Ks. Szymik do warszawskich księży: Pasterz nie może być „niemym psem, niezdolnym do szczekania” (Iz 56,10)

Podczas konferencji dla warszawskich księży wygłoszonej w ostatnią sobotę ks. Jerzy Szymik wskazywał na zadania stojące przed każdym kapłanem: konieczność stałego oczyszczania się ze światowości, zgoda na trud i cierpienie, podejmowanie z odwagą problemów i odrzucanie pokusy smutku.

Serdecznie Was wszystkich, Braci moich, witam i pozdrawiam, Księdzu Kardynałowi dziękuję za zaproszenie do Waszej Wspólnoty, do warszawskiego prezbiterium. Chcę się na początek przedstawić, to znaczy, dokładniej opisać miejsce, z którego do Was przybywam, miejsce w znaczeniu wewnętrznej tożsamości i duchowej perspektywy mojej wiary i myśli. Zrobię to wierszem. Nosi on tytuł „Być śląskim księdzem”, idzie tak:

Nie spod figowców,
ani spośród gęstych koron sykomor,
ani ze szpaleru cyprysów
nas wezwał.
 
My jesteśmy spod cherlawych brzózek,
spod lękliwych topoli, ze środka konających lasów świerkowych.
Wielu z nas lepiej zna kąkol niż pszenicę,
bo dorastaliśmy wśród bladych łąk i kopalnianych stawów.
 
Szedł skrajem familoków
jak pękniętym jarem Pustyni Judzkiej
i wyraźnie potrzebował naszej pomocy.
Wołał nas.
 
Rozumieliśmy z tego niewiele,
ale jednak najważniejsze:
że Jemu się nie odmawia.
Dlatego
 
dołączyliśmy do tamtych,
nie wiedząc,
że oto spełnia się marzenie
śląskich chłopaków:
 
mieć mocne życie,
nie dać się bele czymu,
chronić bezbronnych,
wybierać Boga.
 
Idziemy za Nim.
Całymi latami oglądaliśmy jedynie Jego plecy.
Ale teraz, pod wieczór,
coraz częściej zdaje się odwracać głowę
 
jakby nas liczył,
jakby pytał, czy nadal może na nas liczyć,
jakby liczył dni, kiedy ujrzymy Go twarzą w twarz, jakim jest.
 
Póki co, pocę się
jakbym krwawił

 

I przechodzę do tematu. Jeśli komuś – w tym co za chwilę usłyszycie czy przeczytacie – szczególnie wiele zawdzięczam, to jest nim Benedykt XVI[1].

Więc: czekając na wielką niespodziankę, z wielką nadzieją.

Jak wiemy – choćby z naszych środowisk i szeregów, tych, których Chrystus nazwał przyjaciółmi (por. J 15,12-17) – Bóg z jednakową predylekcją łaski powołuje prostaczków i geniuszy. Oba te rodzaje wezwanych są potrzebne Królestwu Bożemu. Jednym z największych tej drugiej kategorii był John Henry Newman. Święty Kardynał tak pisał o największych kryzysach Kościoła, posłuchajmy uważnie: „Chrześcijaństwo zbyt często znajdowało się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, abyśmy teraz musieli obawiać się nowej próby. To jest pewne; natomiast to, co jest zwykle niepewne i co jest zazwyczaj wielką niespodzianką gdy tego doświadczamy, to sposób w jaki w danym przypadku Opatrzność ratuje i zbawia swoje wybrane dziedzictwo. Czasami nasz wróg staje się przyjacielem; czasami zostaje pozbawiony tej szczególnej zjadliwości zła, która była tak groźna; czasami rozpada się na kawałki; czasami robi tylko tyle, ile jest korzystne [dla Bożego planu – JS], a potem zostaje usunięty”.

Tyle Newman. Myślę w tej kluczowej dla nas dzisiaj kwestii Newmanem właśnie i tę myśl chcę wam zostawić. Nadzieja ocalenia jest pewna, natomiast wielką niespodzianką będzie ocalenia forma, sposób, kształt. Nadzieja położona w Bogu jest zawsze pewna, jest ona matką mądrych. Lecz trzeba też pamiętać, że służba nadziei nie polega na biernym czekaniu, ale na aktywnej z nią współpracy. Jak to robić? Święty Paweł i Błogosławiony Jerzy Popiełuszko nam to jasno powiedzieli: „zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21). Ale co to znaczy konkretnie dla warszawskiego księdza w Wielkim Poście A.D. 2024?

