Barbie i Ken w imperium. Film „Napoleon” nie zachwyca

Film „Napoleon” jest katastrofalny w warstwie historycznej. Reżyser oraz scenarzysta wykazali się arogancją i niewiedzą. Wartością jest gra tytułowego bohatera Joaquina Phoenixa. W pamięci widza pozostanie na długo wyraz twarzy Napoleona z nieustanną melancholię i pewną dozą nieobecności.

Niedawno na ekrany polskich kin wszedł film „Napoleon” w reżyserii Ridleya Scotta. Twórcy takich filmów jak: „Gladiator”, „American Gangster” czy „Obcy - 8. pasażer „Nostromo”. W główną rolę Napoleona wcielił się Joaquin Phoenix, którego kariera aktorska w pełni rozkwitła, dzięki roli cesarza Komodusa w „Gladiatorze”. 

Przemocowa gra pozorów

Oś filmu „zapętla się” wokół wątku miłosnego Napoleona Bonaparte i Józefiny de Beauharnais. Scott pokazuje ten związek jako relację toksyczną i przemocową. Zawartą w celu realizacji własnych partykularnych interesów, od początku podszytą strachem i tragizmem obu postaci. W relacji z kobietą Napoleon okazuje się słabym a zarazem niedojrzałym i zagubionym mężczyzną, szukającym w życiu namiastki ukojenia. Z kolei Józefina swoje nieszczęście i brak miłości wobec męża „łagodzi zdradami z kolejnymi kochankami”. Wyznania miłości przez parę są jedynie pustosłowiem oraz „niszczącym teatrem obłąkanych”. Czego obrazem są sceny nieczułego mechanicznego seksu, i uprzedmiotowiające zachowania Napoleona wobec żony.

Na pochwałę zasługuje gra Joaquina Phoenixa. Za pomocą gestów oraz mimiki aktor starał się ukazać zarys portretu psychologicznego postaci. W pamięci widza pozostanie wyraz twarzy Napoleona z nieustanną melancholię i pewną dozą nieobecności. Aktorowi udało się ukazać mechanizm kompensowania sobie wewnętrznej samotności Napoleona, poprzez podporządkowanie całego swojego życia zdobyciu próżnej chwały.  Film nieco ratują sceny batalistyczne. Reżyser oddał plastycznie kadry wojenne przedstawiając przerażające, wręcz namacalne rany i żołnierzy ginących „w morzu krwi”, co nadaje ekranizacji więcej dynamiki. 

Prawda, tyż prawda, i prawda Scotta oraz Scarpy

Mimo, to film jest katastrofalny w warstwie historycznej. Reżyser Ridley Scott i scenarzysta David Scarpa wykazują się arogancją i niewiedzą. Ekranizacja jest pełna błędów faktograficznych, chronologicznych i skrótów. Napoleon nie był świadkiem egzekucji Marii Antoniny. Nie zniszczył całej floty brytyjskiej pod Tulonem. Nie strzelał do piramid, nie mierzył w kierunku kobiet i dzieci na ulicach Paryża, tylko w uzbrojony tłum. Jego rozwód z Józefiną miał miejsce po wojnie z Austrią, a nie przed podpisaniem traktatu z Tylży. O śmierci Józefiny Napoleon dowiedział się nie po powrocie z Elby w marcu 1815 r., ale jeszcze na tej wyspie, z gazety w czerwcu 1814 r. Okopy pod Waterloo odpowiadają raczej wydarzeniom o sto lat późniejszym, z czasów I wojny światowej. Artyleria strzela na gigantyczne odległości. Żelazne kule po trafieniu w ziemię eksplodują jak współczesne pociski z głowicami, a kawaleria łamie szyk w szarży i galopuje przez linię piechoty. 

Scenariusz jest schematyczny i brakuje mu głębi. Poza scenami wojennymi dialogi są nużące. Śmiesznie brzmią też aktorzy odgrywający Francuzów, którzy mówią czystą angielszczyzną. W scenariuszu zupełnie pominięto ogromny dorobek Napoleona. Wszak rewolucja francuska dała początek nowym systemom prawnym, administracyjnym, społecznym, którym formę nadał Bonaparte. A  przecież te zmiany kształtują Europę po dziś. Twórcy całkowicie przemilczeli ten wątek. Napoleon w rzeczywistości, był człowiekiem niezwykle światłym i otwartym. W ekranizacji zaś został przedstawiony jako żądny krwi i sławy karierowicz. W filmie Scott ledwie zasygnalizował, że Napoleon zabrał ze sobą do Egiptu 150 naukowców, którzy badali starożytną cywilizację i dali początek egiptologii.

Echa po premierze

Prof. Dariusz Nawrot z Uniwersytetu Śląskiego, historyk i znawca epoki napoleońskiej podzielił się swoimi ostrymi spostrzeżeniami w Polskim Radiu:

„Ridley Scott stara się świadomie zniszczyć legendę Napoleona i powiela bezrefleksyjnie XIX-wieczną brytyjską propagandę, na czele ze słynnym kłamstwem o niskim wzroście Bonapartego (miał 168,7 cm, czyli był średniego wzrostu jak na ówczesne standardy. Wzrost Fryderyka II wynosił 157 cm). Głupoty, które pokazano w tym filmie i mówię to z pełną odpowiedzialnością wołają o pomstę do nieba. Komuś, kto nie zna realiów epoki, sceny te mogą się spodobać, ale ja oglądałem je z zażenowaniem”. 

Na filmie nie zostawiają „suchej nitki” także wpływowe media zagraniczne. Recenzja w „Le Figaro” kończy się stwierdzeniem, że film mógłby nosić tytuł „Barbie i Ken w imperium”. „French GQ” opisało go jako nienaturalny oraz głęboko i niezamierzenie niezdarny. Natomiast „Le Point” określiło „Napoleona” jako ekranizację probrytyjską i bardzo antyfrancuską. 

BBC poprosiło Scotta o komentarz. Reżyser, który słynie z ciętego języka, odpowiedział krótko:

„Francuzi nie lubią nawet samych siebie. Publiczność, której pokazałem film w Paryżu, pokochała go”.  Odpowiedział również historykom, którzy wskazywali na nieścisłości w fabule filmu. „Byłeś tam? A, nie było cię tam, więc skąd wiesz, jak było?” – drwił Scott.

Jest prawdopodobne, że przez najbliższe lata film zakończy temat Napoleona w kinie, a ekranizacja zdominuje obraz cesarza Francuzów w wyobraźni społecznej.

 

NAPOLEON - Official Trailer (HD)
Sony Pictures Entertainment
« 1 »

reklama

reklama

reklama