Jacek Salij OP pamięta czasy, gdy jako młody kapłan odprawiał Mszę św. po łacinie w dawnym rycie. W swoim osobistym świadectwie opowiada, jak krok po kroku wprowadzano reformę liturgiczną i język polski oraz jak odbierali ją wówczas księża i wierni. „Jeśli dzisiaj ktoś przedstawia sobór jako napastnika, który pozbawił Kościół drogocennych skarbów i przeinaczył jego naukę, to chyba sam diabeł mu to podpowiada” – pisze dominikanin.
Sporo godzin spędziłem na portalu poświęconym Mszy trydenckiej. Wysłuchałem uważnie wszystkie osiem świadectw, będących odpowiedzią na pytanie: „Dlaczego chodzę na Mszę trydencką?". Autorzy tych świadectw, ludzie już niekoniecznie młodzi, jednak wszyscy znacznie ode mnie młodsi, to głęboko wierzący katolicy. Żadna z tych ośmiu osób nie wątpi w ważność i świętość Mszy, która obecnie jest odprawiana w naszych kościołach. Sami zresztą – bez oporów i chyba bez fałszywego poczucia wyższości – w niej niekiedy uczestniczą. Podkreślam to z radością, bo sam miałem kilka takich rozmów, kiedy jacyś tradycjonaliści próbowali mnie przekonać, że Eucharystia „posoborowa" tylko Pana Boga obraża.
Postawa wspomnianej ósemki to chyba nie tylko zwyczajna ugodowość. Oni naprawdę wierzą w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół, jak to wyznajemy w każdą niedzielę. Ale w jednym bym się z tymi ludźmi nie zgodził – daleka od prawdy i niesprawiedliwa wydaje mi się ich ocena zmian liturgicznych, ogłoszonych przez Pawła VI w roku 1970 i 1975 dwoma typicznymi wydaniami Mszału Rzymskiego.
Przed chwilą zwróciłem uwagę na wiek wszystkich ośmiorga wypowiadających się na temat Mszy trydenckiej. Oni przecież nie pamiętają, ani nawet nie mogą pamiętać, jak się te zmiany dokonywały. Nic na to nie poradzę, ale odnoszę wrażenie, że ich – u jednych otwarty, u innych ledwo ukrywany – krytycyzm w stosunku do tych zmian to niekoniecznie ich własne stanowisko, to raczej opinia duchowych środowisk, z którymi się związali. Rzecz jasna, mogę się mylić. Chciałbym przecież złożyć świadectwo, jak sam te zmiany pamiętam.
Święcenia kapłańskie otrzymałem w roku 1966, zatem Mszę Świętą jeszcze przez kilka lat odprawiałem po łacinie, w dawnym rycie. A ponieważ Mszę Świętą przez całe życie odprawiam codziennie, w takiej formie odprawiłem ją grubo ponad tysiąc razy. Wspomnienia zacznę jednak od reformy liturgicznej, którą przeprowadził papież Pius XII, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem. Było to ogłoszone w roku 1957 pozwolenie na odprawianie Mszy Świętej również wieczorem. Miałem wtedy 15 lat, dla mnie była to zmiana potężna. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek ją krytykował.
Trafna i bardzo potrzebna decyzja liturgiczna Piusa XII, a także inne zmiany wprowadzone przez tego papieża (takie jak reforma liturgii Triduum paschalnego, czy ustanowienie uroczystości ku czci św. Józefa Robotnika) na pewno przyczyniły się do tego, że w Kościele byliśmy z góry pewni tego, że jeśli sobór zarządzi jakieś zmiany w liturgii, będą to zmiany ku dobremu.
Sobór rozpoczął się na jesieni 1962 r. Byłem już wtedy zakonnikiem, studentem drugiego roku teologii. To oczywiste, że tym, co się dzieje na soborze, interesowaliśmy się żywo. Dobrze pamiętam sympatyczną atmosferę, w jakiej dochodziły do nas echa z auli soborowej. Jeśli dzisiaj ktoś przedstawia sobór jako napastnika, który pozbawił Kościół drogocennych skarbów i przeinaczył jego naukę, to chyba sam diabeł mu to podpowiada. W każdym razie ja to tak odczuwam.
Soborowa konstytucja o liturgii została ogłoszona w roku 1965. Ostrożną decyzję w sprawie języka ojczystego w liturgii i księża i wierni przyjęli z aprobującym oczekiwaniem. Wydaje mi się, że za językiem ojczystym ogół wiernych wtedy specjalnie nie tęsknił, jednak narzekania na łacinę w liturgii dochodziły nawet do mnie stosunkowo często, mimo że wtedy jeszcze nie byłem księdzem. Nauczyłem się odpowiadać na te zarzuty, że nie musimy wszystkiego rozumieć, bo najważniejsze, żebyśmy otwierali serce na dokonującą się na ołtarzu Tajemnicę, która przecież nas przekracza.
Ale przypomnę, jak wchodził język polski do naszej liturgii. „Można pozwolić – że przypomnę odnośny fragment soborowej Konstytucji – we Mszach odprawianych z udziałem wiernych na stosowanie języka ojczystego w odpowiednim zakresie, zwłaszcza w czytaniach i modlitwie powszechnej, oraz jeżeli warunki miejscowe tego wymagają, w tych także częściach, które należą do wiernych. Należy jednak dbać o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne, dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim".
Mszał Rzymski Pawła VI został wydany dopiero w roku 1970, ale pierwsze instrukcje, co można już teraz w liturgii mszalnej odmawiać po polsku, kurie diecezjalne przysyłały wtedy chyba już od trzech lat. Zmiany były początkowo niewielkie, ale bardzo widoczne, dotyczyły m. in. modlitw przeznaczonych do wspólnego odmawiania (Chwała na wysokościach Bogu, Wierzę w jednego Boga, Święty Święty, Baranku Boży).
Reforma liturgiczna była u nas wprowadzana stopniowo, w sumie zajęło to kilka lat. Jak dziś pamiętam, w czerwcu 1970 roku znalazłem się w Olsztynie na zjeździe księży diecezji warmińskiej. Pod koniec tego zjazdu biskup Obłąk przedstawiał księżom następny etap wprowadzania języka polskiego do liturgii. Na zakończenie powiedział: To zapewne już koniec, a w każdym razie ja już następnych zmian chyba nie doczekam. A na to księża jeden przez drugiego: Doczeka się ksiądz biskup, doczeka! Ewidentnie cieszyli się z dokonującej się reformy liturgii.