Prawda o Mieszku

Mieszko I - prawda miesza się z legendą. Czy był promotorem chrześcijaństwa, czy raczej okrutnym władcą, jednoczącym polskie ziemie przemocą i podbojem?

Prawda o Mieszku

Zjednoczył państwo polskie krwią i przemocą. Palił podbite grody, a ich mieszkańców przesiedlał albo sprzedawał w niewolę. Ale oceniając naszego pierwszego władcę, powinniśmy wreszcie wyjść z kręgu szkolnych wyobrażeń.

Pierwszy i najbardziej popularny z naszych władców jest jednocześnie władcą najmniej znanym. Wyjątkowo szczupłe i mocno niejasne źródła pozostawiają historykom szerokie pole do interpretacji. Mieszkowi przypisywano już niemalże wszystko, zarówno w kwestii jego pochodzenia, jak i oceny rządów: kreowano go już na wikinga i Wielkomorawianina, robiono zeń świętego, ale i zbrodniarza. Wypada tylko czekać, kto — wzorem angielskich biografów Szekspira — wpadnie na pomysł, że książę nigdy nie istniał i jest tylko personifikacją wczesnopiastowskich mitów dworskich.

Wydawałoby się, że mnogość publikacji o Mieszku zniechęcać powinna do formułowania oryginalnych nowych hipotez. Tymczasem każda kolejna próba rozważań nad jego biografią musi zdumiewać. Rola Mieszka nie polega bynajmniej na tym, że przed ponad tysiącem lat władca ten, „ot, tak sobie”, założył państwo polskie. Wszystko wskazuje na to, że nawet w rzędzie założycieli europejskich dynastii mamy do czynienia z kimś wyjątkowym.

Niecisław czy Dagobert?

Zacznijmy od imienia. Tutaj wypada zgodzić się z większością historyków, którzy wywodzą je od „Miecisława” („Mieszko”, jakiego znamy, jest zdrobnieniem, podobnie jak „Bolko” stanowi zdrobnienie „Bolesława”). Ale już o krok dalej wątpliwości rosną. Owo słowiańskie imię ma rzekomo oznaczać „miotającego sławą”. Dziwne porównanie. Czy nie trafniej i prościej byłoby mówić o „niecącym sławę”, tak jak „nieci się” płomień ogniska? W takim wypadku imię pierwszego władcy należałoby rekonstruować jako „Niecisław”. Ewolucyjna zamiana „n” na „m” lub odwrotna to zabieg nietrudny, przypomnijmy sobie, co stało się w polszczyźnie z „miedźwiedziem” przerobionym na „niedźwiedzia”.   

Kim zatem jest wystawca Dagome iudex, pierwszego znanego dokumentu w naszej historii? To niewątpliwie sam Mieszko, wszelkie próby robienia z niego kogoś innego, w świetle rzetelnej analizy rękopisu są skazane na niepowodzenie. Ale skąd to dziwne imię, skłaniające wielu do przypuszczenia, że protoplasta koronowanych Piastów miał normańskie pochodzenie? Otóż „Dagome” to najprawdopodobniej „Dagon” albo „Dago”, skrót od imienia Dagobert, chrzestnego imienia księcia Polan. Podobne imię Lamberta nosił przecież zarówno syn, jak i wnuk władcy. W obu wypadkach chodziło o świętych patronów z rodu Franków, czczonych w dalekiej Lotaryngii. Wskazuje to na kierunek, z którego przybyli misjonarze zaproszeni na dwór Mieszka, jacy ochrzcili jego i jego rodzinę. Ten gest budzi szacunek dla roztropności księcia, który — jak widać — robił wiele, by jako uczestnik europejskiej Christianitas uniezależnić się od niemieckich sąsiadów, cesarza i zaborczych hrabiów późniejszej Marchii Brandenburskiej.  

Państwo książęce

Pisanie o niespodziankach, jakie sprawia nam lektura Dagome iudex, przekracza ramy tego tekstu, wspomnę tylko o najważniejszych. Najwięcej zamętu robi tutaj pokraczne nieco słowo „schinesghe”, zapisane przez skrybę średniowiecznej kancelarii. Jak dotąd w nauce polskiej dominowało wyjaśnienie, że „civitas schinesghe” oznacza „miasto Gniezno”. Nie wydaje się to przekonujące: zapisać nazwę tego miasta nie jest trudno po łacinie, a dworscy kanceliści naprawdę nie byli idiotami. Widać, że piszący bardzo starał się wiernie oddać obce sobie słowiańskie słowo. Pamiętajmy że „civitas” w tym wypadku oznaczało również „państwo”. Może więc pisarzowi chodziło o „civitas knieże”, czyli państwo książęce? Nazwa „Polska” wtedy jeszcze nie funkcjonowała.

