kiedy dzieci krzyczą na rodziców, to jest to bardzo ważny element w procesie formowania przez młodych swojej tożsamości. Jeśli nie rozumiemy, że odchodzenie młodzieży jest elementem procesu formowania się ich tożsamości, nie wsłuchamy się w te głosy tylko od razu będziemy mieć odpowiedzi sformułowane w świetle naszego tylko doświadczenia, to niewiele to da. I, na przykład, będziemy mówić że powodem strajku kobiet jest to i tamto, a za chwilę się pojawiają raporty na temat naszej, hierarchicznej, nieautentyczności w kwestiach rozwiązywania problemu wykorzystywania seksualnego. A wtedy ta młodzież mówi: no to jak, na nas krzyczycie, że chodzimy na te marsze, a sami w taki sposób postępujecie? Dlatego, powtarzam, czasami lepiej przyznać, że czegoś nie wiemy, nie rozumiemy, nie ogarniamy. Nie w ramach taktyki, tylko po prostu dlatego, że jest to tak złożone zjawisko, że inaczej się po prostu powiedzieć nie da.

O. WS: I tu się trochę nie zgodzę, bo chodzi o to, żebyśmy nie mylili empatii z sympatią. Bo to nie jest tak, że niezależnie od tego, jakie ktoś przejawia uczucia, to ja go muszę zaafirmować. W empatii nie chodzi o afirmowanie wszystkiego. Muszę też bowiem pokazać młodemu człowiekowi jakie są fundamenty. Ojciec Wojciech ma rację mówiąc, że poprzez bunt młodzież nas sprawdza, jak w pokerze. Oni mówią podobnie: pokażcie, czy macie rację. Jak widzą, że zawalamy, to w te wartości nie idą, skoro sami głosiciele tego nie przestrzegają.

Czym innym jest jednak zachowanie kontaktu pomiędzy wspomnianymi „sektorami” (już nawet nie dialogu…), a czym innym stanie na gruncie pewnych wartości czy prawd nawet wtedy, gdy ja czy Kościół do którego należę, nie zawsze wiernie je naśladuje. Pewne rzeczy są po prostu obiektywne, bo to wynika z racjonalności. Zakazu przerywania ciąży nie trzeba argumentować „z wiary”, lecz wyłożyć w oparciu o przesłanki racjonalne.

Wydaje mi się, że młodzież potrzebuje jasnego pokazania jakie są fundamenty. Oni i tak są bardzo rozchwiani, dlatego w swoim myśleniu muszą mieć stałe elementy, którym zaufają, albo które odrzucą, ale nie wolno pozbawiać ich odniesienia do tradycji.

Ksiądz Luigi Giussani mówił, że jednym z podstawowych fundamentów wychowania jest spójność w stosunku do proponowanego ideału. Tradycja, jak mawiał założyciel ruchu Comunione e Liberazione, jest dla młodego człowieka rodzajem „hipotezy wyjaśniającej rzeczywistość”. Wychowawca, czy też duszpasterz, jest odpowiedzialny za przekazanie tej „hipotezy” młodemu człowiekowi. Aby krytycznie odnosić się do tradycji trzeba ją po prostu znać.

To prawda, my także tym fundamentom nie zawsze jesteśmy wierni, ale to nie znaczy, że prawda nie jest prawdą.

Giussani zwrócił uwagę na jeszcze jeden bardzo ważny aspekt wychowania. Ta spójność w stosunku do proponowanego ideału, zwłaszcza w okresie dorastania, nie jest przede wszystkim spójnością moralną, ale intelektualną. Młody człowiek zdaje sobie sprawę, że wszyscy jesteśmy słabi, nie oczekuje od nas, że będziemy herosami, ale że upadając nie zrezygnujemy z dążenia do ideału. Dlatego największym zagrożeniem jest nie słabość, ale nie przyznanie się do niej. Największym zagrożeniem dla wychowania jest kłamstwo.

Kiedy w Kościele jako jednostki tracimy moralny autorytet raczej nie odbudujemy go nawet przez przyznanie się do winy. Natomiast przyznając się do winy, czyli stając w prawdzie, zachowamy ważność owej spójnej wizji rzeczywistości, którą proponujemy młodym. Innymi słowy zachowamy autorytet Kościoła.

KAI: Od jakiegoś czasu pojawiają się wobec was, duszpasterzy Lednicy, zarzuty, że chcecie ją „zaorać” i macie zupełnie inne spojrzenie niż zaangażowani w spotkania lednickie świeccy. Czy moglibyście odnieść się do takich opinii?

O. WS: Rzeczywiście od jakiegoś czasu trwają rozmowy z pewną częścią środowiska lednickiego na temat zredefiniowania współpracy. Myślę jednak, że zarówno to, jak moi poprzednicy angażowali się w Spotkania Lednickie po śmierci o. Jana, to co robiłem i mówiłem przez ostatnie dwa lata, a nawet ta nasza rozmowa, świadczą o tym, że dominikanie nie mają zamiaru porzucać młodzieży i przestać organizować Spotkań Lednickich.

Rozmawiał Tomasz Królak / Warszawa

« 1 »

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

reklama

Pekao