Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Anna Mateja

ASEKURANT

"Szczęśliwy splot okoliczności" - taka odpowiedź nie brzmi dobrze, gdy pytający chce dowiedzieć się, jak w ciągu dziesięciu lat tworzy się ponad 300-hektarowe gospodarstwo, gdy zaczynało się od 16 hektarów.

Reinard Matejka, lat 40, z Reńskiej Wsi koło Kędzierzyna Koźla uważa jednak, że tak właśnie było. Nie miał dalekosiężnych planów kupowania ziemi pod pszenicę albo hodowania świń, choć kiedyś za wieprzowinę można było uzyskać wysoką cenę. Gdy Matejka dokupywał kolejne hektary, oglądał niemieckie gospodarstwa zbożowe i francuskie krowy (stwierdził, że najlepiej uczyć się rolnictwa w farmerskich gospodarstwach na Zachodzie), w Polsce zmienił się system polityczny. Zmieniały się też rządy i Matejka nauczył się, że nie ma co czekać na sensowną politykę rolną kolejnego ministra.

Za "strategiczne" projekty wystarczyła mu ambicja pracowania na swoim. Takie wewnętrzne zacięcie, jak mówi, było potrzebne nie tylko jemu, ale także trzem braciom, z którymi razem ma dziś półtora tysiąca hektarów. A wcześniej ojcu i dziadkom, którzy pracowali w rolnictwie.

Zacięcie Reinarda Matejki zastępowało mu więc politykę rolną. Kazało szukać dochodów w uprawie mieczyków albo marchewki, bo trzeba było się zabezpieczyć na wypadek, gdyby punkty skupu zboża znów nie płaciły przez kilka miesięcy za pszenicę.

To wewnętrzne zacięcie ojca Reinarda można też inaczej nazwać cierpliwością. W latach 70. Matejka-senior musiał czekać, aż skończą się zachwyty nad wydajnością rolniczych spółdzielni i dążenia ówczesnych opolskich notabli do stworzenia największej ich liczby w kraju. Matejka-senior miał wtedy tylko 50 hektarów - i tak więcej niż dziadek Józef Matejka, którego po wojnie ochrzczono kułakiem. "Wewnętrzna zaciętość" dziadka pozwoliła bronić mu przed kolektywizacją kilkadziesiąt razy mniejszego gospodarstwa niż dziś ma wnuk.

*

Młodzi Matejkowie nie musieli bronić ziemi przed wcieleniem do PGR-u. Studiowali na Akademii Rolniczej we Wrocławiu.

Jeszcze w technikum, na przełomie lat 70. i 80. Reinard zaczął jeździć na Zachód, żeby zobaczyć jak pracuje się w tamtejszych gospodarstwach. W Niemczech oglądał pszenicę, przy której polskie ziarno wyglądało jak paszowe. Widział gospodarstwa, które nie były duże, a opłacalne. W Bawarii spotykał rolników na 30 hektarach, w Holandii na 50. To było coś innego niż robota u rodziców, gdzie pracowało się i pracowało, i każdy był przekonany, że tak trzeba, bo obiady czy urlopy to czas stracony. Takie było przyzwyczajenie: pracować cały dzień, niezależnie czy miało się 20 hektarów czy kilka mórg.

Wspominając tamte podróże, Reinard zaczyna mówić o rolnictwie językiem inżyniera. Że praca przez cały dzień to wyłącznie wielopokoleniowe przyzwyczajenie. Że nawet hodując krowy trzeba umieć się zorganizować, żeby nie siedzieć cały dzień w oborze. "Trzeba mieć założenia", "mieć plan", bo "tylko wtedy wydajnie się pracuje"- takie słowa słyszy się najczęściej od Reinarda Matejki.

- Gdy chłopak się żeni - mówi Matejka - to musi wiedzieć, co chce w życiu robić. Jeśli chce zostać na gospodarstwie, też musi się zdecydować czy chce hodować świnie, sprzedawać mleko czy jeździć na roboty do Niemiec. Inaczej nachodzi się, nakombinuje. A wystarczy organizacja, żeby mieć wolne popołudnie w niedzielę.

Chociaż wiadomo, że tak do końca wszystkiego nie da się ustawić.

*

Trzech stałych pracowników w gospodarstwie Matejki ma 8-godzinny dzień pracy, wolne soboty i dłuższe urlopy tylko w zimie. Od lipca do listopada pracuje się więcej. Bywa, że bez dni wolnych. W ciągu tych czterech miesięcy pomagają też pracownicy sezonowi. Często ci, od których odkupili albo wydzierżawili pola, przychodzą później zarobić.

- Na tym polu były w zeszłym roku buraki z takim chwastem, że do dzisiaj nie udało nam się wszystkiego wyczyścić - żona Reinarda, Urszula, pokazuje zagon mieczyków.

Urszula Matejka jest szczupłą, delikatną blondynką. Poza kwiatami, warzywami i domem zajmuje się dwoma synami.

Poza organizacją liczy się jeszcze nauka. Reinarda mówi, że cały czas trzeba się uczyć. Trzeba czytać, żeby przewidzieć, co będzie się opłacało za kilka lat. Na książki wprawdzie nie ma czasu, ale są jeszcze czasopisma. Matejka czyta "Farmera" i "Top Agram". W poznaniu nowości pomagają też firmy, które handlują np. środkami chemicznymi. Kiedyś działały ośrodki doradztwa hodowlanego; teraz firmy agronomiczne, chcąc pozyskać nowych klientów, zapraszają na spotkania albo rozdają materiały informacyjne największym rolnikom. Do nich potem zgłaszają się ci mniejsi, gdy zauważą dużą pszenicę bez chwastów i zasięgają rad.

- To zupełnie jak przed wojną, gdy istniały duże bauerskie gospodarstwa. Dziadek opowiadał, że do nich przychodziło się po rady. Jak ktoś miał kilkaset hektarów, to nie mógł być głupi czy biedny - Matejka przypomina opowiadania dziadka o dawnej Opolszczyźnie.

*

W gospodarstwach niemieckich i holenderskich nawet zabudowania były inne. Znajomy spod Wiednia zbudował nowe, przestronne gospodarstwo na hektarowej działce szerokiej na 20 metrów i długiej na 500.

- Szalenie mi się to spodobało i po powrocie myślałem tylko o tym, żeby zrobić to samo: znaleźć działkę i założyć nowe gospodarstwo - wspomina Matejka. - Tylko materiały miałem nie zawsze takie jak ten Austriak, bo kilka lat temu nie wszystko można było kupić.

Po powrocie na Opolszczyznę postanowił realizować pomysły, podpatrzone na Zachodzie. W Reńskiej Wsi miał 16 hektarów i przedwojenny dom z cegły - gospodarstwo, które pomógł mu kupić ojciec. Potem zaczął rozbudowę. Dom z dachem z czerwonej dachówki stanął na nowej działce, a za nim hala na kombajn Clasa, maszyny i zboże.

Do "sprzyjającego splotu okoliczności" doszły upadające PGR-y. Na początku ich restrukturyzacja polegała na sprzedaży gruntów, a u progu lat 90. chętnych na ziemię nie było wielu i na przetargach można było dostać ją po cenie wywoławczej. W ten sposób Reinard dokupił dwieście hektarów. Przy kupnie można było zapłacić tylko 20 proc., a resztę w ciągu 10 lat na korzystnych odsetkach.

Matejkowie skorzystali z tych warunków - podobnie jak tysiące innych rolników, którzy wykorzystali tamten czas na powiększenie gospodarstw.

*

Zdaniem Matejków każde gospodarstwo to przypadek indywidualny. Trudno przewidzieć, co się będzie robić za kilka tygodni, jakie będą straty czy zyski. Na początku lipca ubiegłego roku Reinard miał nadzieję, że zbierze najmniej siedem ton z hektara pszenicy. A potem powódź zalała połowę Kędzierzyna i podmiejskie wioski. Pod wodą znalazło się także ponad sto hektarów Matejki. Podniósł się też poziom wód gruntowych i pszenica miała mniejsze ziarno niż zwykle. Ostatecznie dwa tygodnie po wstępnych prognozach Matejka zebrał 4,5 tony z hektara.

Żeby ponieść straty nie trzeba zresztą od razu powodzi. W czasie deszczowego lata wystarczą dwa tygodnie normalnych opadów, aby ziarno w kłosach wypuściło własne korzenie - i nadawało się już tylko na paszę. Kilka lat temu dla odmiany była susza. W salonie u Matejków wisi duże zdjęcie: z lotu ptaka widać na nim dom, halę na sprzęt i zboże oraz puste przestrzenie między burakami, którym susza nie pozwoliła urosnąć.

Jeśli ktoś się nie ubezpieczył, straty pokrywa z własnej kieszeni. Od 1991 roku, kiedy ubezpieczenia majątkowe w rolnictwie stały się dobrowolne, a umowę ustala ubezpieczalnia, stać na to tylko nielicznych. A stawki ubezpieczenia dochodzą do 20 proc. szacowanej wartości zbiorów, jeśli uprawy prowadzi się na terenach zalewowych albo w starych korytach rzek - jak robią rolnicy na Opolszczyźnie, obsiewając pola, po których kiedyś płynęła Odra. Wtedy ubezpieczanie nie ma sensu, bo pracowaliby w zasadzie na zapłacenie składki.

Te tony zboża, jakie rolnicy dostali po ubiegłorocznej powodzi za zalane uprawy były czymś wyjątkowym. Gdy na początku usłyszeli, że "przezorny powinien się ubezpieczać" wielu myślało, iż skończy się jak w poprzednich latach: straty będą musieli nadrobić sami. Zalało jednak zbyt wielu i za każdy zalany hektar otrzymali po 460 zł w postaci tony zboża.

- Za te moje 120 hektarów rzeczywiście trochę wyszło - wylicza Reinard Matejka. - Ale z drugiej strony zalało mi 50 hektarów buraków, których nasiona na jeden hektar kosztują 320 złotych.

*

Latem Reinard Matejka miał w banku długi. Nie był wyjątkiem. Sąsiedzi też brali kredyty preferencyjne, tyle, że mniejsze: kilka, kilkanaście tysięcy. Banku nie obchodziło, że odwieźli zboże do prywatnych młynów albo Państwowych Zakładów Zbożowych i czekali na pieniądze.

W czasie, kiedy Matejka z sąsiadami przywozili zboże do młyna i czekali na zapłatę, inni rolnicy wysypali w Muszynie 600 ton ziarna importowanego z Węgier; rozpoczęły się blokady dróg. Na Opolszczyźnie też nie było spokojnie. Rolnicy wysypali zboże przed siedzibą Agencji Własności Rolnej; jej rezydenci oddali zboże do ZOO. W połowie sierpnia oburzyły ich słowa kard. Glempa o "zaczątkach terroryzmu" w rolniczych protestach.

- Nie powinno się tak mówić do ludzi. Przecież dla przyjemności nikt nie jechałby na drugi koniec Polski, żeby wysypać ziarno na drogę - broni protestujących Reinard Matejka. - Kierowcy może nie wkurzaliby się tak z powodu blokad, gdyby im wytłumaczono, że za ich podatki najpierw sprowadza się zboże z zagranicy, a potem daje pieniądze Agencji Rynku Rolnego na interwencyjny skup zboża. Może gdyby to wiedzieli, poczekaliby te kilka godzin... - zastanawia się.

Reinard zawiózł do skupu tysiąc ton. Mimo wszystko stwierdza, że on do Unii Europejskiej może wstąpić choćby jutro. Wszelako pod warunkiem, że państwo da mu takie dotacje, i stworzy takie bariery ochronne na jego pszenicę, buraki i marchewkę, jakie mają znajomi w Austrii i Niemczech. Inaczej nawet on, Reinard Matejka nie będzie mieć szans w konkurencji ze zbożem farmera, który dostaje subwencje za każdy odłogowany kawałek pola i może liczyć na pomoc fachowców, gdy chce rozpocząć coś nowego. W Polsce zbyt wiele rzeczy jest nieprzewidywalnych, aby można było opracowywać prognozy. Trudno też liczyć na fachowe doradztwo, skoro nawet ziarno na siew rolnicy z Opolszczyzny od kilku lat sprowadzają z Niemiec - bo tam są lepsze odmiany.

*

Przed wojną, gdy Opolszczyzna należała do Niemiec, nazywano ją spichlerzem Berlina. Reinard Matejka przypomina sobie opowiadania dziadka Józefa, który powtarzał, że Dolny i Górny Śląsk, Westfalia i Saksonia to światowa szpica w rolnictwie i przemyśle.

Po rodzicach Józef Matejka odziedziczył osiem hektarów i dokupił jeszcze 15. W 1938 r. pracował już na traktorze, gdy podobno w Bawarii uprawiano jeszcze ziemię szpadlami. Jego syn i ojciec Reinarda przekazał następcy ponad 80 hektarów. Choć nazywano ich kułakami, kupowali ziemię i maszyny za każdą zaoszczędzoną sumę. Bracia Reinarda też studiowali na AR, jedynie siostra wybrała marketing i zarządzanie. Przyzwyczaili się, że za oszczędności kupowało się kolejne hektary i maszyny.

- Moi rodzice to zmarnowane pokolenie - mówi Reinard. - Mogliby zrobić więcej, gdyby nie strach przed przymusową kolektywizacją. Do dzisiaj mój ojciec niecierpliwi się, kiedy nie jadę na jakiś przetarg czy ociągam się z kupieniem kawałka ziemi. Ale ja jestem asekurantem. Przechodzę z epoki do epoki, rozwijam się wolno. Na tyle, na ile mnie stać.

Każdy ma swoje obliczenia i swoje racje. Kiedy latem zaczęły się rolnicze protesty, media powtarzały, że na wsi pracuje 27 proc. ludności, z czego w rolnictwie 12 proc., i że wytwarzają jedynie 8 proc. produktu krajowego. Przypominano, że rolnicy nie płacą podatku dochodowego, a ponad 90 proc. składki ubezpieczeniowej wpłaca państwo.

Reinard Matejka też ma swoje obliczenia i swoje argumenty. W tym roku miał 220 hektarów pszenicy, 20 jęczmienia, 60 rzepaku, 50 buraków, cztery mieczyków i około trzech marchewki. Odstawił tysiąc ton pszenicy do młyna i PZZ. Na pieniądze czekał kilkanaście tygodni. W połowie września musiał spłacić ostatni kredyt i nie mógł już liczyć na następny.

Matejka liczy więc i porównuje - z dotacjami i ochroną, jaką otrzymują rolnicy w USA i na Zachodzie Europy. Przypomina sobie, że oni mieli polityką rolną, a jemu pomógł "szczęśliwy splot okoliczności": rodzice, upadające PGR-y i to, co podpatrzył w zachodnich gospodarstwach.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Unia Europejska rolnictwo gospodarstwo Opolszczyzna PGR farmer polityka rolna
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W