 

1. Coraz mocniejsze TAK

Przede wszystkim „umocnić nasze powołanie i wybór” (por. 2 P 1,10). Wysiłek włożony w ten rodzaj „starania” („starajcie się umocnić”, pisze święty Piotr) zawsze się opłaci naszej nadziei. Umocnienie, czyli pogłębienie duchowych fundamentów i teologicznego rozumienia kapłańskiego powołania i mojego osobistego wyboru tej drogi, wyboru sprzed lat. Czym to jest dla mnie dzisiaj?

Mój wybór dotyczył w swej głębi zgody na to, by Bóg mnie „używał”, ze świadomością, że Bóg w swej pokorze mnie potrzebuje, ale nigdy nie wykorzystuje. Bóg potrzebuje ludzi, którzy w kapłaństwie nie szukają siebie, lecz są gotowi postawić na drugim miejscu swoje idee o życiu, ludzi, którzy idą nie za własnymi fantazjami, pragnieniami i życzeniami dotyczącymi życia, ale są posłuszni innej woli, włączają w nią swoje życie i w ten sposób staje się ona także ich wolą. Ta bezinteresowność w oddaniu siebie Bogu jest samym rdzeniem mojego powołania[2]. Zgoda na to, że moje życie nie spełni się wg ludzkich kryteriów powodzenia i szczęścia jest tu fundamentalna. W ten sposób i tylko w ten sposób kapłaństwo staje się otwieraniem drzwi przed Panem, by mógł z nami mieszkać. Ze mną i z bliźnimi[3]. Bo w naszym powołaniu miłować Pana i paść trzodę Chrystusa jest tą samą niepodzielną rzeczywistością[4]. Miłujesz Mnie? – Tak – Paś owce moje (por. J 21, 15-17).

Tak rozumiem moją najgłębszą tożsamość: ksiądz duszpasterz. Usłyszałem kiedyś głos Pana, który mnie zawołał i zapewnił: zbawię cię na drodze twojej walki o zbawienie innych, moich dzieci. Więc utrzymywać świat w stanie wrażliwości na Boga i Jego sprawy to nasze powołanie. Dzieje się to za wielką cenę dania siebie Bogu; kwota jest wielka i nie wolno jej odzyskiwać w drobnych, bo wszystko się wywróci...

A więc starajcie się umocnić powołanie i wybór. Czyli utrzymywać świeżość i szczerość aktu wywłaszczenia samego siebie.

 

2. Godzina ciemności

To wszystko jest tym bardziej trudne i skomplikowane, że dzieje się w czasie i przestrzeni, które są widownią wielkich – na apokaliptyczna skalę - zmagań z Bogiem i o Boga. „Siejemy wiele, lecz plon mamy lichy”, powtarzamy za Aggeuszem (por. Ag 1,6). „Noszę w swoim sercu całą wrogość pogan” (Ps 89,51), dawno już ten psalmiczny, brewiarzowy werset nie przylegał tak dokładnie, wręcz 1:1, do serca polskiego księdza. Taka jest prawda naszej społecznej pozycji i duchowej kondycji. I nie jest to żadna jałowa tęsknota za starymi dobrymi czasami, próba zatrzymania rzeki kijem. Nie. Jak pisał John Senior, inny obok Newmana anglosaski geniusz katolicyzmu: „To, że nie można cofnąć zegara, nie jest żadną odpowiedzią na pytanie, która jest godzina. To że zmiana jest nieunikniona, pozostawia nas właśnie z pytaniem: co jest właściwym rozwiązaniem?”[5] (s. 170). W tej godzinie, w tej sytuacji. Co jest właściwym rozwiązaniem dla warszawskiego pasterza trzeciej dekady XXI wieku?

