Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Gilbert Keith Chesterton


Człowiek, który był Czwartkiem



ISBN: 978-83-60335-09-3
wyd.: Wydawnictwo Fronda 2008



Spis treści
I. Dwaj poeci z Saffron Park7
II.Tajemnica Gabriela Syme'a19
III. Człowiek, który był Czwartkiem29
IV. Historia detektywa43
V. Uczta grozy55
VI. Zdemaskowanie65
VII. Niepojęte zachowanie profesora de Worms75
VIII. Profesor de Worms wyjaśnia85
IX. Człowiek w okularach101
X. Pojedynek119
XI. Przestępcy ścigają policjantów137
XII.Ś wiat w anarchii147
XIII. Pościg za prezesem167
XIV. Sześciu filozofów181
XV. Oskarżyciel195



Rozdział II

Tajemnica Gabriela Syme'a

Dorożka zatrzymała się przed wyjątkowo ponurym brudnym lokalem, do którego Gregory spiesznie wprowadził swego towarzysza. Siedli w dusznej i mrocznej salce za barem, przy poplamionym stole, osadzonym na jednej jedynej drewnianej nodze. Było tu tak ciasno i ciemno, że gdy zbliżył się wezwany kelner, Syme dostrzegł tylko niewyraźną brodatą i masywną postać.

—Zechce pan zjeść lekką kolację? — spytał uprzejmie Gregory. — Pâté de foie gras nie jest tu najlepsze, lecz dziczyznę mogę śmiało polecić.

Syme przyjął te uwagi niewzruszenie, przekonany, że są to żarty. Dostrajając się do tonu rudowłosego poety, odpowiedział ze swobodą światowca.

—Och, wystarczy mi homar w majonezie.

Ku jego nieopisanemu zdziwieniu kelner odparł rzeczowo: „Słucham pana” — i oddalił się, jak gdyby naprawdę zamierzał przynieść zamówione danie.

—Co pan wypije? — podjął Gregory tym samym co poprzednio tonem, niefrasobliwym, a zarazem jakby trochę usprawiedliwiającym. — Co do mnie, każę podać sobie jedynie créme de menthe. Jestem już po obiedzie. Ale tutejszy szampan zasługuje na zaufanie. Pozwoli pan, że zamówię chociaż pół butelki Pommery dla pana?

—Dziękuję — rzekł bez zmrużenia oka Syme — pan jest doprawdy bardzo uprzejmy.

Dalsze próby rozmowy, podejmowane dość chaotycznie, przecięte zostały niby uderzeniem pioruna pojawieniem się homara na stole. Syme skosztował go i stwierdził, że ma wyborny smak. Zabrał się więc do jedzenia żwawo i z wielkim apetytem.

—Wybaczy pan, że nie ukrywam przyjemności — powiedział z uśmiechem — ale nieczęsto zdarza się równie miły sen. Po raz pierwszy w mym życiu koszmar jest wstępem do homara, zwykle bywało odwrotnie.

—Zapewniam pana, że pan nie śni — rzekł Gregory. — Przeciwnie, zbliża się dla pana moment najbardziej autentycznej i wstrząsającej jawy. Ale oto pański szampan. Trzeba przyznać, że istnieje pewna rozbieżność między wewnętrzną organizacją tej doskonałej restauracji, a jej prostymi, pozbawionymi blichtru pozorami. W tym właśnie przejawia się nasza skromność. Jesteśmy bowiem najskromniejszymi ludźmi pod słońcem.

—A któż to jest „my”? — spytał Syme wychylając kielich szampana do dna.

—Jasne — odparł Gregory — „my” to anarchiści, w których powagę pan nie wierzy.

—Ooo! — rzekł tylko Syme. — Trunki macie rzeczywiście dobre.

—Trunki, jak wszystko, traktujemy poważnie — powiedział Gregory. I po krótkim milczeniu dodał: — Jeżeli za chwilę stolik zacznie się kręcić, niech pan tego nie składa na karb szampana i swojej słabej głowy. Nie chciałbym, aby pan niesłusznie się oskarżał.

—Ano, jeżeli się nie upiłem, to zwariowałem — odpowiedział Syme z niezmąconym spokojem. — Mam jednak nadzieję, że w każdym z tych dwóch wypadków potrafię się zachować jak przystało dżentelmenowi. Czy wolno zapalić?

—Oczywiście — rzekł Gregory wyciągając cygarnicę. — Może pan spróbuje moich cygar?

Syme wyjął z kieszonki kamizelki specjalny nożyk, obciął koniec cygara i wetknął je w usta, po czym zapalił i z wolna wypuścił długą smugę dymu. Trzeba mu oddać sprawiedliwość, że wszystkich tych czynności dokonywał z całym spokojem, jakkolwiek w tej samej chwili stolik zaczął się obracać, z początku wolno, potem coraz szybciej, wirując jak na seansie spirytystycznym.

—Niech się pan nie przejmuje — wyjaśnił Gregory. — To tylko śruba.

—Ach, tak! — odparł niewzruszenie Syme. — Śruba! Jakież to proste!

W minutę później dym cygara, dotychczas snujący się po sali w wężowych skrętach, wystrzelił w górę niby z komina fabrycznego, a dwaj poeci wraz z krzesłami i stolikiem zapadli się pod podłogę, jakby ich ziemia pochłonęła. Gwałtownie jak winda, gdy zerwie się lina, spadali w dół pionowym szybem, aż wreszcie osiedli znienacka na dnie. Kiedy Gregory otworzył jakieś drzwiczki i w podziemiu zabłysło czerwone światło, ujrzał, że Syme pali nadal cygaro, siedzi spokojnie, założywszy nogę na nogę, i ani jeden włos nie zjeżył mu się na głowie ze strachu.

Gregory poprowadził towarzysza niskim, sklepionym korytarzem ku widocznemu w głębi światłu. Padało ono z czerwonej latarni, wielkiej jak palenisko kominka i zawieszonej nad małymi, lecz bardzo masywnymi drzwiami z żelaza. Gregory zapukał pięciokrotnie do wprawionego w te drzwi judasza czy też zakratowanego okienka. Niski głos cudzoziemskim akcentem zapytał o nazwisko, na co Gregory udzielił dość nieoczekiwanej odpowiedzi: „Joseph Chamberlain!” Było to widocznie umówione hasło, bo ciężkie zawiasy poruszyły się natychmiast.

Za żelaznymi drzwiami ściany korytarza lśniły, jakby je obito stalową siatką. Przyjrzawszy się bliżej, Syme stwierdził, że błyszczący wzór ułożony jest z karabinów i rewolwerów, ułożonych ciasno jedne nad drugimi.

—Wybaczy pan te wszystkie formalności — rzekł Gregory. — Musimy tu ściśle przestrzegać pewnych przepisów.

—Niech się pan nie usprawiedliwia — odparł Syme. — Znam wasze namiętne zamiłowanie do prawa i porządku!

To rzekłszy ruszył naprzód tunelem wytapetowanym bronią palną. Ze swymi długimi, jasnymi włosami i aż nazbyt modnym surdutem Syme wydawał się szczególnie wątły i nierealny, gdy tak szedł przez ów lśniący gościniec śmierci.

Minęli jeszcze kilka podobnych korytarzy, nim wreszcie stanęli w progu osobliwej stalowej jaskini o zaokrąglonych ścianach, niemal kulistej w kształcie, przypominającej amfiteatralną salę wykładową z rzędami ławek. Nie było tu karabinów ani rewolwerów, lecz na ścianach wisiały jakieś mniej pospolite, a bardziej jeszcze złowrogie przedmioty, jakby cebulki żelaznych roślin czy też jaja żelaznych ptaków. Były to bomby, a cała sala wyglądała jak wnętrze olbrzymiej bomby. Syme wchodząc otrząsnął o ścianę popiół z cygara.

—A teraz, drogi panie — powiedział Gregory siadając z rozmachem na ławce pod największą bombą — w tym zacisznym miejscu możemy porozmawiać spokojnie. Niestety, żadne słowo nie da panu właściwego pojęcia o tym, dlaczego pana tutaj przyprowadziłem. Zrobiłem to pod wpływem nieodpartego impulsu, tak jak się skacze do wody albo ulega urokom miłości. Wystarczy więc, jeśli panu powiem, że był pan irytujący ponad wszelki wyraz, a muszę przyznać, że nie przestał mnie pan irytować dotychczas. Gotów byłem złamać dwadzieścia przysiąg i zdradzić każdą tajemnicę dla samej przyjemności zmuszenia pana do zmiany tonu. Sposób, w jaki pan zapala cygaro, przywiódłby nawet księdza do złamania pieczęci spowiedzi. Pan oświadczył z wielką pewnością siebie, że nie jestem anarchistą na serio. Czy to miejsce nie wydaje się panu dostatecznie poważne?

