„Moja wiara podnosi się z kolan"

„Moja wiara podnosi się z kolan” – pisze w wierszu Zbigniew Jankowski. Jacek Salij OP, komentując te słowa, przypomina, że nawrócenie może zacząć się w najmniej oczekiwanym momencie – nawet w okopach podczas wojny czy za sprawą małego dziecka. Jak przestać traktować wiarę jako dodatek do życia i naprawdę powierzyć się Bogu?

Trzeba być poetą, żeby w tak prostych słowach, a przecież naprawdę głęboko pokazać, czym jest nawrócenie:

Moja wiara podnosi się z kolan.
Ciągnę ją za rękę
jak swój własny anioł stróż.
– Nie bój się, mała, teraz już zawsze
pobiegniemy razem, z fali
na coraz wyższą falę,
jakby ktoś przed nami
podnosił skakankę. Śmiało,
tu nie ma sufitu,
tę ciemność przeskoczysz,
ten mur się rozstąpi.
Podnieś się, podnieś.
W ten jasny dół
wskoczysz jak w słońce. On czeka.

Zatem tu nie chodzi o wybór między wiarą i niewiarą. Podmiot liryczny widzi, że jego wiara jest mało autentyczna, rozleniwiona, niechętna do działania, zniewolona przez jakieś siły jej przeciwne. Stąd pragnienie, żeby jego wiara podniosła się z kolan i nie bała się pójść do przodu. Zbigniew Jankowski, autor wiersza, skądinąd znany marynista, wzywa tę gnuśną wiarę, żeby nie bała się surfingu – żeby po prostu weszła na te prowadzące do Boga fale duchowego oceanu. Sytuacja jest absolutnie bezpieczna – przecież kiedy zawierzysz samą siebie i wskoczysz w tę jasność, On tam na ciebie czeka!

Co to znaczy podnosić swoją wiarę z kolan? Nie bójmy się samemu sobie postawić pytania: Czy wiara zajmuje w moim życiu należne jej miejsce? Bo może, owszem, staram się ją cenić i na nią się nie zamykać, ale przecież nie jest ona pierwszą wartością mojego życia. Często tak mało ją cenię, że musi ona ustąpić różnym niezgodnym z nią interesom, koniunkturom, zachciankom.

Evelyn Waught, jeden z  głośnych angielskich konwertytów miał rację, twierdząc, że dzisiaj zasadniczy spór toczy się między chrześcijaństwem a chaosem. Jeśli ktoś chce być chrześcijaninem tylko od czasu do czasu, to być może zaprzęga swoją wiarę do służby siłom chaosu. Tak czy inaczej, to jedno nie ulega wątpliwości: Wierzyć trzeba na serio, bo sama tylko zabawa w ludzi wierzących nie jest dobrym pomysłem.

Rzucenie się w ramiona czekającego na mnie Boga, a w konsekwencji przemiana wiary byle jakiej w wiarę autentyczną, dokonuje się w sytuacjach zwyczajnych i całkiem niezwykłych. Ktoś na przykład uświadomił sobie, że w jego życiu Boga już nie ma, i chociaż już dawno przestał chodzić do kościoła, przypomniał sobie o spowiedzi i o coniedzielnej mszy. Efekt może był, albo może nie był taki, jak to napisał poeta. Jednak to nie ulega wątpliwości: że on naprawdę powierzył całego  siebie Panu Bogu. I w końcu sam się odnalazł. Naprawdę!

Nieraz zdarzało mi się być świadkiem, kiedy jakieś niemowlę przyprowadza do owczarni Pana Jezusa swoich rodziców albo jakąś ciotkę lub wujka. Oto autentyczna historia: Student został poproszony przez rodziców noworodka, żeby zechciał być jego ojcem chrzestnym. Zgodził się, chociaż prowadził życie dalekie od wiary i Bożych przykazań. W kancelarii parafialnej otrzymał kartkę do spowiedzi. W ogóle nie zamierzał do niej pójść, pierwszą jego myślą było, żeby podpisać kartkę samemu.

Łamał się i łamał, w końcu jednak do tej spowiedzi poszedł. Nie otrzymał rozgrzeszenia – bardzo słusznie, jak sam powiedział, kiedy mi o tym opowiadał. Za drugim razem rozgrzeszenie otrzymał, ale sam czuł, że to chyba jeszcze nie było prawdziwe nawrócenie. Widząc, że jest kimś tylko niby-nawróconym, postanowił nawrócić się naprawdę. „Taki mały, a już swojego wujka przyprowadził do Pana Jezusa" – mówi o swoim bratanku.

Na koniec przywołam świadectwo rosyjskiego żołnierza z czasów drugiej wojny światowej. Kiedy poległ, znaleziono w jego mundurze list do Boga, świadczący o tym, że w ostatnim momencie swojego życia Boga jednak spotkał. Wspomniany list opublikował w swoim Katechizmie ojciec Aleksander Mienie, który tysiącom, tysiącom Rosjan pomógł wejść na drogę prowadzącą do Chrystusa. Oto ów list:

„Posłuchaj Boże... Jeszcze ani razu z Tobą nie rozmawiałem, ale dziś pragnę Ciebie przywitać. Ty wiesz, od dzieciństwa mówili mi, że Ciebie nie ma. I ja, durny, uwierzyłem. Twoich dzieł nie rozpamiętywałem nigdy. Aż właśnie dziś, nocą, spoglądam z krateru, co go wybił granat, na rozgwieżdżone niebo nade mną. Zrozumiałem wtedy, zachwycony wszechświatem, jakim okrucieństwem może być kłamstwo. Nie wiem, Boże, czy podasz mi rękę, ale powiem Ci i Ty mnie zrozumiesz: Czy to nie zadziwiające, że w tym okrutnym piekle, raptem rozbłysło światło i poznałem Ciebie. I oprócz tego nic więcej nie mogę powiedzieć, tylko tyle, że cieszę się, że Ciebie poznałem. Na północ wyznaczono nas do ataku, ale nie boję się – przecież Ty na nas spoglądasz... Sygnał. No cóż? Powinienem już pójść. Dobrze mi było z Tobą. Jeszcze chcę Ci tylko powiedzieć, że jak pewnie wiesz – bitwa będzie zacięta i, być może, już nocą zastukam do Ciebie. I widzisz, choć do tej pory nie byłem Twoim przyjacielem, czy pozwolisz mi wejść, kiedy przyjdę? Zdaje mi się, że płaczę. Boże mój. Ty widzisz, co zdarzyło się ze mną, że przejrzałem. Żegnaj, mój Boże, idę już. I wątpię, czy powrócę niebawem. Jakie to dziwne, ale teraz nie boję się śmierci".

 

 

« ‹ 1 › »
oceń artykuł Pobieranie..