A która właściwie jest godzina? Jest to „wasza godzina i panowanie ciemności”, mówi Jezus (Łk 22,53). Godzina ciemności. Ponieważ samym rdzeniem tego, z czym się zmagamy, samym sednem pokusy, którą kuszone są nasz czas i przestrzeń (XXI wiek i Polska) jest negacja Boga, antyteizm – nic mniej. A więc odsunąć Boga, pominąć Go, zdegradować, zdewaluować i zdemontować wiarę. A to wszystko w dużej mierze perwersyjnie: nie tylko pod pozorami dobra, ale wręcz przy pomocy dobra, osiągnięć, postępu etc. Takie było sedno trzech pustynnych pokus wobec Jezusa i Kościoła wszystkich czasów. I to, co przeżywamy, nasza godzina ciemności, jest ponowoczesną aktualizacją tamtego.

Ale idźmy teraz głębiej, we mnie samego, w nas samych.

Bo noszę w swoim własnym sercu nie tylko wrogość współczesnych neopogan i osobistych nieprzyjaciół Boga, ale także wrogość – wobec Boga i mojego powołania – mojego własnego grzechu. I to jest dopiero prawidłowa diagnoza i pełna odpowiedź na pytanie o godzinę ciemności. Wszystkim, którzy powiadają, że odpowiedzialnym za bezbożny stan rzeczy jest świat (a nie nasz grzech) albo i tym, którzy powiadają, że współczesność jest OK, ale Kościół jest amoralny, odpowiadam: nie, dopiero synteza tych odpowiedzi jest prawdą. Każda z tych cząstkowych odpowiedzi jest wybiegiem, próbą uratowania swojego skrawka sukna. Tymczasem cała szmata jest skrwawiona. I świat, i ja.

 

3. Świat w Kościele

Trzeba tu sięgnąć po fenomenalne diagnozy Benedykta XVI. Posłuchajmy:

1. „To prawda, Kościół musi wciąż na nowo próbować objąć siecią Jezusa Chrystusa wszystko, co jest w świecie. Ale dzisiaj czujemy też ruch przeciwny, że świat w Kościele zwraca się przeciwko Kościołowi [uwaga: nie świat przeciwko Kościołowi, ale świat w Kościele przeciwko Kościołowi], chce przeforsować swoje kryteria, z Kościoła chce uczynić świat i nie chce tej decyzji Jezusa, której wymaga posłuszeństwo Jego słowu szczególnie tam, gdzie to słowo nas oczyszcza i zmienia”[6].

Oraz:

2. „Siła protestu przeciw Bogu i przeciw Chrystusowi nie miałaby oparcia gdybyśmy my, którzy łamiemy z Jezusem chleb, wciąż Go nie skazywali, gdybyśmy nie podnosili na Niego ręki. I naszym grzechem jest nasza ospałość, nasze splamienie chrześcijaństwa, które wciąż skazuje Pana na wyszydzenie i zdaje Go na pastwę losu. Dziś jest tak, że władza ciemności zależy od tego, że ci, którzy zanurzają z Nim rękę w misie, jednocześnie wychodzą i idą za innym prawodawstwem, zapominają o Nim, i poprzez swój styl życia, poprzez swoje wewnętrzne Nie wobec wiary wydają Go w tym świecie na Mękę”[7].

Trafione w punkt. Nie klerykalizm ani braki emancypacyjne – uczył już jako Papa Emeritus – ale otwarcie śluzy dla ścieku świata do wnętrza Kościoła, to jest naszą zgubą. Świat w Kościele, forsowanie jego kryteriów, pójście za innym prawodawstwem, w Judaszową noc... „Nie” wobec wiary. W imię czego?

3. I jeszcze raz Benedykt XVI, po raz trzeci: „'Panie, napisałem o Tobie wiele książek. Wiem o Tobie więcej niż wszyscy inni'. Albo: ‘Byłem członkiem synodów i rad, brałem udział w wielu decyzjach, zostałem nawet odznaczony'. – To nie jest ważne. Z tym wszystkim można usłyszeć od Pana: Nie wiem skąd jesteś. Kimś, kto w rzeczywistości, niezależnie od tego, jak wiele mówił o Bogu, żył w tym chłodzie, na który wskazuje obraz o zgrzytaniu zębami”[8].