—Mam wrażenie, że miejsce to pod wesołymi pozorami kryje rzeczywiście pewien morał — odparł Syme. — Jeśli pan pozwoli, chciałbym zadać dwa pytania. Może mi pan odpowiedzieć na nie bez obawy, ponieważ, jak pan oczywiście pamięta, wymógł pan przezornie z góry przyrzeczenie, że nie doniosę o niczym policji. Dotrzymam słowa niezawodnie. Pytam jedynie z ciekawości. A więc po pierwsze: co to wszystko znaczy? Jaki jest wasz cel? Czy chcecie obalić rząd?

—Chcemy obalić Boga! — odparł Gregory, szeroko otwierając oczy płonące fanatyzmem. — Nie poprzestaniemy na zniesieniu kilku despotycznych instytucji i przepisów policyjnych. Owszem, istnieją anarchiści tego pokroju, ale to nic innego jak odmiana nonkonformizmu. My sięgamy głębiej i mierzymy wyżej. Nie uznajemy arbitralnie narzuconych ludzkości rozróżnień między występkiem a cnotą, uczciwością a oszustwem, tych rozróżnień, na których opierają się buntownicy pośledniejszej miary. Głupi sentymentaliści francuskiej rewolucji mówili o prawach człowieka! My nienawidzimy wszelkich praw, zarówno jak występku. My bowiem przekreślamy i prawo, i występek.

—I prawo, i lewo — dodał Syme z prostodusznym zapałem. — Mam nadzieję, że przekreślicie także prawicę i lewicę, one bowiem bardziej mi przeszkadzają niż wszystko inne.

—Wspomniał pan o drugim pytaniu — przeciął ostro Gregory.

—Zadam je panu jak najchętniej — rzekł Syme. — W całym pańskim zachowaniu i w tym otoczeniu widzę dążenie do tajemniczości przy zastosowaniu metod naukowych. Miałem ciotkę, która mieszkała nad sklepem, ale pierwszy raz w życiu spotykam ludzi przebywających dobrowolnie pod szynkiem. Macie tu ciężkie żelazne drzwi. Aby przez nie przejść, poddajecie się upokarzającej ceremonii i przedstawiacie nazwiskiem Chamberlaina. Otoczyliście się stalowymi przedmiotami, które nadają temu lokalowi charakter, że się tak wyrażę, bardziej imponujący niźli przytulny. Dlaczego więc, jeśli wolno spytać, zadając sobie tyle trudu, by zabarykadować się we wnętrznościach ziemi, jednocześnie wyjawia pan swój sekret ostentacyjnie byle kumoszce z Saffron Park?

Gregory uśmiechnął się na te słowa.

—Odpowiedź jest bardzo prosta — rzekł. — Powiedziałem już panu, że jestem na serio anarchistą, a pan temu nie uwierzył. Kumoszki z Saffron Park także w to nie wierzą. By je przekonać, musiałbym wszystkie przyprowadzić tutaj, do tej otchłani piekielnej.

Syme w zadumie palił cygaro i z zainteresowaniem przyglądał się rudowłosemu poecie. Gregory ciągnął dalej:

—Może zabawi pana historia, jak do tego doszedłem. Kiedy wstąpiłem do organizacji Nowych Anarchistów, próbowałem z początku rozmaitych czcigodnych masek. Najpierw więc przebrałem się za biskupa. Przeczytałem wszystkie anarchistyczne broszury o dostojnikach Kościoła, pamflety takie, jak: Wampir przesądu, Drapieżni kapłani i tym podobne. Na podstawie tych dzieł powziąłem przekonanie, ze biskupi to niezwykli, groźni starcy, ukrywający przed światem okrutne tajemnice. Lecz okazało się to omyłką. Gdy po raz pierwszy zjawiłem się w pewnym salonie ustrojony w biskupie kamasze i grzmiącym głosem huknąłem: „Ukorz się, pycho ludzkiego rozumu!” — wszyscy obecni natychmiast odgadli, że wcale nie jestem biskupem. Zdemaskowano mnie od razu! Wystąpiłem z kolei w roli milionera. Broniłem jednak kapitału tak inteligentnie, iż najgłupszy nawet spośród słuchaczy zorientował się bez trudu, że nie posiadam ani grosza. Potem próbowałem udawać majora. Chociaż osobiście wyznaję poglądy humanitarne, mam dość, jak sądzę, rozległe horyzonty umysłowe, żeby rozumieć postawę ludzi, którzy jak Nietzsche wielbią przemoc, ślepą, nieubłaganą walkę o byt i tak dalej; z pewnością zna pan te rzeczy. Wskoczyłem więc w skórę majora. Ustawicznie sięgałem do szabli, wymachiwałem nią i krzyczałem: „Krwi!” — jak inni wołają: „Wina!”. Powtarzałem często: „Słabi muszą zginąć, to prawo natury!”. Ale cóż, okazało się, że prawdziwi majorzy wcale się tak nie zachowują. Znowu mnie przyłapano na maskaradzie. W końcu, zrozpaczony, udałem się do prezesa Centralnej Rady Anarchistów, największego człowieka Europy.

