Te słowa Chrystusa szczególnie mocno wybrzmiewają w historii bł. ks. Władysława Findysza, kapłana prześladowanego przez komunistyczne władze PRL, którego postać przypomina o. Jacek Salij OP. Odebrano mu wolność, a w konsekwencji także możliwość leczenia. On jednak, naśladując Chrystusa, przebaczył swoim prześladowcom i modlił się o ich nawrócenie.
W roku 2009 – w 70. rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow – Parlament Europejski ustanowił 23 sierpnia Europejskim Dniem Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu. W związku z tą rocznicą Ojciec Święty przywołał postać beatyfikowanego nie tak dawno księdza Władysława Findysza. Pomyślałem sobie: dobra okazja, żeby tego męczennika prześladowań komunistycznych tutaj przypomnieć.
Do grona błogosławionych włączył ks. Findysza w roku 2005 papież Benedykt XVI. Dopiero wtedy zainteresowałem się postacią tego proboszcza Nowego Żmigrodu k. Jasła. I coś bardzo ważnego zobaczyłem wtedy w słowach, jakie Pan Jezus skierował do swoich uczniów, kiedy ich wysyłał z orędziem Dobrej Nowiny: „Posyłam was jak owce między wilki" (Łk 10,3).
Przyznajmy, że obraz owiec, które są wysyłane między wilki, jest to metafora brutalna. Zwyczajny pasterz przecież broni swoje owce przed wilkami. Zresztą również sam Pan Jezus mówił o sobie, że jest dobrym pasterzem, który oddaje życie za swoje owce. To tylko najemnik i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka. Zatem co chce nam powiedzieć Pan Jezus, skoro sięgnął po metaforę aż tak twardą – że wysyła swoich uczniów jak owce między wilki?
Otóż zauważmy: W przyrodzie wilk zawsze jest wilkiem i nigdy nie zmieni się w owieczkę. Ale kiedy człowiek ma w sobie coś z wilka i gotów jest gryźć i zdeptać słabszych od siebie, taki człowiek może się opamiętać i otworzyć się na Dobrą Nowinę. Gdyby tak nie było, Pan Jezus nigdy nie posyłałby swoich uczniów jak owce między wilki. Jeden Bóg widzi, ilu ludzi porzuca wtedy swoje wilcze egoizmy i się nawraca.
Czasem jednak się zdarza, że owce przychodzące do wilków z Bożym orędziem zostaną pogryzione. Dość przypomnieć, że prawie wszyscy apostołowie zginęli śmiercią męczeńską. Właśnie to spotkało księdza Władysława Findysza. Jest rok 1963, od października poprzedniego roku obraduje Sobór Watykański II. Episkopat polski wzywa wiernych do modlitw w intencji soboru, niektóre kurie zachęcają proboszczów, żeby może w intencji tego wielkiego wydarzenia wzywać parafian do „soborowego czynu dobroci".
Ksiądz Władysław jest wtedy ciężko chory. We wrześniu 1963 r. przeszedł operację usunięcia tarczycy, na grudzień ma zaplanowaną operację nowotworu przełyku. Postanowił więc podjąć duszpasterstwo korespondencyjne i wysłać do swoich parafian listy wzywające do podjęcia duchowej odnowy w intencji soboru. Znał ich, toteż jednym przypominał ważność coniedzielnej mszy świętej, innych zachęcał do pojednania w rodzinie i zgody z sąsiadami, jeszcze innych zapraszał do spowiedzi albo przestrzegał przed pijaństwem, jakąś parę żyjącą w niesakramentalnym związku zapewnił, że chętnie udzieli im ślubu.
W sumie wysłał sto takich listów, albo nawet trochę więcej. Zapewne któryś z miejscowych partyjniaków, bo i takich swoich parafian ksiądz w swoim listowym duszpasterstwie nie pominął, postanowił przypomnieć księdzu, czego w ustroju socjalistycznym już nie wolno. Czy ksiądz nie przewidział tego, że któryś z adresatów jego listów zdenerwuje się przesłanym listem i zareaguje jak wilk? Gdyby ktoś go o to zapytał, być może odpowiedziałby, że przecież sam Pan Jezus powiedział głosicielom Ewangelii, iż posyła ich jak owce między wilki.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić ogrom antykatolickiej agresji, jakiej dopuszczały się w latach sześćdziesiątych władze PRL. Tylko przykładowo przypomnę ciężkie represje, jakie spotkały księdza Blachnickiego za zorganizowanie Krucjaty Wstrzemięźliwości; cała Polska słyszała personalne napaści Gomułki w radiu i telewizji na prymasa Wyszyńskiego, różnym instytucjom kościelnym wymierzano absurdalnie wysokie podatki w celu doprowadzenia do ich szybkiej likwidacji.
Również z listów księdza Findysza zrobiono aferę ogólnopolską, a na nieszczęsnego kapłana rzucono się z taką zapiekłością, jakby dopuścił się zbrodni.
Oczywiście, został aresztowany, a w grudniu 1963 r., chociaż właśnie wtedy miał pójść do szpitala, urządzono mu pokazowy proces. Zarzucono mu zmuszanie obywateli do praktyk religijnych i bardzo zadbano o to, żeby o tej strasznej zbrodni dowiedziała się cała Polska. Tyle że parafianie, których wolność religijną rzekomo naruszał, ani przez moment nie wątpili, że jest on prześladowanym za wiarę męczennikiem.
Karę wymierzono mu „niewielką" – dwa i pół roku więzienia. Zaczął ją odbywać zaraz po ogłoszeniu wyroku. Procedury odwoławcze były (zapewne celowo) odwlekane, a wnioski o podjęcie leczenia i wcześniej zaplanowanej operacji nowotworu odrzucane. Ksiądz został warunkowo wypuszczony z więzienia dopiero kiedy był już w stanie skrajnego wycieńczenia. Umarł 21 sierpnia 1964 r. W dekrecie o męczeństwie sługi Bożego Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych stwierdziła m.in., że „naśladując przykład Boskiego Zbawiciela przebaczył swoim prześladowcom i modlił się o ich nawrócenie". Uroczystość jego beatyfikacji miała miejsce w Jaśle, 19 czerwca 2005 roku.
Mówiąc krótko, ksiądz Władysław Findysz, chociaż przegrał, to przecież zwyciężył. Miał rację biskup Ignacy z Antiochii, kiedy – będąc już po wyroku, skazującym go na to, że zostanie rzucony zwierzętom na pożarcie – zagrzewał młodego wtedy jeszcze biskupa Polikarpa do wytrwałej wierności Chrystusowi: „Bądź nieugięty jak uderzane młotem kowadło. Dzielność zapaśnika polega na tym, iż umie odbierać razy i zwyciężać".