I nieodmiennie, zawsze tak samo, jak już za czasów Grzegorza Wielkiego, który tak o tym pisał w „Księdze reguły Pasterskiej”: „gdy pasterz kroczy po urwiskach, trzoda postępuje ku przepaści”” (tł. J. Czuj).

 

4. Rady

I dlatego, ponieważ spotykają się we mnie Bóg i świat, muszę przejść przez oczyszczenie, przez krzyż. To konieczny egzystencjalny proces.

Zatem: co robić? Kilka rad, podpowiedzi do rozważenia:

1. Odwaga.

Mądrość bez odwagi realnie nie funkcjonuje. Mądrość - rozstrzygnięć, decyzji, wiernego trwania, odpowiedzialności za owce – by istnieć, potrzebuje etosu i odwagi. Bez tego szeleści papierem.

Do nawrócenia należy odwaga do walki. A do wiary pasterza należy jego twarde czoło. Nie wobec owiec i sojuszników. Wobec wilka. Pasterz nie może być „niemym psem, niezdolnym do szczekania”, powtórzmy za Izajaszem (Iz 56,10). Nieme psy, wyjaśniał Ratzinger,

„z obawy przed naporem liberalnych mediów bezczynnie się przyglądają demontażowi wiary za rzucany im przez nie ‘ochłap' uznania” a także temu „jak stopniowo sprzedaje się wiarę za miskę soczewicy tzw. nowoczesności”.

Tymczasem prawdziwy pasterz musi być adwokatem wierzących, obrońcą ludu „przed potęgą intelektualnych elit” – za każdą cenę. A z drugiej strony nie może być twardym i bezwzględnym typem, który wprawdzie prowadzi owce właściwą drogą, broni je, ale czyni to „chłoszcząc je prawdą”, nie bacząc na ich cierpienia, bez współodczuwania. Ratzinger: „autentyczne duszpasterstwo prowadzi do prawdy i pomaga w znoszeniu bólu, który wiąże się z jej przyjęciem”. W każdym razie nawrócony duszpasterz to ktoś kto powrócił do odwagi, kto wyżej stawia dobro owiec niż własny spokój i komfort.

„My zaś – czytamy w Liście do Hebrajczyków – nie należymy do hypostoles” (Hbr 10,39), czyli do ludzi wycofujących się, ukrywających się, małodusznych, odchodzących, odstępujących – ostatecznie, z braku odwagi do bycia wiernym. Hypostole, owo ciche wymykanie się pod presją albo i bez, prowadzi do zatracenia. „Albowiem nie dał nam Bóg – tłumaczy Paweł Tymoteuszowi – ducha deilias”, czyli bojaźni, trwożliwości, tchórzostwa, „lecz mocy, miłości i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7). Pasterz staje odważnie przed Bogiem i nie boi się dać Mu siebie samego, dać Mu wszystko[9]. I tym samym ruchem mężnego serca staje odważnie przed wilkiem - z twardym czołem.

2. Zgoda na cierpienie.

Są takie sytuacje w życiu, takie pasma życia, w których nie da się kochać inaczej jak tylko godząc się na ból. Rezygnacja z cierpienia byłaby wtedy, w tych sytuacjach, wycofaniem miłości. Związek miłości i cierpienia – nierozerwalny. Zdaje się, że dzisiaj bywamy wobec wielu złożonych wyzwań bezradni, poza tym jednym: możemy chcieć cierpieć z ich powodu, współcierpieć. Chcieć by nas bolał: nasz Kościół, nasz świat, nasz bliźni. Nasza Warszawa. Nasza Polska. I w ten sposób kochać. Zdaje się, że do takiego kształtu miłości, nas, swoich przyjaciół zaprasza Chrystus – do współcierpienia z Nim.

Błogosławiony Prymas Wyszyński, wielki wasz patron, w „Zapiskach więziennych” zanotował takich oto kilka przejmujących zdań:

„„Nie wiem dlaczego, ale muszę to zapisać, choć tak bardzo się lękam. Ty mi nakazujesz, sam nie jestem zdolny. Nakazujesz mi chcieć i nakazujesz mi napisać, choć opieram się i jednemu, i drugiemu Twemu chceniu. A więc prawdziwie: jeśli Ci, Ojcze, jest potrzebne coś więcej, niż dotychczas dzieje się ze mną, to czyń. Jeśli Ci jest potrzebne moje więzienie, piwnica dla mnie, udręki śledcze, procesy, widowisko z Twojego sługi, oszczerstwa i pośmiewisko, wzgarda pospólstwa i wszystko, czego tylko zapragniesz... Otom ja! – Napisałem i ... spadł mi ciężar z serca”.

