W „Liście do młodego księdza” nie wyczytałem niczego z tego, co ks. Szymikowi się zarzuca. Ani paternalizmu, ani cierpiętnictwa, ani negacji terapii – pisze Sławomir Zatwardnicki. Pomoc terapeutyczna nie zastępuje zbawienia – o tym także jest ten list. Szymik słusznie uznał, że te „oczywiste oczywistości” potrzebują dziś przypomnienia.
Tydzień temu na łamach „Gościa Niedzielnego” ukazał się kolejny tekst autorstwa ks. prof. Jerzego Szymika, pisany w formie listu. List ten wzbudził liczne reakcje, a krytycy rzekomego przesłania epistoły nie przebierali w słowach. Właśnie od tych krytycznych omówień rozpocząłem lekturę Listu do młodego księdza. Ale nie skończyłem na nich. Zaskoczony reakcjami pytałem sam siebie: Co też takiego ks. Jerzy Szymik, nadawca tego listu, musiał napisać? Bo przecież, zakładałem, coś musi być na rzeczy, skoro wytoczono tak potężne działa.
Oko za oko, esej za list
W trakcie czytania listu otwierałem coraz szerzej oczy, nie mogąc wyjść ze zdziwienia. Czyżbyśmy mieli do czynienia z jakąś formą analfabetyzmu hermeneutycznego? Nie da się już czytać dziś tekstów ze zrozumieniem? Zwłaszcza takich, do jakich przyzwyczaił nas zasłużony teolog i literat w jednym? Bo Szymik jest wielowarstwowy, w przeciwieństwie do niektórych polemistów. W Szymiku mieści się wielu „szymików”, a w jego liście syntezuje się wiele gatunków literackich: jest i publicystyka, i kaznodziejstwo, jest felieton i poezja. Kto ma uszy do słuchania, ten słyszy.
Nie można wykrajać sobie szymika z Szymika, nie jest właściwe, gdy wpisem na FB lub polemicznym esejem odpowiada się na ten gatunek literacki, w którym wypowiedział się nadawca listu. Oko za oko, ząb za ząb, list za list! Albo wyzwanie na pojedynek „na argumenty”, które ks. prof. Jerzy Szymik z pewnością przyjmie.
W Liście do młodego księdza nie wyczytałem niczego z tego, co Szymikowi się zarzuca. Ani paternalizmu (raczej ojcostwo i braterstwo pojednane z partnerstwem), ani cierpiętnictwa (przeciwnie, bije z niego światło wielkanocnego poranka), ani negacji terapii (nadawca nie odnosi się ani do depresji, ani do dysfunkcji, ani do traum). Mówi się „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Szymik w ogóle nie uderzał. Wystarczyło, że położył kartkę na stół i zapisał na niej kilka słów. A nożyce wycinają z jego listu jedną jedyną kwestię, kosztem całej misteryjnej konstrukcji przesłania.
To swoją drogą symptomatyczne, że z całej bogatej spuścizny Szymika tak duże zainteresowanie wzbudziła sprawa zdrowia psychicznego. Kamieniem potknięcia stały się, skądinąd oczywiste dla wierzącego pielgrzymującego do chwały, słowa: „Sprzeczności i komplikacji życia nie rozwiąże żadna terapia, żadna nauka, żaden work- life balance”.
Wieża Babel, szach i mat
Czy nie potwierdza to problemu, który nabrzmiewa w Kościele od dłuższego już czasu? List Szymika „chwyta za wątróbkę”. Jest w tej epistole jakieś bijące z głębi światło, dotykające wprost nerwu duszy. Szymik przyjętą formą czesze pod włos rzeczywistość, do której się przyzwyczailiśmy. Takie są prawa gatunku publicystyki. List nie jest traktatem (teologicznym, a tym bardziej psychologicznym), nie jest nawet ostatnim słowem, jest zwróceniem uwagi, naświetleniem z pewnej perspektywy, włożeniem kija wiary w mrowisko współczesnego mentalu.
W liście znalazły się: pochwała kapłaństwa i związanego z nim „rozdawnictwa” siebie, przepowiadanie Słowa z „bebechów” kaznodziei, przestroga przed cynizmem i liberalną teologią. Mowa jest także o stawce celibatu i mistyce kapłaństwa. Słów o „współczesnej kulturze terapeutycznej” nie można wyrywać z kontekstu „kultury kapłańskiej”. A pomoc terapeutyczna naprawdę nie zastępuje zbawienia – o tym także jest List do młodego księdza. Szymik słusznie uznał, że „oczywiste oczywistości” potrzebują dziś przypomnienia.
Przypisuje się Karolowi Irzykowskiemu słowa: „Ja zapraszam do partii szachów, a on zgarnia figury i godzi we mnie majchrem”. Szymik proponuje asa z rękawa, a krytycy rozstawiają po szachach wieżę Babel i krzyczą „szach”. Tymczasem autor listu bez „mata” na ustach zamyka usta nietrafionym egzegezom jego listu krótkim oświadczeniem: „W tej chwili, kiedy piszę te słowa, za ścianą mojej biblioteki, moja rodzona Siostra (lekarz psychiatra i psychoterapeutka) przyjmuje w domowym gabinecie dziesiątki pacjentów. Temu służy mój rodzinny dom. Uprawiamy tu kulturę terapeutyczną już 40 lat”.
