Przed laty ukradł dzieła van Gogha. Później nawrócił się na katolicyzm dzięki żonie muzułmance

Szczupły mężczyzna w wieku 67 lat, krótko ostrzyżony, o smagłej twarzy i uważnym spojrzeniu, spokojny i czujny w obejściu. Przed 35 laty kustosz muzeum, które okradł, mówił o nim jako o najgorszym terroryście, a skok na Muzeum van Gogha w Amsterdamie, który zaplanował i przeprowadził, postawił na nogi całą policję Holandii. Dziś opowiada historię swego niezwykłego nawrócenia.

Roy Peters jest teraz emerytem, który odsiedział wyrok, wyszedł z nałogów, nawrócił się i jedyne, czego pragnie, to opowiadać ludziom o swojej drodze do Boga. Spotykam się z nim w Warszawie, dokąd przyjechał rozmawiać o wydaniu swojej książki, która najprawdopodobniej ujrzy światło dzienne najpierw w Polsce, a dopiero potem w jego rodzinnej Holandii. „U nas ludzie nie chcą słuchać o nawróceniach i o Bogu” – mówi z nutą smutku.

Jedna z wytwórni filmowych chciała wykupić prawa do opowiedzenia jego historii, ale nie zamierzała o ogóle poruszać wątku duchowego.

„Interesowały ich wyłącznie sensacje i moje przeżycia jako przestępcy, a nie sprawy duchowe, a to z kolei mnie nie interesowało” – powiedział mi.

Nadzieję dostrzega w duchowym rozbudzeniu, jakie można było ostatnio zobaczyć w czasie wizyty Leona XIV we Francji.

„Wisiał nade mną cień wojny”

Peters pochodzi z rodziny, którą określa jako nie tyle niereligijną, co wręcz „antyreligijną”. Jego rodzice mieli w czasie okupacji niemieckiej po kilkanaście lat i zaangażowali się w ruch oporu. Jego matka została aresztowana i była torturowana w więzieniu w Scheveningen. Kilkadziesiąt lat później on odbywał część swojej kary w tym samym kompleksie i odwiedziny u syna były dla niej trudnym przeżyciem. „Powiedziałem jej, że wiem, co to dla niej znaczy i, że nie musi przyjeżdżać, ale przyjechała” – powiedział. Oboje rodzice mieli do Boga ogromne pretensje za to, co ich spotkało w czasie wojny: „Matka pytała, gdzie był Bóg, jak mnie torturowano?”. Przy rodzinnym stole ciągle trwały rozmowy o okupacji: „Wisiał nade mną cień wojny”.

Roy nie został ochrzczony, poprosił o chrzest, gdy miał ponad 50 lat, ale przedtem odbył długą drogę przez traumy i uzależnienia. Studiował na uniwersytecie w czasie, gdy w Amsterdamie trwały zamieszki radykalnej młodzieży, został członkiem grupy anarchistycznej, współpracował ze squattersami, protestował przeciwko amerykańskim rakietom i energii nuklearnej. W pewnym momencie, gdy jedna z grup podpaliła tramwaj, z którego nie byli w stanie wydostać się ludzie, przestało mu się to podobać i odszedł.

Świadek zamachu

W jego rodzinie nie było żadnych żydowskich korzeni, ale zdecydował się wyjechać do Jerozolimy, gdzie zamieszkała jego siostra, której mąż tam studiował. Spotkał piękną dziewczynę, zakochał się i był szczęśliwy, choć jak powiedział, „Jerozolima, gdy się w niej mieszka, jest zupełnie niepodobna do miasta, do którego się przyjeżdża jako turysta na wakacje”. Uczył się języka i pracował jako sprzedawca, ale odczuwał, że nie jest u siebie: „Rodzice Diny czuli, że nie będzie ze mnie żołnierza” – mówi. Tam przeżył coś, co załamało go psychicznie. W 1984 r. był świadkiem zamachu terrorystycznego przy King George Street – jak arabscy zamachowcy strzelają do ludzi. Z bliska widział, jak pocisk wystrzelony przez jednego z broniących się Izraelczyków trafia w głowę zamachowca i tryska z niej krew. Wrażenie było tak silne, że zemdlał. Wrócił do kraju bez swojej dziewczyny jako człowiek pozbawiony życiowej busoli.

„Myślałem, że jestem przegrywem”

Zaczął studia na wydziale nauk politycznych i przymierzał się do napisania pracy magisterskiej zgłębiającej problem, dlaczego inwestycje publiczne kosztują wielokrotnie więcej niż planowano. „Bardzo praktyczny temat” – uśmiecha się – „pasował do mojego sposobu myślenia”. Prędko jednak dopadł go syndrom związany z traumą, jakiej doświadczył w Jerozolimie: „Nie mogłem się skupić, nie byłem w stanie zapamiętywać. Studiowałem jeszcze dwa lata, ale to nie miało sensu”.

„Wtedy pomyślałem, że nic w moim życiu nie działa i powiedziałem sobie, że chcę zostać przestępcą” – mówi. Dopytywany, czy to była świadoma decyzja odpowiada, że tak:

„Myślałem, że jestem przegrywem i tylko tak będą mnie szanować. To był wybór człowieka niestabilnego psychicznie”.

Gra futbolówką w muzeum

Zaczął żyć z kradzieży, dużo pił, palił marihuanę, co było w Amsterdamie zwyczajne, korzystał z usług prostytutek i przepuszczał pieniądze w kasynach. „Wtedy czułem, że jestem spoko facetem” – mówi. Nawiązali komunikację z mafią zajmującą się handlem narkotykami, której dostarczał skradzione w hurtowniach farmaceutycznych komponenty. „I wtedy jeden z moich kolegów, który był akurat w więzieniu zapytał mnie, czy przymierzyłbym się do kradzieży obrazów van Gogha. Powiedziałem, że się rozejrzę” – mówi.

Gdy go pytam, czy lubi malarstwo Vincenta Van Gogha, potwierdza i dodaje, że nie tylko jego. Wiele razy odwiedzał amsterdamskie muzea i galerie: Rijksmuseum, Staedelijk. Wiedział, co miał ukraść. Zatrudnił się w firmie ochroniarskiej i poznał ludzi ochraniających Muzeum Vincenta van Gogha. „Technicznie jego ochrona była perfekcyjna – mówi. – Ale prawdziwym słabym punktem był czynnik ludzki”. Ochroniarze często wyłączali system alarmowy, gdy lokalne bistro dostarczało im jedzenia, albo kiedy chcieli zagrać w piłkę w salach muzealnych. Pytam z niedowierzaniem, czy rzeczywiście grali tam prawdziwą futbolówką, a Peters potwierdza: „Dwa razy nawet ze ściany spadł obraz, jak go trafili piłką”.

Kupić wolność za 20 obrazów

Opracował plan, który był łatwy w realizacji, ale nie przewidywał problemów z upłynnieniem towaru. Chcieli go sprzedać jednemu z bossów mafii narkotykowej, która dostarczała towar do Holandii z Surinamu. Ten człowiek, który był  wojskowym watażką, odsiadywał wyrok w holenderskim więzieniu i wyobrażał sobie, że może kupić wolność w zamian za 20 obrazów jednego z najsłynniejszych malarzy okresu impresjonizmu. Okazało się to być mrzonką i po niewielu godzinach policja znalazła samochód z dziełami sztuki. W krótkim czasie wszyscy uczestnicy skoku zostali aresztowani. Był rok 1991, Roy Peters został skazany na 7 lat więzienia.

„W więzieniu postanowiłem, że zmienię swoje życie, że już nie będę kryminalistą, że to nie ma sensu. Rozmawiał ze mną więzienny psycholog, ksiądz katolicki, oni mi pomogli” – mówi.

Gdy wyszedł z więzienia nauczył się fachu pracownika socjalnego i pracował z dziećmi, z ludźmi niepełnosprawnymi, z osobami w podeszłym wieku. Jednocześnie intensywnie pił i palił marihuanę. Znalazł się na krawędzi: „To mnie omal zniszczyło. W szpitalu powiedzieli mi, że jak nie przestanę, to w kilka tygodni umrę”. Poszedł na odwyk, po nim jeszcze kilka razy wracał do picia i wreszcie po ataku paniki przystał do programu 12 kroków i od tego czasu pozbył się nałogów. Nie pali i nie pije.

Dać ludziom koło ratunkowe

Ostatnim krokiem odnowy jego życia była wiara, która przyszła do niego w sposób całkowicie nieoczekiwany.

„W 2011 roku kobieta, z którą żyłem, teraz moja żona, powiedziała mi, żebym w niedzielę poszedł do kościoła. Zlekceważyłem to, ale ona powtórzyła to za tydzień i w końcu poszedłem. Poszedłem do starego kościoła, w którym celebrowano mszę łacińską i to mnie porwało. Poczułem, że to jest moje miejsce, że tam przynależę. Po mszy poszedłem do księdza i zapytałem, jak mogę zostać katolikiem”.

Został przyjęty na kurs dla katechumenów i w Wielkanoc 2012 roku został ochrzczony:

„Fizycznie poczułem, że spływają ze mnie wszystkie moje przeszłe grzechy. To było dojmujące. Poczułem, że od tej pory nie moja wola, lecz Jego ma się stawać. Pojawił się nowy Roy. I on może zaświadczyć, że życie z Bogiem jest lepsze niż życie bez Boga”.

Kobieta, która sprawiła, że doszedł do tego momentu w życiu, nie była katoliczką ani nawet chrześcijanką, lecz muzułmanką z Maroka. Pytam, czemu to zrobiła i otrzymuję odpowiedź, że chciała, aby w jego życiu pojawiła się wiara i czuła, że Kościół katolicki jest dla niego najlepszy. Ona pozostała muzułmanką, ale na uroczystość jego chrztu przyszła do kościoła: „Przed kościołem zdjęła buty na znak szacunku, jak z meczecie” – uśmiecha się Roy z wdzięcznością.

Pomagała mu przetrwać trudny okres pisania książki o jego życiu i nawróceniu, gdy powróciły wszystkie traumy i demony przeszłości: „Miałem koszmary nocne, spadałem z łóżka, budziłem się z przerażeniem, a ona była przy mnie”.

Roy Peters mówi, że chce, aby jego książka służyła innym ludziom, którzy się zagubili, żeby pokazywała im, że można poukładać swoje życie:

„Jest wolą Bożą, żebym pokazał ludziom swoją drogę, żebym dał im koło ratunkowe. Nawet, jak są kryminalistami, alkoholikami, gdy mają problemy psychiczne. Żebym pokazał im, że mają szukać Boga i nawiązać z nim osobistą więź. I będzie dobrze”.

Źródło: KAI

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« ‹ 1 › »