Kościół w naszych czasach również będzie w takim stopniu przekonujący, jak daleko jego głosiciele są gotowi na to, aby pozwolić się zranić. Tam, gdzie brakuje gotowości do przyjęcia cierpienia, brakuje też niezbędnej próby prawdy, na która zdany jest Kościół. Jego walka może być tylko walką tych, którzy wydają się na całopalną ofiarę: walką męczenników”[10].

Powtórzę: kto nie przyjmuje cierpienia, nie może też kochać. Życie pasterza jest nie tylko   zbiorem aktywności, ale też pasywnością, cierpieniem. Życie jest nie tylko nam dane i przez nas pomnażane, ale i odbierane[11]. Myślę, że ksiądz, który mówi Panu: „jestem u kresu, widzę, że niewiara jest potężniejsza niż wiara[12], lecz nie będę uciekał nigdzie ani w nic, nie chcę w tym znieczulenia, żadnego rodzaju morfiny, którą wszyscy chcą mi podawać, lecz chcę by mnie to bolało i chcę w tym przy Tobie trwać; chcę byś mnie bolał, bylebym tylko mógł Cię kochać”, czyni rzecz wielką.

3. Odrzucić pokusę smutku.

Jeśli bowiem istota kapłańskiego powołania jest „być sługą radości” (por. 2 Kor 1,24), to szatan powiada: moich poznacie po smutku.

Jest, rzecz jasna, niemało powodów do lęku i ciemnej powagi. O tym rozmawiamy. Pustoszeją seminaria, a tzw. syndrom Jeremiasza (Ratzinger z prymicyjnego kazania: „Wprowadziłeś mnie w błąd, Boże, woła w swojej rozpaczy, zostaw mnie w spokoju! Najchętniej pozbyłby się słowa, które uczyniło go samotnikiem, głupcem, naznaczonym, z którym nikt nie chce mieć do czynienia. Ale musi dźwigać ciężar słowa. I właśnie tak służy ludziom, którzy nie chcą go zrozumieć”) jest źródłem głębokiego cierpienia proroków wszystkich epok. A tym, którzy – podobni Piotrowi – odważyli się wypłynąć na jezioro powołania i chodzić po wodzie, nieuchronnie zdarzą się godziny mroku, lęku przed samym sobą, obawy przed wielkością tajemnicy, przed bezsilnością działania wobec pozatrzaskiwanych przed Chrystusem drzwi.

A jednak „być sługą (waszej) radości” (por. 2 Kor 1,24) jest istotą kapłańskiego powołania, a sama radość papierkiem lakmusowym jego właściwej realizacji. Fundamentem jest tu znów Bóg, rzecz jasna, czyli wiara i zrozumienie w jej świetle, że Jego moc i miłosierdzie są większe niż nasza bezsilność i porażki.

Dlatego pewien rodzaj definitywności smutku, obnoszonej frustracji, jest czymś po czym poznaje się moich – powiada Kusiciel. Gorycz negacji, zwycięstwo cynizmu, obumieranie humoru (niech was nie zmyli wesołkowatość), niezdolność do radości. Smutek w tym najgłębszym sensie jest negacją wiary, negacją Boga.

Po smutku ich poznacie. I diabolicznie się spełni odwrotność 2 Kor 1,24 – oni będą sługami waszego smutku.

Nie dać się temu. Korzenie radości są najgłębsze, nie do wyrwania, bo sięgają Boga.