Omówienia-pomówienia
Ksiądz Jerzy Szymik nie potrzebuje obrony. Jego tekst sam się zresztą broni. Ale przynajmniej mógłby mieć równe prawo głosu z polemistami i krytykami. Redakcjo „Gościa Niedzielnego”, uwolnij ten list, który skrywa się za paywallem! List ten bowiem znamy z omówień-pomówień.
Przykłady? Dominikanin Maciej Biskup w swoim wpisie na FB na liście grzechów Szymika umieszcza: „ton nie braterski ale paternalistyczny i klerykalny”, klerykalizm, znamiona psychicznej i religijnej przemocy, no i, grzech nie mniej ciężki, polemizowanie z papieżem Franciszkiem z jednoczesnym powoływaniem się na Benedykta XVI. Bodaj najdalej w swojej krytyce posunął się jednak Krzysztof Krajewski-Siuda. Ten profesor psychiatrii i psychoterapeuta w tekście Depresja wśród księży nie jest „współczesną modą”. Nie wyleczą jej akty strzeliste opublikowanym na stronie „Więzi” odnosi się bardzo celnie do tego, czego w ogóle w liście Szymika nie ma:
Jako lekarz i naukowiec nie mogę milczeć, gdy fundamentalne, poparte dekadami badań zjawiska z zakresu zdrowia psychicznego są sprowadzane do poziomu „współczesnych mód”, a cierpienie człowieka zamyka się w kategoriach wyłącznie duchowej słabości czy braku wierności tradycyjnemu etosowi.
Krajewski-Siuda dopowiada sobie to, czego Szymik nie napisał, szafuje słowami o przemocy, a sam przyprawia Szymikowi gębę, i to wręcz demoniczną:
Czytając te przestrogi, trudno oprzeć się wrażeniu, że w istocie jest to swoisty „list starszego diabła do młodszego” — propozycja ucieczki w abstrakcję przed konfrontacją z realnym życiem oraz forma przemocy psychicznej ubranej w pia desideria (pobożne życzenia).
Trudno pogodzić tego rodzaju zarzuty z oczekiwaniami, do których sami terapeuci nas przyzwyczajają. Nawet ze świecą, chętnie stawianą w gabinecie terapeuty, nie znajdzie się w tekście Krajewskiego-Siudy próby zrozumienia drugiej osoby czy komunikowania bez przemocy. Czy nie na tym powinno terapeucie zależeć?
„Teologia” terapeuty
Ale najśmieszniej (śmiech przez łzy) robi się, gdy lekarz i terapeuta poucza teologa i duszpasterza:
Ks. Szymik w swoim tekście ustawia psychoterapię i współczesną naukę o ludzkiej psychice w pozycji niemalże ideologicznego wroga wiernego trwania przy ołtarzu. To głęboki błąd, który cofa refleksję o relacji wiary i rozumu o całe dziesięciolecia. Już św. Tomasz z Akwinu przypominał, że gratia non tollit naturam, sed perficit — łaska nie niszczy natury, ale ją doskonali i na niej bazuje.
Krajewski-Siuda napisał, co napisał. Nazwał przy okazji, zupełnie chyba tego nieświadomy, istotę problemu, którego nerwu dotknął w swoim liście cofający refleksję o całe dziesięciolecia, a może i wieki, Szymik. Chodzi o relacje między teologią a psychologią, duszpasterstwem a terapią. Nie miejsce tutaj, żeby wytyczać granice i zakresy oddziaływań jednego i drugiego, ale to jedno przynajmniej trzeba napisać, że na pewno tej kwestii nie da się zbyć tak prymitywnym porównaniem, do jakiego psychiatra się ucieka:
Modlitwa, adoracja i sakramenty są fundamentem życia chrześcijańskiego i kapłańskiego, ale nie zastąpią farmakoterapii w ciężkiej depresji, tak jak nie doprowadzą do zrośnięcia złamanej nogi.
Integracja psychiczna jak zrośnięcie złamania? Otóż to właśnie Krajewski-Siuda wydaje się proponować totalny rozdział między łaską a naturą. Czyni to pośrednio — przywołując „kultowe” twierdzenie Akwinaty, które zaczęło żyć własnym życiem. Natura miałaby należeć do sfery oddziaływania naturalnego, w tym terapeutycznego. Pomijam już fakt, że natura została tutaj sprowadzona z poziomu filozoficzno-teologicznego na poziom natury „tak jak my ją rozumiemy”. W tle czai się dokładnie ta pokusa, którą „bez pozy zgreda” Szymik był wyraził w swoim liście: że naturę da się uleczyć bez łaski! Innymi słowy, Krajewski-Siuda staje na stanowisku: uzdrówmy naturę człowieka, aby łaska mogła ten uzdrowiony grunt udoskonalić. Tomasz przewraca się w grobie. A razem z nim Henri de Lubac, próbujący w swojej twórczości ukazywać misteryjny i nigdy nie rozwikłany do końca związek natury i łaski, doskonale pojmowany tylko przez nie-teologów.
***
Mówi się, że dzieło literackie żyje własnym życiem. List do młodego księdza nie żyje własnym życiem, żyje życiem cudzym. Zamiast egzegezy listu, jego odbiorcy uprawiają eisegezę, wczytując w niego to, czym sami żyją.