—Jak się ten wielki człowiek nazywa? — spytał Syme.

—Nazwisko nic by panu nie powiedziało — odparł Gregory. — Na tym właśnie polega jego wielkość. Cezar i Napoleon wysilali swój geniusz, by zdobyć rozgłos, toteż świat o nich słyszał. On używa swojego geniuszu na to, by się ukryć, więc nikt nic o nim nie wie. Gdyby pan jednak zetknął się z nim, po pięciu minutach już by pan zrozumiał, że Cezar i Napoleon to małe dzieci w porównaniu z tym człowiekiem.

Gregory pobladł i umilkł na chwilę, po czym podjął znowu:

—Jego rady są zawsze dowcipne jak epigramat, a zarazem rzeczowe jak Bank Angielski. Zapytałem go: „Jakie przebranie ukryje mnie najskuteczniej przed światem? Któż wzbudzi większe zaufanie niż biskup czy major?” Zwrócił do mnie swoją wielką, nieodgadnioną twarz: „Potrzeba ci nieprzeniknionej maski? Stroju, w którym wydałbyś się całkowicie nieszkodliwy? Szaty, pod którą nikomu nie przyjdzie na myśl szukać bomby?” Skinąłem głową. Wtedy on podniósł głos potężny jak ryk lwa: „Przebierz się za anarchistę, głupcze!” — zagrzmiał, aż ściany zadrżały w pokoju. — „Nikt wówczas nie posądzi cię o niebezpieczne zamiary”. I odwrócił się ukazując mi swoje szerokie plecy. Nie dodał już ani słowa. Posłuchałem tej rady i nigdy tego nie żałowałem. Dniem i nocą domagałem się rozlewu krwi i rzezi, a kobiety słuchały mnie i — na Boga! — gotowe były powierzyć mi pod opiekę wózki z niemowlętami.

Syme patrzał na niego z wyrazem szacunku w dużych niebieskich oczach.

—Ja też dałem się oszukać — rzekł. — To rzeczywiście bardzo sprytny pomysł. — Po chwili dodał: — Jak nazywacie tego waszego potężnego prezesa?

—Nazywamy go Niedzielą — odparł z prostotą Gregory. — Centralna Rada Anarchistów składa się z siedmiu członków, a każdy z nich nosi imię jednego z dni tygodnia. Przewodniczący
nazywa się Niedziela, niektórzy jego czciciele dodają niekiedy epitet: Krwawa Niedziela. Dobrze się złożyło, że pan o to zapytał, bo właśnie dzisiaj, w dniu, gdy pan, że się tak wyrażę, wpadł tutaj, nasza londyńska sekcja ma wybrać swego przedstawiciela na zwolnione miejsce w Radzie. Człowiek, który od dłuższego czasu pełnił — należycie i ku powszechnemu zadowoleniu — trudne obowiązki Czwartka, umarł nagle. Zwołaliśmy na dzisiejszą noc zebranie, żeby dokonać wyboru następcy.

Gregory wstał i zaczął się przechadzać po sali z nieco wstydliwym uśmieszkiem.

—Chwilami czuję do pana ufność niemal synowską — powiedział niedbałym tonem. — Przyrzekł pan nie powtórzyć moich zwierzeń, mogę więc mówić z panem otwarcie. Toteż powiem panu coś, czego bym tak bez obsłonek nie wyznał żadnemu z towarzyszy anarchistów, którzy zbiorą się tu za dziesięć minut. Odbędą się formalne wybory, lecz wynik ich jest właściwie z góry przesądzony. — Gregory spuścił skromnie oczy. — Jest niemal pewne, że to ja zostanę Czwartkiem.

—Drogi panie! Winszuję! — z zapałem krzyknął Syme. — Toż to kariera!

Gregory zaprotestował uśmiechem i chodząc po sali mówił trochę nerwowo dalej:

—Wszystko już dla mnie przygotowane, o, tu, na stole. Ceremonia będzie krótka.

Za jego przykładem Syme także podszedł do stołu. Leżała na nim laska, kryjąca — jak się okazało po dokładniejszym zbadaniu — ostrze szpady, obok zaś duży rewolwer marki Colt i puszka na sandwicze oraz ogromna flacha wódki. Przez poręcz stojącego przy stole krzesła przewieszony był ciężki płaszcz czy może peleryna.

—Po zakończeniu formalności — ciągnął z ożywieniem Gregory — okrywam się płaszczem, biorę do ręki laskę, chowam resztę rekwizytów do kieszeni i wychodzę drzwiami, które z tego podziemia prowadzą na sam brzeg rzeki. Czeka tam na mnie mały parowiec i od tej chwili... Ach, od tej chwili zacznie się radosne szaleństwo, będę Czwartkiem!

Gregory w uniesieniu splótł dłonie. Syme, który zdążył już usiąść na poprzednim miejscu i przybrać zuchwale niedbałą pozę, teraz zerwał się na równe nogi z miną wbrew zwyczajom bardzo niepewną.

—Dlaczego — spytał z wahaniem w głosie — wciąż mam wrażenie, że pan jest zupełnie przyzwoitym człowiekiem? Dlaczego czuję do pana tak zdecydowaną sympatię? — Umilkł i po namyśle dokończył tonem, w którym dźwięczała rozbudzona na nowo ciekawość: — Chyba dlatego, że z pana taki skończony osioł! — Znowu przerwał i zastanawiał się chwilę, wreszcie wykrzyknął: — Tam do licha! Nigdy w życiu nie byłem w równie zabawnym położeniu, muszę więc zachować się odpowiednio do okoliczności. Panie Gregory, nim tu przyszliśmy, złożyłem panu pewną obietnicę. Dotrzymam słowa, choćby mnie szarpano rozpalonymi kleszczami. Czy zechce pan dać mi nawzajem słowo, gwarantujące moje osobiste bezpieczeństwo?

—Słowo? — powtórzył zdziwiony Gregory.

—Tak — poważnie odparł Syme. — Ja przysiągłem na Boga, że nie wydam pańskiego sekretu policji. Czy zgodzi się pan przysiąc na Ludzkość czy na cokolwiek, w co pan wierzy, że nie zdradzi pan mojej tajemnicy anarchistom?

—Tajemnicy? — spytał Gregory otwierając szeroko oczy ze zdumienia. — A więc pan także ma jakąś tajemnicę?

—Owszem — rzekł Syme. — Mam własną tajemnicę. — Po chwili milczenia spytał znowu: — Czy zechce pan przysiąc?

Gregory przez czas jakiś przyglądał mu się w skupieniu, wreszcie odparł szorstko:

—Pan mnie chyba zaczarował. Nie rozumiem, dlaczego bardzo interesuje mnie wszystko, co pana dotyczy. Dobrze więc, przysięgam, że nie zdradzę anarchistom tego, co pan mi powie. Ale niech się pan spieszy, bo oni zjawią się tu lada chwila.

Syme wstał z wolna i wsunął smukłe, białe dłonie w kieszenie długich, szarych spodni. Nieomal w tym samym momencie rozległo się pięciokrotne kołatanie do żelaznej kraty w drzwiach, zwiastując przybycie pierwszego spiskowca.

—Hm... — zaczął bez pośpiechu Syme. — Nie wiem, jak najzwięźlej wyjaśnić, więc powiem tylko, że pomysł udawania nieszkodliwego poety nie jest wyłączną własnością pańską i tego pańskiego prezesa. My w Scotland Yardzie znamy tę sztukę od dawna.

Gregory chciał zerwać się z miejsca, lecz trzykrotnie siły go zawiodły.

—Co pan powiedział? — spytał nieludzko zmienionym głosem.

opr. aw/aw



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: poeta Londyn bunt anarchia policja manipulacja anarchista dezinformacja prowokacja agentura Saffron Park człowiek zwany czwartkiem Czwartek Lucjan Gregory Syme policjanci policja polityczna tajne operacje metaficzny moralitet brytyjskie służby sp