• Pytania o wiarę

Czy okrutna śmierć małego Kamilka nas odmieni?

Koszmarne okrucieństwo wobec Kamilka to dla naszego społeczeństwa bolesna okazja, żeby zastanowić się nad naszym stosunkiem do dzieci, również do tych dzieci, które – jak nam się wydaje – kochamy mądrze i bezinteresownie. Czy aby na pewno?

Męczeński los Kamilka wywołał fale powszechnego oburzenia na jego oprawców. Podniosły się również głosy ogólnego sprzeciwu wobec różnych form zadawanej dzieciom przemocy. Ktoś przypomniał o znaczeniu rodziny jako podstawowego środowiska wychowawczego. Pojawiły się postulaty zaostrzenia kar, do kary śmierci włącznie, dla krzywdzicieli dzieci. Nie zabrakło też wyrazów żalu, że tak wielu ludzi mogłoby i powinno zauważyć tragiczną sytuację tego dziecka, a jednak nie znalazł się nikt, kto by przyszedł mu z pomocą.

Na szczęście chyba nikt nie odważył się przywoływać potwornej krzywdy Kamilka, żeby uzasadniać dopuszczalność aborcji. Bo w czasach PRL wręcz często słyszało się argument, że lepiej przerwać ciążę, niż gdyby miało się urodzić dziecko przez nikogo niechciane. Toteż wydaje mi się, że w społeczeństwie, w którym przed paru zaledwie laty miały miejsce potężne protesty przeciwko całkowitemu zakazowi aborcji, ten punkt widzenia jednak warto rozważyć.

Zdarzyło mi się kiedyś wysłuchać zwierzeń ojca czwórki dzieci, który wraz z żoną był kuszony – w obliczu niepokoju, że dziecko może urodzić się z Downem – do zdecydowania się na aborcję. Chociaż wszystko skończyło się szczęśliwie, bo dziewczynka urodziła się zdrowa, oni oboje zobaczyli, iż wielkim grzechem było już samo to, że aborcję w ogóle brali pod uwagę. Zresztą złem było coś jeszcze więcej, niż „tylko” to, że godzili się na to, żeby ewentualnie dziecka się pozbyć.

„Zrozumieliśmy – wyjaśniał mi ów człowiek – że wszystkie nasze dzieci, a nie tylko to, które było zagrożone aborcją, kochamy miłością tylko warunkową. Bo przecież byliśmy tacy sami podczas oczekiwania na narodziny poprzednich naszych dzieci i gdyby wtedy pojawiło się analogiczne zagrożenie, zapewne również wtedy rozważalibyśmy możliwość ucieczki od tego dziecka. To nas przeraziło, ale teraz staramy się pracować nad tym, by nasza miłość rodzicielska była bezwarunkowa”.

Przypomniałem sobie tamte zwierzenia pod wpływem wstrząsu, spowodowanego koszmarnym okrucieństwem wobec małego Kamila. Dla naszego społeczeństwa jest to dobra, chociaż bardzo bolesna okazja, żeby zastanowić się szczególnie nad naszym stosunkiem do dzieci, również do tych dzieci, które – jak nam się wydaje – kochamy mądrze i bezinteresownie. Bo warto stanąć przed następującym pytaniem: Czy my nasze dzieci kochamy naprawdę bezwarunkowo?

Zapewne ogromna większość rodziców tak to odczuwa, że swoje dziecko kochają naprawdę bezinteresownie. Ale czy bezwarunkowo? Czarne marsze, o których przed chwilą wspomniałem, świadczą o tym, że całkiem niemała część naszego społeczeństwa aprobuje aborcję. Co więcej, wiele Polek oraz ich mężów lub partnerów dopuszcza możliwość pozbycia się własnego dziecka. Również ci z nich, którzy zdecydowaliby się na aborcję tylko w sytuacji zupełnie wyjątkowej, manifestują w ten sposób, że bezwarunkowość nie jest koniecznym warunkiem rodzicielskiej miłości.

Okazuje się bowiem – a świadczy o tym ich, choćby tylko bardzo ostrożna, aprobata dla aborcji – że nasze dzieci dlatego przyjmujemy i kochamy, gdyż spełniają one wyznaczone przez nas warunki: nie są obarczone żadną poważniejszą chorobą, ich pojawienie się nie stanowi pokrzyżowania naszych życiowych planów, one nie przychodzą do nas zbyt wcześnie ani zbyt późno, nie przemieniają naszego rodzicielstwa w wielodzietność, itp.

Słowem, zgoda na aborcję, nawet jeśli dopuszczaną tylko wyjątkowo, jest zgodą na świat tak nieludzki, że już nawet miłość do rodzonych dzieci nie jest w nim miłością bezwarunkową.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama