Krzyż, który denerwuje

Krzyż na szyi ratownika miał doprowadzić pacjenta z Kazachstanu do furii. Zaatakował medyka, krzycząc „Allahu Akbar”. Ten incydent z lubelskiego SOR-u prowadzi do pytania o granice szacunku między religiami. Odpowiedzi na podobne napięcia szukał po zamachach z 11 września Jan Paweł II. Jego słowa pozostają aktualne: „Nienawiść, fanatyzm i terroryzm znieważają imię Boże” – zwaraca uwagę w swoim felietonie o. Jacek Salij.

7 czerwca 2026 r., w Lublinie przywieziono na SOR obywatela Kazachstanu. Ten  zachowywał się spokojnie, dopóki nie zauważył krzyżyka na szyi ratownika medycznego, który udzielał mu pomocy. Wtedy wpadł w szał i zaczął głośno krzyczeć w swoim języku, a potem po rosyjsku. Krzycząc Allahu Akbar, uderzył ratownika pięścią w krtań, powodując dotkliwe obrażenia wewnętrzne.

Oczywiście, tak brutalną napaść powinno się potępić i ukarać, jednak wobec wciąż rosnącej liczby muzułmanów w naszym społeczeństwie problem specyficznych zagrożeń, jakie mogą z tej obecności wynikać, wydaje się zasługiwać na szerszą uwagę.

Na makro-skalę problem ten stanął kiedyś przed Janem Pawłem II. Spróbujmy sobie to uzmysłowić. Oto 11 września 2001 r. muzułmańscy terroryści dokonali spektakularnych ataków na World Trade Center oraz na Pentagon. Papież już za półtora tygodnia miał udać się do Kazachstanu, państwa, które po długim okresie sowieckiej ateizacji zaczynało przypominać sobie swoją muzułmańską tożsamość. Wydawało się czymś oczywistym, że cień tej potwornej zbrodni zaciąży na papieskiej wizycie.

Sposób, w jaki Jan Paweł poradził sobie z tym kłopotem, budzi podziw. Oto słowa, z jakimi 24 września 2001 r., w Pałacu Kongresów w Astanie, stolicy Kazachstanu, zwrócił się do kazachskiego świata kultury, sztuki i nauki:

„Pragnę wyrazić szacunek Kościoła katolickiego dla islamu, autentycznego islamu, islamu, którego wyznawcy modlą się i okazują solidarność potrzebującym. Pomni błędów przeszłości, także niedawnej, wszyscy wierzący powinni połączyć wysiłki, aby Bóg nigdy nie stał się zakładnikiem ludzkich ambicji. Nienawiść, fanatyzm i terroryzm znieważają imię Boże i oszpecają autentyczne oblicze człowieka".

Dwa twierdzenia wybrzmiały w tym przemówieniu jako oczywiste. Po pierwsze, że islamowi autentycznemu – który wyznaje Boga i jest wrażliwy na ludzkie biedy – należy się uznanie i szacunek. Ale po drugie: agresja i nienawiść podejmowane w imię Boga stanowią straszliwe nieporozumienie. One Boga obrażają oraz urągają ludzkiej godności.

Kilka miesięcy później, w noworocznym Orędziu na Dzień Pokoju, polski papież opublikował swoją oficjalną odpowiedź na ludobójczą zbrodnię z 11 września. Dopuszczanie się zbrodni w imię Boga – pisze tam – to już naprawdę szczyt nieprawości:

„Nikt odpowiedzialny za religię nie może być pobłażliwy wobec terroryzmu, a tym bardziej nie powinien go propagować. Ogłaszanie się terrorystą w imię Boga, zadawanie gwałtu człowiekowi w imię Boga jest profanacją religii". Nie poradzimy sobie z tak aroganckim deptaniem prawa moralnego – to motyw przewodni tego orędzia – jeśli nie będziemy się starali „złączyć ze sobą sprawiedliwość i przebaczenie".

Wróćmy do pacjenta z lubelskiego SOR-u. Jak wiadomo, muzułmanie nie negują tego, że Pan Jezus był wielkim mężem Bożym, jednak stanowczo twierdzą, że ani nie został ukrzyżowany, ani nie zmartwychwstał. Stąd dość powszechna u muzułmanów awersja do samego nawet znaku krzyża. Czasem może się ona wyrazić zachowaniem bardzo agresywnym.

Kiedyś zwrócono się do mnie z konkretnym pytaniem: Jak powinni się zachować rodzice w następującej sytuacji: Przyjeżdża córka w odwiedziny do swoich katolickich rodziców wraz ze swoim mężem muzułmaninem i pierwszą rzeczą, jaką zrobili w pokoju oddanym im w gościnę, było zdjęcie wiszącego tam krzyża.

Odpowiedziałem, że może akurat uda im się znaleźć taki moment, żeby w niekonfrontacyjny sposób poinformować zięcia, iż takim zachowaniem sprawił im przykrość. Ale nawet gdyby to im się nie udało, nie powinni ze swej strony dawać pozytywnej aprobaty dla tak bezceremonialnego rządzenia się w ich domu. My jego wiarę staramy się szanować, ale miło by nam było, gdyby również on uszanował naszą.

Na koniec autentyczne wydarzenie z życia wywiezionej przez Sowietów do Kirgizji rodziny Papużyńskich:

„Pewnego razu Kirgiz, muzułmanin, przyszedł do naszej ziemianki i zobaczył nasz krzyż wiszący na centralnym miejscu, chciał go zerwać ze ściany i bluźnił w sposób tak ordynarny, że nie godzi się tego powtarzać. Moi starsi bracia i  mama nie pozwolili mu nawet krzyża dotknąć. Wyprowadzili go na zewnątrz i wyperswadowali mu, że tylko dlatego nie został należycie obity, co mu się należało za bluźnierstwo, że znalazł się wśród chrześcijan".

Czytajmy dalej: „Kirgiz był przekonany – jak później opowiadał – że po tym bluźnierstwie żywy nie wyjdzie z naszego domu. Wytłumaczono mu również, że właśnie Jezus ukrzyżowany kazał przebaczać i miłować także nieprzyjaciół. Kirgiz musiał na koniec pokornie wysłuchać wyjaśnień braci na temat znaczenia krzyża i o należnej krzyżowi czci i miłości. Pamiętam niesamowitą radość w domu, gdy bracia opowiadali, jak Kirgiz dawał do zrozumienia, że wszystko rozumie i zgadza się z wszystkim, co mu tłumaczyli. Gdy został puszczony wolno, nie mógł w to uwierzyć i uciekając co chwilę się odwracał w stronę naszego domu. Tak zażegnany konflikt miał swoje pozytywne skutki, ale nie sposób tego wszystkiego opowiedzieć. Warto tutaj tylko zaznaczyć, że potem w tragicznych dla nas sytuacjach ten sam człowiek był do nas bardzo przychylnie nastawiony".

 

« ‹ 1 › »
oceń artykuł Pobieranie..