4. Nie dawać fałszywego pokoju.

Ani sobie, ani owcom. Pacem falsam non dare. To zdanie pochodzi z „Reguły” św. Benedykta, z części zatytułowanej „Narzędzia dobrych uczynków”. Oto problem naszych czasów. Czy nie ulegamy często ponowoczesnej pokusie, aby pokój stawiać ponad prawdą? Nie chcemy mieć kłopotów ani kłopotów stwarzać innym. Nie chcemy mieć pijaru zacietrzewieńców. Nie chcemy polaryzacji, eskalacji, wyłamywania się z szeregu, ale pozostać w zgodzie z grupą i choć na chwilę zejść z linii frontu, mieć odrobinę spokoju. „W ten sposób łykamy nieprawdy, niesprawiedliwości i mówimy: przynajmniej nie było żadnego wzburzenia. Ale że tym samym pozostała trucizna, ze tym samym kłamstwo było silniejsze niż prawda i na dłuższa metę musi nas otruć, o tym wolimy nie mówić w takich momentach”[13]. Żadnych ekscesów, żadnej dramaturgii, żadnego dzielenia ludzi: cichutko przejść obok prawdy, bez hałasu, delikatnie ją nagiąć, żeby mniej bolała i była jakoś strawna; nic więcej.

Przecież słynna, pełna gniewu Bożego, zapowiedź proroka Zachariasza jest dokładnie o tym: „sprowadzę temu krajowi pasterza, który nie będzie się troszczył o to, co ginie; nie będzie szukał tego, co błądzi; nie będzie leczył tego, co zranione; nie będzie karmił tego, co zdrowe” (Za 11,16). Niech giną, niech błądzą, niech odnoszą nieuleczalne rany, byleby w Kościele panował spokój a Polska była uśmiechnięta. Biada takiemu pasterzowi, mówi prorok w imieniu Boga: odetnę mu ramię i wyłupię prawe oko (por. Za 11,17), czyli pozbawię go możliwości prowadzenia mojej trzody ku przepaści.

 

5. Pan jest ze mną

Nie tędy droga. Czekamy więc na wielką niespodziankę z wielką nadzieją.

W sytuacji duchowej nocy, która zdaje się dotykać wielu z nas, wyznawców i głosicieli Pana, Ten, który nas nazwał przyjaciółmi, mówi do nas psalmem tak: „Niech wyznawcy Pana głoszą: ‘Jego łaska na wieki'. W ucisku wzywałem Pana, Pan mnie wysłuchał i na wolność wyprowadził. Niczego się nie boję, bo Pan jest za mną; cóż może uczynić mi człowiek”? (Ps 118,4-6).

Mądrość Boża mówi dziś do nas wersetem Księgi Barucha, zachęca nas do modlitwy w tej newralgicznej dla nas sprawie: „Dzieci, wołajcie do Boga, a wyrwie was z mocy, z ręki nieprzyjaciół” (Ba 4,21). Słowo Boże nas dzień w dzień o prawdzie tej obietnicy zapewnia. Wszak w naszym porannym brewiarzu powtarzamy codziennie słowa kantyku: „Da nam, że z mocy nieprzyjaciół wyrwani, służyć Mu będziemy bez trwogi” (Łk 1, 73b-74).

Zdaje się, ze tego właśnie dotyczy sam rdzeń wielkiej niespodzianki: wolności od lęku przed tym, co groźne, straszne, faktycznie śmiertelnie niebezpieczne. Nie należymy do hypostoles, nie mamy ducha deilias. Najkrócej: nie czmyhamy, bo diabeł tupnął nogą. Bo Bóg swoim przyjaciołom nie tylko sporo daje, ale i niemało zabiera. Zaś pierwszą rzeczą, którą im zabiera jest strach.

 

 

[1] Zwłaszcza: J. Ratzinger, Kazania. Opera omnia t. 14, vol. 1-3, tł.M. Górecka, J. Merecki, J. Kobienia red. M. Górecka, K. Góźdź, Lublin 2020.

[2] OO14/2, s. 1017-1018.

[3] OO14/2, s. 764.

[4] OO14/3, s. 1763.

[5] J. Senior, Upadek i odbudowa kultury chrześcijańskiej, tł. T. Milcarek, Dębogóra 2021, s. 170.

[6] OO14/2, s. 782.

[7] OO14/1, s. 358.

[8] OO14/2, s.

[9] OO14/2, s. 972.

[10] OO14/3, s. 1309.

[11] OO14/3, s. 1321.

[12] OO14/3, s. 1607.

[13] OO14/3, s. 1287.

« 1 »

reklama

reklama

reklama