Deszyfracja dokumentu z „państwem książęcym” w miejsce „miasta Gniezna” czyni czytelnym opis przebiegu państwowej granicy. Z grubsza biorąc, chodzi o to samo terytorium co dzisiaj, oparte o Odrę i Bug, Bałtyk i Karpaty. Żadne inne z dużych państw europejskich nie ma tak podobnej granicy po tysiącu lat istnienia. A przecież „pomiędzy” zaliczyliśmy niejeden dziejowy kataklizm: Krzyżaków, Szwedów, zaborców, wreszcie powojenne „przesuwanie” Polski ze wschodu na zachód! Można powiedzieć że to cud. Ja bym wolał wskazać na przezorność Mieszka.

Między Niemcami a Rzymem

Ten trop potwierdza adresat Dagome iudex, papież Jan XV. Mieszko oddaje pod papieski patronat całe swoje państwo. „Iudex” oznacza sędziego: władca Polan nie mógł tytułować się królem, przeciwko czemu zaprotestowałby zbrojnie potężny sąsiad, król niemiecki. Książę — niedawny poganin! — wybrał więc godność, jaką nadawali sobie przedstawiciele sięgających starożytności, senatorskich rodów miasta Rzymu. Jak na obywatela Patrymonium Świętego Piotra przystało. W owych czasach było to coś wyjątkowego. Podziwiać można trafność tej decyzji. Unikając wojny z Niemcami, Mieszko zdobywał się na faktyczną suwerenność. Rzym nadawał jej prestiż, a jednocześnie nie stwarzał ryzyka popadnięcia Polski w nową zależność — miasto nad Tybrem leżało zbyt daleko.

Dokument, obok Mieszka, wystawiła jego druga żona Oda, tytułująca się jako „senatrix”. W tym miejscu można wspomnieć o innej pani senator, która tysiąc lat po Odzie określiła jej męża jako „zabijakę”, który „zapewne palił i gwałcił”. Trudno nie zbyć tych słów uśmiechem, z drugiej jednak strony ów karykaturalny zarzut bynajmniej nie jest wyssany z palca.

Zasługi i zbrodnie

W tym miejscu czytelnik proszony jest o trzymanie się fotela, bowiem prawda o Mieszku — jaka wyłania się z badań archeologicznych oraz krytycznej analizy źródeł — bardzo nie pasuje zarówno do tradycyjno-narodowej, jak i postępowo-poprawnej wizji naszych dziejów. Mieszko, podobnie jak jego ojciec Siemomysł, zjednoczył państwo polskie krwią i przemocą. Przy pomocy normańskich najemników palił podbite słowiańskie grody, a ich mieszkańców przesiedlał albo sprzedawał w niewolę. W jego czasach niewolnicy byli wręcz pierwszym polskim towarem eksportowym. A odbiorcą tego towaru byli tak zwani radanici, żydowscy kupcy z muzułmańskiego kalifatu Kordoby.

Zgoda, to wszystko nie bardzo nadaje się do klasowych czytanek. Ale oceniając naszego pierwszego władcę, winniśmy wreszcie wyjść z kręgu szkolnych wyobrażeń. Jeśli przemoc, jakiej się dopuścił, miałaby go skazać na honorową detronizację z naszej pamięci — jak chcieliby współcześni rewizjoniści polskiej historii — to samo powinni uczynić ze swoimi „ojcami założycielami” Francuzi, Niemcy, Włosi i Anglicy, o Rosjanach już nie wspominając. Przecież to absurd! Historia nie jest bajką dla dzieci. Zasługi wielkich idą w parze z ich zbrodniami i nie da się, w imię tej czy innej tendencji, usunąć na bok ani ciemnej, ani też jasnej strony ich poczynań. 

Tak samo oceniać należy moralną stronę jego chrztu. Mieszko, zgoda, zapewne był wielkim grzesznikiem. Ale też pozostanie dla nas wielkim mężem w dziejach polskiego Kościoła. Wspólnoty grzesznych, jak wiadomo.

Na koniec sprawa daty. Najnowsze badania potwierdzają domysły, iż dzieje chrześcijaństwa w Polsce są starsze aniżeli data 966 roku. Na Śląsku zmarły niedawno prof. Edmund Małachowicz odkrył starsze o cały wiek fundamenty kamiennych kościołów. Jako chrześcijanie i jako Polacy możemy być tylko z tego dumni. Jednak z perspektywy państwa Polan Śląsk — z całym szacunkiem — był peryferią, która nie zdobyła się na polityczną niezależność. Wcześniejsza obecność tam chrześcijaństwa bynajmniej nie podważa rangi symbolu „chrztu Polski”, dokonanego przez Mieszka. Brytyjczycy też mieli u siebie chrześcijan kilka wieków wcześniej, zanim przybył tam Augustyn, późniejszy biskup Canterbury. A jednak to właśnie jego uznaje się za apostoła Anglii. 1050 lat temu weszliśmy do grona chrześcijańskich państw Zachodu, i zawdzięczamy to decyzji władcy Polan.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama