Stracona dekada

Podsumowanie prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego

Od Sobótki do Watykanu. Tak można najkrócej opisać końcówkę prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

I te ostatnie tygodnie są dobrym symbolem całego dziesięciolecia, kiedy Aleksander Kwaśniewski pełnił funkcję głowy państwa. Ładny gest, kiedy para prezydencka kończy swoją aktywność międzynarodową w krypcie Bazyliki św. Piotra, u grobu Jana Pawła II i podczas audiencji u Benedykta XVI, zniknął schowany za skandaliczną aferą prezydenckich ułaskawień. Zupełnie jak przez całe minione dziesięciolecie, gdy gesty (polityczne i symboliczne) były godne prezydenta, a realne działania marnowały szansę, by ta prezydentura cokolwiek w Polsce na lepsze zmieniła.

Zły początek

Byłem w studiu telewizyjnym podczas debaty Kwaśniewski-Wałęsa, tej, która przesądziła o wyborczym sukcesie Aleksandra Kwaśniewskiego w roku 1995. Pamiętam spóźnionego pretendenta, który wbiega do studia wystudiowawszy spóźnienie, tak by zdenerwować Wałęsę. A potem, gdy usłyszeliśmy, że za 30 sekund wchodzimy na wizję, przykleja sobie niesłychanie sztuczny uśmiech. I tak już zostaje. Zdolność medialnej autokreacji i umiejętność prezentowania się przed kamerami była jednym z największych atutów odchodzącego prezydenta. Podczas jego pierwszej kadencji kilka razy przeprowadzałem z nim rozmowy dla programu telewizyjnego w Pałacu Namiestnikowskim. I byłem pełen uznania, kiedy prezydent Rzeczypospolitej przychodził do pracowników ekipy, kamerzystów, dźwiękowców, pytając, czy podano im kawę lub herbatę i czy coś nie jest im potrzebne. Oczywiście, dzięki takim gestom mógł liczyć na życzliwość większości ludzi odpowiedzialnych za przekaz informacji. Ta życzliwość w początkach prezydentury była połączona z przekonaniem, że wprawdzie prezydent jest „z innej politycznej bajki", ale poprzez sam fakt sprawowania urzędu reprezentuje majestat Rzeczypospolitej, więc w związku z tym należy mu się życzliwość dziennikarzy.

Znów osobiste wspomnienie. Podczas jednaj z pierwszych podróży zagranicznych Aleksander Kwaśniewski spotykał się z Aleksandrem Łukaszenką. Samo spotkanie z mającym już wówczas opinię dyktatora Łukaszenką budziło wątpliwości, ale rozwiać je miało spotkanie z liderami białoruskiej opozycji. Tyle tylko, że Łukaszenką podczas bankietu w Puszczy Białowieskiej niezwykle szczodrze dzielił się z prezydentem Polski zasobami swego spichlerza i baru. Tak szczodrze, iż Aleksander Kwaśniewski wyruszając na spotkanie z opozycją - wedle relacji dziennikarzy - miał kłopot ze znalezieniem drzwiczek od samochodu, upierając się, by wsiadać do niego przez bagażnik. I tutaj wątek osobisty, obserwujący tę sytuację dziennikarze wycofali ów wątek ze swoich korespondencji i zgodziłem się wtedy z nimi, że „nie wypada" ze względu na powagę urzędu o tym pisać. Nie trzeba dodawać, iż spotkanie z opozycją było kompletnie nieudane.

Potem przyszły wydarzenia przez media relacjonowane: „niedowład goleni prawej" podczas uroczystości otwarcia cmentarza pomordowanych oficerów w Charkowie, kłopoty z flagą na sesji ONZ i kilka innych, wskazujących na to, że Aleksander Kwaśniewski ma kłopoty z zachowaniem powagi w sytuacjach tego wymagających. Cały ten motyw znalazł skandaliczne i ciągle niedokończone zwieńczenie w postaci drwin z Ojca Świętego podczas kampanii wyborczej roku 2000, znanych jako „powitanie ziemi kaliskiej" przez ówczesnego prezydenckiego ministra Marka Siwca. Prezydent pod wpływem zarzutów udawał, że rozważa odwołanie swojego ministra. Ale, gdy tylko wygrał wybory, o sprawie zapomniał. Niedawno wreszcie na łamach dziennika „Rzeczpospolita" mogliśmy przeczytać wspomnienia prezydenta z czasu ukraińskiej pomarańczowej rewolucji. Szczerze mówiąc, akapity opowiadające o roznegliżowanych tancerkach i stołach uginających się od jadła i wódki, wraz ze skromną uwagą, że taki był stały obyczaj prezydenta Leonida Kuczmy co najmniej szokują i tworzą obraz prezydentury na kształt rzymskich bachanaliów.

Eksportowy prezydent

Podsumowując prezydenturę Aleksandra Kwaśniewskiego, trzeba jednak pamiętać i o tym, że zrobił bardzo wiele dla podtrzymania dobrych stosunków Polski z Ukrainą i że w swoim stylu „brata łaty" zdołał jednak zyskać życzliwość wielu polityków ze światowej elity. Bez wątpienia aktywność Kwaśniewskiego na arenie międzynarodowej w sferze gestów i budowania dobrych relacji osobistych z mężami stanu, a także upartej promocji polityki wschodniej UE i NATO należy zapisać na plus tej prezydentury. Warto wszakże pamiętać, że mówimy ciągle o gestach i symbolach. Żeby ocenić dziesięciolecie Aleksandra Kwaśniewskiego w polityce polskiej, trzeba zacząć od prostego pytania o rolę społeczną prezydenta. Przecież Konstytucja RP całą władzę w państwie składa w ręce premiera. Prezydent, mimo że wybierany w wyborach powszechnych (a więc dysponujący bardzo silnym mandatem społecznym), jest w istocie „królową angielską" pozbawioną realnych prerogatyw. Rolą prezydenta jest więc przede wszystkim pełnienie roli wzorca osobowego dla obywateli. W drugiej kolejności głowa państwa winna być wielkim harmonizatorem działania organów państwa. Dopiero w trzeci ej występuje jako reprezentant Polski na zewnątrz. Swoje najważniejsze zadania Aleksander Kwaśniewski wypełnił zdecydowanie gorzej niż lepiej. Obywatele akceptowali go (wciąż otwierał aż do ostatnich miesięcy rankingi popularności), bo był wizerunkiem ich zwyczajności, a nie przykładem do naśladowania.

Poczynając od kłamstwa w sprawie wykształcenia podczas wyborów, poprzez bardzo niejasne związki z wielkim biznesem i próby kreowania monarszego przepychu swojej rodziny i dworu w stylu małomiasteczkowym, Kwaśniewski uosabiał wszystkie słabości i marzenia „Polaka szaraka". Nie jest lepszy ode mnie, a tak wysoko zaszedł - myślał sobie ów szarak i chwalił prezydenta. Ale nie patrzył na niego i jego otoczenie jako na wzór postępowania. Raczej jak na bohatera kolorowych pisemek dla pań, które familię Kwaśniewskich uwielbiały i opisywały nieustannie. Hasło wyborcze: „wybierzmy przyszłość" oznaczało w rzeczywistości zapomnienie o przeszłości i raczej można je tłumaczyć jako żałośliwe zawołanie „chwilo, trwaj" niż jako pomysł na modernizację Polski.

Jeszcze gorzej, wbrew wyjściowym zapowiedziom, że Aleksander Kwaśniewski będzie prezydentem „wszystkich Polaków" wychodziło mu harmonizowanie działalności organów państwa. Podczas okresu rządów prawicy (a więc przez 4 z 10 lat prezydentury!) Kwaśniewski był opoką postkomunistów i przechowalnią postkomunistycznego betonu, żeby wspomnieć choćby jego doradczynię, nieszczęsną ambasador Ewę Spychalską czy gen. Dukaczewskiego. Jak mógł, sypał piasek w tryby rządu i starał się utrudnić działania premiera Buźka. Kiedy zaś rządziła lewica, Kwaśniewski był w oczywisty sposób stroną wewnętrznych sporów postkomunistów, występując jako ojciec chrzestny rządu Marka Belki i stały przeciwnik Leszka Millera.

Aleksander Kwaśniewski, zwłaszcza po oszałamiająco wysokim zwycięstwie wyborczym w roku 2000, zmarnował szansę przerwania historycznych sporów pomiędzy polską „Solidarności" i Polską PZPR. Deklarował ich przerwanie pod jednym warunkiem: kapitulacji strony solidarnościowej i przyjęcia optyki „Gazety Wyborczej". Trwanie przy wartościach podstawowych uważał za „oszołomstwo" i zwalczał je ze wszystkich sił. To charakterystyczne, że dopiero zwycięstwo wyborcze Lecha Kaczyńskiego pozwoliło na rzeczywiste zakończenie dramatycznego podziału wewnątrzpolskiego. Ale pozwoliło dlatego, że rządy tandemu Miller - Kwaśniewski ostatecznie skompromitowały formację postkomunistyczną.

Cień z Watykanu

Była to prezydentura zmarnowanej szansy. Gdy dziesięć lat temu dawny komunistyczny aparatczyk, ale młody ł uchodzący za liberała, wygrywał wybory prezydenckie wielu ludzi pocieszało się, że zakończy to spory historyczne i pozwoli na szybki marsz Polski ku przyszłości. Tymczasem Aleksander Kwaśniewski stał się tego sporu konserwatorem i obrońcą. Niebawem będziemy mogli (miejmy nadzieję) przeczytać listy ułaskawień i odznaczeń wysmażone przez jego kancelistów. Nie ulega jednak wątpliwości, że prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego będzie oceniana przez pryzmat Rywina i Kratiuka, Sobótki i Kalisza, braci Stajszczaków i Roberta Kwiatkowskiego. I ocena ta z biegiem czasu stanie się coraz bardziej druzgocąca. Już dziś komentatorzy zastanawiają się, czy odchodzący prezydent stanie przed Trybunałem Stanu. Wyrok historii będzie jednak bardziej dla niego druzgocący od wyroku jakiegokolwiek sądu. Zapamiętamy tę prezydenturę jako oligarchiczno-esbecką, a nie godną epoki, która wprowadziła Polskę na powrót do świata zachodniego. I niestety, niegodna również wielkiego Polaka, który zasiadał przez prawie cały ten czas na Tronie Piotrowym. Lata coraz wyraźniej będą pokazywać, jak wielkie były zasługi Jana Pawła II we wprowadzaniu Polski w świat Zachodu i jak mało w porównaniu z Wielkim Papieżem zdołał zdziałać ten, który do działania był zobowiązany, czyli prezydent Rzeczypospolitej. Szkoda.

Autor był dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, w latach 1997-2001 podsekretarz stanu i główny doradca premiera ds. zagranicznych, obecnie komentator międzynarodowy tygodnika „Wprost"

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama