Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Źródło: Przewodnik Katolicki

Jerzy Marek Nowakowski

Duch Jałty - duch Stalina

Konflikt w Gruzji



Uczymy się w przyspieszonym tempie geografii Zakaukazia. Wiemy już, że od granic Południowej Osetii do stolicy Gruzji Tbilisi jest niespełna sto kilometrów. Miasteczko Gori, dotąd znane wyłącznie jako miejsce urodzenia Józefa Stalina, stało się symbolem rosyjskiej okupacji. Wiemy, gdzie leży Abchazja i osetyjskie Cchinwali. A przede wszystkim wiemy, że przekonanie, iż w XXI wieku niemożliwy jest bezkarny dyktat mocarstwa wobec małego kraju, jest błędem.

W codziennych serwisach informacyjnych oglądamy tragedię Gruzji, małego i liczącego zaledwie 5 milionów mieszkańców państwa, które ośmieliło się żądać prawdziwej niepodległości. Kiedy cały świat oglądał imponujące otwarcie pekińskiej olimpiady, podziwiając odwołanie do tysięcy lat historii Chin, na Kaukazie równie stare państwo (mitologiczna Kolchida, do której Jazon z towarzyszami wyruszał po Złote Runo) rozpoczynało policyjno-wojskową operację, która po kilku dniach przywiodła je na skraj upadku.

Separatystyczne tendencje

Poszło o próbę odzyskania przez Gruzję kontroli nad maleńką - wielkości kilku polskich powiatów - Południową Osetią. Prowincja ta, której przynależności do Gruzji nie kwestionowała nawet Rosja przed 18 laty, gdy Gruzja odzyskała niepodległość, została opanowana przez zwolenników oderwania jej od Gruzji. Podobnie jak dwie inne niewielkie prowincje autonomiczne: Abchazja i Adżaria. Gruzinom udało się przed kilkoma laty odzyskać kontrolę nad Adżarią. Natomiast graniczące z Rosją Osetia i Abchazja dzięki pomocy wielkiego sąsiada utrzymywały status quasi niezależnych państewek. Nieustannie, szczególnie w Osetii leżącej o rzut kamieniem (a dokładniej o wystrzał armatni) od strategicznie ważnych rurociągów łączących Azerbejdżan z Zachodem, dochodziło do walk i prób odzyskania gruzińskiej kontroli. Zamieszkiwane przez Gruzinów wsie na północ od stolicy regionu Cchinwali były kontrolowane przez Gruzję, a dokładniej przez powołany przez Gruzinów „rząd" Osetii. Inny marionetkowy rząd, tyle że kontrolowany przez Rosjan, rządził w większej części prowincji. W Osetii, podobnie zresztą jak w Abchazji, odbywały się wybory, działały niby-parlamenty, a ludność tych prowincji dzieliła się na obywateli Gruzji i większość, która przyjęła obywatelstwo rosyjskie.

Gruzińskie dylematy

W sposób typowy dla obszaru Kaukazu maleńkie kilkudziesięciotysięczne narody (czy wręcz plemiona) Osetyńców i Abchazów serdecznie nie znosiły swoich gruzińskich współbraci. A Rosja niezwykle umiejętnie wygrywała te niechęci i waśnie, by utrzymywać Gruzję w swojej strefie wpływów. Bo dowolny przywódca Gruzji, czy był to legendarny watażka Zviad Gamzahurdia, czy były członek sowieckiego politbiura Eduard Szewardnadze, stawał przed diabelską alternatywą. Albo zwiększał swoją niezależność od Moskwy i ryzykował utratę znacznej części terytorium państwa (na co nie zgadzali się obywatele), albo balansował między Moskwą a Zachodem, zachowując szanse na odzyskanie w przyszłości marionetkowych republik. Przed tym samym dylematem stanął prozachodni Micheil Saakaszwili. Deklaracja zamiarów wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej, uzyskanie realnej pomocy USA i wreszcie operacja odzyskania kontroli nad Adżarią przyniosły mu popularność i dały poczucie siły. Kierując się tym poczuciem i mając świadomość rosnącego nacisku Moskwy Saakaszwili zdecydował się na ryzykowną operację wojskową przeciwko Południowej Osetii. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że młody gruziński prezydent padł ofiarą dobrze przygotowanej prowokacji. Wkroczenie wojsk gruzińskich do Cchinwali było sprowokowane wielomiesięcznym ostrzałem terenów Gruzji prowadzonym z samego centrum osetyjskiej stolicy. Umieszczenie baterii armat wśród domów mieszkalnych to typowy manewr terrorystów, stosowany często przez Palestyńczyków. Próba zlikwidowania bądź ostrzelania baterii prowadzi bowiem do nieuniknionych ofiar wśród cywilów. Efekt - terroryści wzywają dziennikarzy i pokazują ciało zabitej kobiety czy dziecka. I walka (tocząca się przecież w nowoczesnej przestrzeni medialnej) jest z góry przegrana. Gruzini przekonani, że uwaga świata i Rosji jest skierowana na rozpoczynającą się właśnie olimpiadę, postanowili zająć miasto i przy okazji rozwiązać problem Osetii. Okazało się jednak, że wielki sąsiad z północy tylko na to czekał. Doskonałe przygotowana kontrofensywa wojsk rosyjskiej 58 armii ruszyła niemal natychmiast. Bez wcześniejszych przygotowań byłoby to w takim tempie niemożliwe. Pozornie powodem była ochrona rosyjskich tzw. oddziałów pokojowych i obywateli Federacji Rosyjskiej. W istocie Rosji chodziło o zrealizowanie kilku celów politycznych. Przede wszystkim powstrzymania procesu wchodzenia Gruzji i Ukrainy do NATO. W razie korzystnego rozwoju sytuacji liczyli też na obalenie prezydenta Saakaszwilego i zastąpienie go bardziej prorosyjskim politykiem. No i oczywiście Rosja zakładała poszerzenie swojej strefy wpływów o kilkunastokilometrowy pas dzielący granice Osetii od strategicznego rurociągu Baku - Supsa.

A jako plan minimum utrwalenie swojej władzy w Abchazji i Osetii.

Zwycięstwo Rosji?

W krótkoterminowej perspektywie plan rosyjski powiódł się niemal w 100 procentach. Gruzja okazała się niezdolna do obrony. Armia gruzińska poszła w rozsypkę, uciekając z Gori i z portu w Poti, porzucając broń i jeńców. Wojska rosyjskie bez oporu mogły zająć większą część terytorium Gruzji. Ofensywa została jednak wstrzymana, bo - po pierwsze, osiągnęła założone cele, a po drugie, reakcja międzynarodowa była silniejsza, niż Rosjanie przypuszczali. Wyprawa pięciu prezydentów (dokładniej czterech prezydentów i jednego premiera) była tylko jednym z elementów reakcji świata. Bardzo ostro wystąpiły USA, grożąc Rosji wykluczeniem ze wszelkich instytucji współpracy z Zachodem, również Unia Europejska nie dała się nabrać na bajki o rzekomym gruzińskim ludobójstwie i dość zgodnie potępiła Rosję. Stało się oczywiste, że ofensywa wojskowa na Tbilisi może okazać się dla Moskwy zbyt kosztowna. Kreml zabrał się więc do walki propagandowej. Po pierwsze, potępił ostro Ukrainę za „podżeganie Gruzji do ludobójstwa". Sygnał był oczywisty - jeśli Kijów nie porzuci „mrzonek" o wejściu do NATO, będzie następnym celem agresji. Po drugie, Rosjanie w sposób absolutnie cyniczny zaczęli zapewniać, że żadne ich wojska nie działają na terytorium Gruzji. Dopiero wywiad udzielony przez jednego z generałów w Gori (notabene dla TVP) udowodnił, iż Rosjanie są o 60 kilometrów od gruzińskiej stolicy i nawet ustanawiają gubernatora zdobytego miasta.

Przy okazji rosyjskie lotnictwo zniszczyło sporą część gruzińskiej infrastruktury. A na teren kraju wpuściło zbrojne bandy, m.in. znanych z wyjątkowego okrucieństwa prorosyjskich Czeczenów marionetkowego prezydenta Kadyrowa. Korzystając z okazji Rosjanie wyparli również Gruzinów ze strategicznego wąwozu Kodori na terenie Abchazji.

Powtórzę, w krótkim dystansie zwycięzcami konfliktu okazali się Rosjanie. Pytaniem otwartym pozostaje natomiast ciąg dalszy. Dla Gruzji prognozy są ponure. Wydaje się, że proces jednoczenia kraju został na lata przekreślony. Nie ma też wielkich szans na przyjęcie Gruzji do NATO (bo Sojusz nie jest gotowy, by wziąć na siebie ciężar gorącego konfliktu z Rosją). Wreszcie pozycja prezydenta Saakaszwilego jest po wojnie więcej niż słaba. A sama Gruzja w wyniku strat wojennych cofnęła się gospodarczo o kilka lat. Z drugiej strony, jako kraj kluczowy dla niezależnego od Rosji tranzytu ropy i gazu z Morza Kaspijskiego zyska zapewne wsparcie Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej na poziomie chroniącym faktyczną niepodległość kraju. I tyle.

Na dłuższą metę natomiast dla Rosji gruzińska wyprawa może okazać się bardzo kosztowna. Zaledwie sto dni po intronizacji Dmitrija Miedwiediewa na urząd prezydenta Rosji okazało się, że wiązane z nim nadzieje na liberalizację polityki Federacji Rosyjskiej były całkowicie nieuzasadnione. Rosja udowodniła, że jest państwem nieobliczalnym i skłonnym do agresji. Zasadnicze jednak będzie zachowanie Zachodu wobec Ukrainy. Jeśli Kijów w przyspieszonym tempie otrzyma mapę drogową wchodzenia do NATO i zostanie realnie wsparty przez USA i Unię, to awantura gruzińska okaże się dla Moskwy nieopłacalna. Jeśli natomiast (o co Moskwa zabiega) uda się pogłębić podziały na Zachodzie i doprowadzić do sporu pomiędzy Unią a USA, to kremlowscy stratedzy otrzymają jasną zachętę - polityka czołgów i rakiet się opłaca.

Polska w tej sytuacji powinna przede wszystkim zabiegać o budowanie zachodniej solidarności. I oczywiście wspierać Gruzję pomocą humanitarną i dyskretnym (!) wsparciem politycznym. Pamiętając o jednym - prawdziwy konflikt nie toczy się w Gori i Poti. Tam straszy tylko duch Stalina. Prawdziwa wojna, dla nas, toczy się przy stołach dyplomatycznych w Brukseli i Waszyngtonie. To tam musimy wygrać wojnę o polskie bezpieczeństwo. Bo duch Stalina w Gori jest wprawdzie obrzydliwy, ale prawdziwie groźny dla Polaków byłby obudzony upiór Jałty.


opr. mg/mg



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Rosja NATO polityka zagraniczna agresja dyplomacja Kaukaz Gruzja Abchazja Osetia Józef Stalin Michał Saakaszwili Gori
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W