Hasło „Polska katolicka” działa na niektórych, jak płachta na byka. Twierdzą oni, że państwo ma być laickie

Czy Polska nie-katolicka, bez religijnego świętowania Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, bez procesji Bożego Ciała, bez pamiętania o Chrzcie Polski, a za to z LoveParade, byłaby jeszcze Polską? Trudno mi sobie to wyobrazić! To nie lewicowo-marksizujące mrzonki budowały przestrzenie wolności w Polsce, ale właśnie katolicyzm, parafie i kościoły – pisze felietonista Opoki o. Dariusz Kowalczyk SJ.

Jest jakiś (jaki?) procent Polaków, dla których niepodległe państwo polskie nie jest ważną wartością, godną troski i poświęcenia. Tacy ludzie w gruncie rzeczy uważają, że państwa narodowe to przeżytek, a wszelkie świętowanie narodowych rocznic pachnie im nie tylko śmieszną bohaterszczyzną, ale przede wszystkim złym nacjonalizmem, jeśli nie faszyzmem. Pociąga ich wizja Europy, w której praktycznie rządzi jeden super-rząd, czyli „starsi i mądrzejsi” z Brukseli i Berlina. Oczywiście tak się składa, że owi władcy mieliby poglądy lewicowo-lewacko-liberalne, a obok flagi europejskiej najważniejsza byłaby dla nich flaga tęczowa. Kosmopolityczni Polacy woleliby mówić lepiej po angielsku, niż po polsku, bo polski „do niczego nie służy”, a z angielskim można piąć się po szczeblach kariery w europejskich instytucjach i globalnych korporacjach.

Jednak wciąż większość Polaków chce Polski niepodległej. Inna sprawa, jak tę niepodległość się rozumie i jak rozumie się polski interes narodowy. Dla jednych inwestycje typu Centralny Port Komunikacyjny, rozbudowa portów i dróg morskich lub elektrownie atomowe, to rzeczy bardzo potrzebne dla budowania dobrobytu i nowoczesnej niepodległości, a dla innych to „nacjonalistyczna megalomania”, bo przecież duże lotniska są w Niemczech…

W dyskusji o Polsce i jej przyszłości ważne są też kwestie kulturowo-religijne. Wielu podziela przekonanie zakorzenione w polskich dziejach, począwszy od tzw. Chrztu Polski, że Polska będzie katolicka, albo nie będzie jej wcale. W tym duchu wypowiadali się wielcy Polacy, jak Piotr Skarga, Feliks Koneczny, Stefan Wyszyński. Ostatnio minister Przemysław Czarnek stwierdził, że Polska albo będzie chrześcijańska, albo jej nie będzie. Zapewne nie użył słowa „katolicka”, aby nie narazić się na ataki, że nie szanuje protestanckiej, prawosławnej, czy też żydowskiej tradycji w naszym kraju. Moim jednak zdaniem nie trzeba bać się słowa „katolicka”, bo choć nie brakowało w polskiej historii wybitnych patriotów nie-katolików, to nie zmienia to faktu, że rdzeń naszej historii i naszej narodowej tożsamości od początku jest właśnie katolicki. Czyż Polska bez rozsianych na jej ziemi sanktuariów maryjnych, bez Jasnej Góry, byłaby Polską?

Hasło „Polska katolicka” działa na niektórych, jak płachta na byka. I wcale nie są to protestanci, prawosławni, albo wierzący Żydzi, ale raczej ludzie niewierzący, zlaicyzowani, którzy przylgnęli do współczesnych ideologii o neomarksistowskiej proweniencji. Twierdzą oni, że państwo ma być laickie, tak jakby laicyzm stanowił jakąś szczególną przestrzeń wolności. Tymczasem laicyzm, czyli organizowanie wszystkiego, jakby Boga i wiary w Boga nie było, to ważny element wielu dyktatur. Wszak marksizm-leninizm-stalinizm głosił państwo laickie i tzw. naukowy światopogląd, czyli agresywny, głównie antychrześcijański, ateizm. Dzisiejsza neomarksistowska lewica, występująca często z przymiotnikiem „liberalna”, bardziej się uśmiecha, niż starzy marksiści, ale właśnie dlatego jest bardziej skuteczna w budowaniu trwałego „zamordyzmu”. Ów zamordyzm stroi się w szatki tolerancji i pluralizmu, ale trzeba pamiętać, że lewicowo-liberalny pluralizm ma się tak do rzeczywistego pluralizmu, jak krzesło elektryczne do normalnego krzesła w domu.

To nie lewicowo-marksizujące mrzonki budowały przestrzenie wolności w Polsce, ale właśnie katolicyzm, parafie i kościoły. Tak było w dwudziestoleciu międzywojennym, podczas II wojny światowej, kiedy to zostaliśmy napadnięci przez hitlerowskie Niemcy i sowiecką Rosję, a potem w czasach komuny, której ostatnie pokolenie przepoczwarzyło się w „szczerych” Europejczyków i demokratów. Po 1989 roku różne środowiska, z początku mniej lub bardziej skrycie, a dziś całkiem otwarcie, zaczęły zwalczać Kościół katolicki. Straszono państwem wyznaniowych, dyktaturą czarnych.

Tymczasem jakaś katolicka dyktatura nigdy Polsce nie groziła. Grożą nam, ba! już tu są, zupełnie inne dyktatury. Miał rację mądry Joseph Ratzinger, który mówił, że prawdziwe zagrożenie stanowi „światowa dyktatura ideologii pozornie humanistycznych, których zanegowanie grozi wykluczeniem z podstawowego społecznego konsensusu”. W ten sposób realizują się słowa Stefana kardynała Wyszyńskiego: „Jeśli przyjdą zniszczyć ten Naród, zaczną od Kościoła, gdyż Kościół jest siłą tego narodu”.

Czy Polska nie-katolicka, bez religijnego świętowania Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, bez procesji Bożego Ciała, a za to z LoveParade, bez tłumnie odwiedzanych sanktuariów, Polska z zamykanymi lub burzonymi kościołami, bez pamiętania o Chrzcie Polski, Bogurodzicy, ojcu Augustynie Kordeckim, Stefanie Wyszyńskim, księdzu Popiełuszce, Janie Pawle II itd., byłaby jeszcze Polską? Trudno mi sobie to wyobrazić! Byłaby raczej landem jewropejskiego państwa, gdzie większość pomieszkujących nie miałaby ani polskiej pamięci, ani polskiej tożsamości.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama