Nadzieja dla Irlandii, nadzieja dla Polski. Nawet w zateizowanym kraju konserwatyści mogą wygrać

Niektórzy twierdzą, że irlandzkie referendum zakończyło się porażką, bo pytania były złe. Zgadza się, ale nie chodzi o sformułowania, lecz o treść.

Wyniki irlandzkiego referendum zaskoczyły wszystkich – zwolenników i przeciwników zmian w konstytucji. Początkowo tłumaczono je niską frekwencją, ale okazało się, że nie wyniosła ona 30 proc., jak podawano, ale 45 proc. – nie była zatem najgorsza. Później pojawiły się komentarze przypominające analizy polskich ekspertów po Mundialu – właściwie wszystko było nie tak, ale gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka… W tym wypadku winne miały być źle sformułowane pytania, słaba kampania referendalna, albo błędy polityków promujących głosowanie na tak. Każda z tych kwestii miała pewne znaczenie, ale nie tłumaczy, dlaczego Irlandczycy zagłosowali na nie.

Nie ma niczego zaskakującego w tym, że wszyscy są zaskoczeni. Naprawdę można było się spodziewać innego wyniku. Irlandia, niegdyś kraj wzorcowo katolicki, w ciągu kilku dekad mocno się zlaicyzowała.

Spadł odsetek ludzi chodzących do kościoła, liczba księży, a jeszcze bardziej seminarzystów, dzietność (pod koniec lat 60. statystyczna matka miała czworo dzieci, dziś mniej niż dwoje) itp. Wiele osób wiąże to z serią skandali pedofilskich, które wybuchły w irlandzkim Kościele i przez lata były lekceważone przez hierarchów. W rzeczywistości ateizacja zaczęła się sporo wcześniej, a skandale jedynie ją wzmocniły; niewątpliwe jest to, że zaszła daleko.

W ostatnich latach przeprowadzono dwa referenda w sprawie wprowadzenia w konstytucji zmian dotyczących spraw obyczajowych. Oba wygrała opcja postępowa – w 2015 r. większość Irlandczyków poparła ustanowienie ślubów jednopłciowych, a 3 lata później mieszkańcy wyspy zagłosowali za legalnością aborcji.

W dodatku coraz bardziej liberalne są kolejne pokolenia Irlandczyków. W przypadku tych najstarszych przeciw aborcji opowiedziało się 60 proc., a wśród najmłodszych poparcie mocno przekraczało 80 proc. (przynajmniej w sondażach). Kolejne progresywne zmiany wydawały się więc nieuniknione. Dlaczego tym razem wygrała opcja konserwatywna?

Można też odwrócić to pytanie: a dlaczego mieliby zagłosować za zmianami? Podczas referendum pytano np. o to, czy usunąć z konstytucji przepis brzmiący: „matki nie będą zmuszone przez konieczność ekonomiczną do angażowania się w pracę, zaniedbując swoje obowiązki w domu”. Co jest złego w tym stwierdzeniu?

Zdaniem forsującego zmianę byłego premiera Leo Varadkara takie słowa to seksizm, ale w rzeczywistości przepis daje ochronę ekonomiczną kobietom, jeśli chcą zostać w domu – i tyle. Nie utrudnia nikomu podjęcia kariery zawodowej. Irlandki pracują tak samo, jak Hiszpanki, Polki, albo jak Irlandczycy.

Nikt nie ma interesu w tym, żeby w imię ideologii zdejmować z siebie prawną ochronę, nawet jeśli byłoby tym zachwyconych kilka „fachowczyń” od dekonstruowania patriarchalnego języka. Politycy najwyraźniej nie byli tego świadomi. Wszystkie główne partie popierały zmianę, więc brakowało kogoś, kto uświadomiłby im, że żyją w bańce. Wyglądało to tak, jakby ktoś bardzo chciał rozwiązać problem, ale nie wiedział jaki, więc wymyślił patriarchat w konstytucji.

Można zatem powiedzieć, że zwolennicy zmiany prawa, którzy twierdzą, że zawiniły pytania referendalne mają rację. Tyle tylko, że nie chodzi o sformułowania, ale o treść.

Powodów z pewnością było więcej. Zawiedzeni zwolennicy zmian mają zapewne nieco racji, gdy tłumaczą porażkę tym, że Irlandczycy chcieli zagłosować przeciwko całej klasie politycznej. Warto też pamiętać, że poprzednie referenda były po prostu inne.

O aborcję, za którą głosowano w 2018 r. walczyły przez przez całe dekady lewicowe organizacje czy kolorowe pisma (brytyjskie przychodnie reklamowały się w „Cosmopolitan”, póki nie zakazał tego sąd). Z kolei w przypadku ślubów jednopłciowych łatwo powiedzieć sobie: „nie moja sprawa, ale jeśli ktoś tego potrzebuje, to dlaczego mu zabraniać?”. W przypadku tematyki ostatniego referendum nie było ani kampanii porównywalnej z tą aborcyjną, ani przekonania wyborców, że temat ich nie dotyczy.

Wyniki referendum mogą też dawać nadzieję, że nie wszystko w Irlandii jest stracone – sytuacja może się poprawiać, a może nie jest aż tak zła, jak się wydawało.

Głosowanie może też stanowić memento dla zwolenników referendum aborcyjnego w Polsce. Skoro w bardziej zateizowanym kraju mogą wygrać konserwatyści, to nad Wisłą tym bardziej. Zresztą polska lewica chyba to wie, bo w przeciwieństwie do swoich kolegów z Trzeciej Drogi wcale się do ogólnokrajowego głosowania nie pali.

« 1 »

reklama

reklama

reklama