Przeciw, czyli za. Bezobjawowa postawa pro-life nie jest nikomu potrzebna

Z przykrością słuchałem wystąpienia prof. Andrzeja Zolla na konferencji pt. „W obronie konstytucyjnych praw: do życia, ochrony macierzyństwa i rodziny”. Wbrew hasłu spotkania, prof. Zoll nie stanął w swoim przemówieniu po stronie prawa do życia.

W 1997 r. Andrzej Zoll miał duży udział w tym, że Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok usuwający przepis zezwalający na aborcję z tzw. przyczyn społecznych. Jak sam mówi, w praktyce oznaczało to aborcję na życzenie. Prof. Zoll był sprawozdawcą wniosku a zarazem prezesem TK. Wyrok z 1997 r. jest jego dużą zasługą. Niestety podczas konferencji przemawiał tak, jakby chciał wytłumaczyć, że choć sprzeciwił się niektórym aborcjom, to nie jest fundamentalistą.

Były szef TK twierdził, że kwestii aborcji właściwie nie powinno regulować prawo karne. Dlaczego? Bo nie każdy podziela katolicki punkt widzenia, w społeczeństwie mamy różne systemy moralne i właśnie moralność – a nie prawo – powinna zakazywać aborcji, inaczej grozi nam „fundamentalizm”. Tymczasem nie trzeba być chrześcijaninem, żeby sprzeciwiać się zabijaniu. Chwilę wcześniej Andrzej Zoll sam zresztą mówił, że życie poczętego dziecka jest dobrem prawnym (a nie tylko dobrem w rozumieniu nauki chrześcijańskiej). Argument o wielu systemach moralnych jest zresztą generalnie niebezpieczny, bo zgodnie z nim można zezwolić na dewastowanie cudzego mienia (ostatnio modne pod hasłami ekologicznymi), kradzież (zwłaszcza w sytuacji, kiedy biedniejszy okrada bogatszego), albo przemoc na tle rasowym i narodowościowym (są całe ideologie, które ją pochwalają).

Andrzej Zoll krytykował też wyrok TK z 2020 r. wykreślający przesłankę eugeniczną. Twierdził, że obecna kampania na rzecz aborcji, w tym projekty ustaw, które wpłynęły do Sejmu to efekt błędu czy złej roboty, jaką był wyrok Trybunału.

Nie wiem doprawdy, skąd przekonanie, że gdyby nie wyrok TK, zwolennicy aborcji na życzenie nie chcieliby jej przeforsować. Zresztą tak naprawdę nie jest to żadne „gdyby”. Szymon Hołownia, którego partia złożyła wniosek przywracający przesłankę eugeniczną i tak usłyszał, że ma „wyp…”. Dla zwolenników zabijania poczętych dzieci nawet referendum w sprawie aborcji na życzenie to i tak za mało.

Ze zdziwieniem słuchałem też narzekania na to, że prezydencki projekt przywracający część przesłanki eugenicznej trafił do szuflady „i tam pozostaje”. Projekt był tak samo niekonstytucyjny, jak reszta tej przesłanki, a przy tym zwyczajnie nielogiczny. Zezwalał, przypomnijmy, na aborcję w razie śmiertelnej choroby dziecka. „Komuś grozi śmierć, więc go zabijmy” – skwitował to obecny na konferencji obok prof. Zolla dr Robert Pietras, ginekolog.

Nawiasem mówiąc, wbrew słowom Andrzeja Zolla projekt nigdzie nie „pozostaje”, bo – jak profesor doskonale wie – mamy w Polsce zasadę dyskontynuacji.

Argumenty prof. Andrzeja Zolla brzmiały jak z poprzedniej epoki – tej sprzed afery Rywina, kiedy spora część konserwatystów miała wielką potrzebę udowodnienia, że nie jest zbyt konserwatywna. Legalizacja aborcji na Zachodzie – w zasadzie całym – odbywała się za zgodą, a czasem przy współudziale bezobjawowej prawicy. Tacy konserwatyści nie są nikomu do niczego potrzebni.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama