Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jürgen Wahl z Bonn

Czy Unia Europejska staje się czerwona?

Kiedy jasne się stało, że w niemieckich wyborach zwyciężyły SPD i Zieloni, paryski "Le Monde" wpadł w zachwyt: teraz Europą rządzi lewica, co "musi doprowadzić do socjalnego kompromisu z gospodarką rynkową". Dziennikowi zamarzyła się nawet "rodzinna atmosfera" w kręgu premierów Tony’ego Blaira, Lionela Jospina i Gerharda Schrödera. Zadowolenie podzielał też hamburski liberalny "Die Zeit", pisząc o ostrym tonie, że "Paryż i Bonn" wystąpią wspólnie "przeciwko fetyszystom stabilności".

Cały ten zgiełk niewiele ma jednak wspólnego z rzeczywistością. Do wyborów w Niemczech Unią Europejską nie rządziła bynajmniej "prawica", a niemiecka SPD, brytyjska Labour i francuscy socjaliści nie tworzą wcale jednolitej europejskiej "lewicy". Partyjny krajobraz Unii Europejskiej charakteryzują linie podziału, biegnące w poprzek tradycyjnych wyobrażeń. Może dlatego niektórzy obserwatorzy, spoglądający z zewnątrz na "brukselską rodzinkę", skłaniają się czasem do analiz groteskowych i skrajnie przeciwstawnych. W tym samym czasie, gdy część publicystów z krajów sąsiadujących z Niemcami wzdychała, że "Kohl rządzi Unią, jak mu się podoba", niemieccy eurosceptycy narzekali, iż "Kohl poddaje się bez walki dyktatowi lewicowych biurokratów z Brukseli". Były szef Komisji Europejskiej Jacques Delors - socjaldemokrata i katolik, a przy tym niezmordowany zwolennik deregulacji wspólnego rynku unijnego - był krytykowany przez konserwatystów jako centralista. Z kolei Wim Kok, holenderski socjaldemokrata i związkowiec, był chwalony w niemieckiej kampanii wyborczej zarówno przez prawicową CDU, jak i lewicową SPD jako przykład polityka, któremu udało się przeprowadzić liberalną modernizację swego kraju.

LICZBY MÓWIĄ NIEWIELE

Jak wyglądają fakty? Jeszcze 10 lat temu siedmiu z dwunastu szefów rządów ówczesnej Wspólnoty Europejskiej było chadekami lub konserwatystami. Potem z roku na rok liczba ta malała. Partyjny kolor rządzących zmienił się w Paryżu, Hadze, Londynie i Dublinie. Nie ma wątpliwości: chrześcijańscy demokraci oraz konserwatyści utracili ważne kraje (bo źle rządzili albo nie dostrzegli wyzwań nowych czasów). Dziś w Unii Europejskiej dziesięciu premierów jest socjaldemokratami albo socjalistami; czterej to chadecy bądź konserwatyści. Jeden szef rządu (w Irlandii) nie zalicza się do żadnego z tych dwóch obozów.

Same liczby mówią jednak niewiele. Gdy przyjrzeć się bliżej poszczególnym krajom, okaże się, że jedynie Francją rządzi prawdziwie lewacki sojusz z udziałem komunistów. Greccy socjaliści są bardziej radykalni niż ich towarzysze z Europy Środkowej. W Szwecji rządy sprawują socjaldemokraci, osłabieni w ostatnich wyborach i naciskani przez postkomunistów.

Natomiast premierzy pozostałych siedmiu "czerwonych" krajów Unii stoją na czele pragmatycznych koalicji środka. W Wielkiej Brytanii i Holandii rządzą socjaldemokraci, którzy zmajoryzowali lewicowe skrzydła swych partii. Także Viktor Klima w Wiedniu i Paavo Lipponen w Helsinkach, obaj socjaliści na czele wielkich koalicji z prawicą, pożegnali się z "czerwoną" retoryką - która nigdy nie gościła zresztą na ustach innego lewicowego premiera, Duńczyka Poula Nyrupa Rasmussena. Także Portugalczyk Antonio Guterres, sam praktykujący katolik, woli być postrzegany jako przyjaciel nowej klasy średniej i wróg "walki klasowej".

Osobnym przypadkiem są tutaj Włochy: w Rzymie bezpartyjny chadek Romano Prodi kierował do minionego piątku lewicową "oliwną koalicją", która bardzo dobrze współpracowała z włoskimi kręgami gospodarczymi i bankowymi, i która musiała przeprowadzić niedawno bolesne cięcia w sferze świadczeń socjalnych, aby pragnące wprowadzenia euro Włochy zmieściły się w surowych kryteriach wymaganych przez unię walutową.

Prawdą jest, że socjaldemokratyczna "rodzina" jest liczebnie spora: tworzy największą frakcję w Parlamencie Europejskim, zaś jedenastu z dwudziestu członków Komisji UE to socjaldemokraci. Gdyby Unia naprawdę chciała prowadzić bardziej "lewicową" politykę europejską, mogła uczynić to na długo przed wyborami w Niemczech. Ale układ sił jest inny. W Parlamencie Europejskim szereg problemów znajduje rozwiązuje poprzez zawieranie ponadpartyjnych sojuszy; linie politycznych podziałów przebiegają najczęściej między zwolennikami głębszej integracji a eurosceptykami, rzadziej zaś między lewicą a prawicą. Podobnie rzecz ma się w codziennej pracy Brukseli: rzadko kiedy ma znaczenie to, z jakiego "obozu" pochodzi szef Komisji UE.

KONTYNUACJA I ZMIANA

Kwestia prestiżu ustępuje wobec problemów merytorycznych, co ujawniło się najsilniej podczas przygotowań Unii do wprowadzenia euro. "Lewicowe" partie europejskie, w których historii czołowe miejsca zajmowały kiedyś idee gospodarki planowej i centralizmu, zamieniły się w formacje walczące o surowe kryteria, gwarantujące stabilność przyszłej unii walutowej. Być może czyniły to bez większego entuzjazmu, ale - za wyjątkiem Grecji - skutecznie. I jeśli nawet prowadzenie takiej polityki przychodziło z większą trudnością niektórym francuskim socjalistom niż np. ich skandynawskim kolegom, to nie należy zapominać, że także paryscy konserwatyści przez wiele dziesiątków lat hołdowali idei "francuskiego modelu kapitalizmu", który wymyślono po 1945 roku, a w którym państwo miało wcale niemało do powiedzenia.

Oczywiście, radość komentatora "Le Monde" nie jest tak całkiem bezpodstawna. Niemiecka i francuska lewica może istotnie porozumieć się w kilku ważnych sprawach, dotyczących polityki europejskiej. A jeśli do Bonn i Paryża dołączą także inne kraje Unii, rzecz może nabrać poważnego ciężaru politycznego.

Najpierw przyjrzyjmy się polityce zatrudnienia. Faktem jest, że do tej pory zdecydowane działania niemieckie (ustępującego rządu Kohla) oraz holenderskie blokowały przyjęcie na szczeblu unijnym kosztownych programów, mających na celu wzrost zatrudnienia. Stanowisko Bonn i Hagi miało także poparcie innych krajów, m.in. Szwecji i Finlandii. Ale po słynnym szczycie Unii w Luksemburgu, na którym debatowano nad problem bezrobocia, pozostała jednak - na życzenie Paryża - pewna furtka: ustalono kompromisowo, że "projekty pilotażowe" mające na celu walkę z bezrobociem są jeszcze możliwe. Francuski minister finansów Dominique Strauß-Kahn i jego prawdopodobny przyszły niemiecki odpowiednik Oskar Lafontaine (równocześnie szef SPD) mogliby teraz - jeśli zechcą - zdjąć stopę z hamulca. Pieniądze na takie programy socjalne mogliby pozyskać dzięki przesunięciom w unijnym budżecie.

Całkiem niedawno ujawniono, że komisja budżetowa Parlamentu Europejskiego zamierza obciąć o połowę wydatki z budżetu Unii na rolnictwo. Wprawdzie celem tej operacji jest gruntowne zreformowanie unijnej polityki rolnej, jednak zaoszczędzone w ten sposób pieniądze mogą stać się obiektem pożądania dla rządów krajów członkowskich. Gdyby rzeczywiście miało dojść do przesunięć unijnych funduszy na korzyść programów mających na celu walkę z bezrobociem, mogłoby wkrótce okazać się, że pieniędzy brakuje między innymi tam, gdzie (w opinii nie tylko dotychczasowego rządu w Bonn) są one potrzebne w pierwszym rzędzie - czyli "na froncie" przygotowań do poszerzenia Unii na wschód.

Istotą decyzji, podjętych na szczycie w Luksemburgu w kwestii walki z bezrobociem, nie było na pewno pragnienie nieograniczonego wydawania pieniędzy, lecz "koordynacja". Przede wszystkim europejska lewica - w tym przypadku zgodnie i bez wyjątków - upiera się przy stanowisku, że Bruksela powinna działać na rzecz ujednolicenia, czy też przynajmniej skoordynowania narodowych projektów, przy pomocy których poszczególne kraje członkowskie próbują radzić sobie z problemem. Z punktu widzenia prawicy nie wydaje się to sensowne, gdyż trudno, aby organa Unii potrafiły dokładnie ocenić, jak najlepiej zwalczać bezrobocie np. w mających swoje specyficzne problemy regionach Hiszpanii, Irlandii czy Niemiec.

EURO A POLITYKA

Poważniejszym problemem niż polityka zatrudnienia jest jednak teraz pytanie, czy Paryż i nowy rząd w Bonn nie porozumieją się w kwestii "politycznego zabezpieczenia" pracy Europejskiego Banku Centralnego - gdy dotąd rząd Kohla bronił maksymalnej niezależności Banku. Są sygnały, że tak się stanie. Prof. Claus Schöndube, członek SPD i jeden z głównych europejskich strategów partii tak mówił jeszcze przed wyborami o obecnej konstrukcji Banku Centralnego: "Patrząc obiektywnie, w polityce pieniężnej i w innych dziedzinach przekazanych do decyzji Wspólnoty, te jedenaście państw [w których ma zostać wprowadzone euro] pozbawiło się części swych dotychczasowych instrumentów, służących do sterowania polityką gospodarczą. Ta nierównowaga może doprowadzić do poważnych konfliktów, którym nie zaradzą same tylko konsultacje jedenastu rządów narodowych. Ponieważ po fakcie żaden kraj nie będzie już mógł być wykluczony z »klubu euro«, jedynym sensownym rozwiązaniem jest stworzenie - obok powstającej właśnie ponadnarodowej federalnej polityki pieniężnej - odpowiedniej ponadnarodowej federalnej polityki gospodarczej. Mówiąc wprost, chodzi o to, aby Europejskiemu Bankowi Centralnemu przeciwstawić wspólny Europejski Rząd. Dziś jeszcze można udawać, że nie ma takiej konieczności, ale w rzeczywistości nie ma tutaj innej drogi".

Wypada przypomnieć, że Francuzi podejmowali już w przeszłości takie próby, postulując, aby radę ministrów krajów "Eurolandu" (zwana też "radą euro-jedenastki") wyposażyć w odpowiednie kompetencje. Francuskie pomysły rozbiły się o opór Niemców; Jacques Santer podkreślał podczas uroczystego otwarcia Banku Centralnego, że poradzi on sobie dobrze bez żadnego federalnego rządu europejskiego. Różnica pomiędzy Paryżem a rządem Kohla dotyczyła jednak nie tylko kwestii stworzenia "politycznego gremium, które oddziaływałoby na Europejski Bank Centralny" (jak sformułował to Strauß-Kahn). Niemcy, Holendrzy i Skandynawowie odrzucali też pomysł Paryża, aby siłę euro budować w opozycji do dolara (co ciekawe, taka idea krąży po głowach nie tylko francuskiej lewicy, ale i prawicowych gaullistów).

Znajdą się zapewne krytycy, którzy w paryskich propozycjach dostrzegą tylko lewicowe fantazje. Ale problem jest głębszy, a linie podziału znów nie przebiegają wedle schematu lewica-prawica lub gospodarka-biurokracja. W Unii znalazłoby się sporo nie-socjalistów, opowiadających się za "polityczną przeciwwagą" wobec Europejskiego Banku Centralnego. Nie potrafią oni zaakceptować sytuacji, gdy europejskim pieniądzem zarządzać będą wyłącznie osoby, które nie zostały wyłonione na drodze wyborów. Z drugiej strony są też i tacy liberalni socjaldemokraci, i to nie tylko w rządzie Tony’ego Blaira, którzy obawiają się, że "nowa konstrukcja polityczna" za bardzo wzmocni pozycję "Brukseli".

EUROLAND, ALE JAKI?

Tuż przed niemieckimi wyborami ujawnił się kolejny konflikt. Ministrowie finansów Unii przeprowadzili wstępne, testujące konsultacje dotyczące problemu, w jaki sposób "Euroland" powinien być w przyszłości reprezentowany na szczytach G-7 (grupy siedmiu najwyżej uprzemysłowionych państw świata) albo wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ministrowie z Niemiec, Francji i Włoch są tu w o tyle "uprzywilejowanej" sytuacji, że i tak biorą udział w obradach tych gremiów. Ale małe kraje "Eurolandu" postanowiły nie pozostawać w tyle, domagając się także prawa głosu - w czym otrzymały poparcie Francji. I znów powstaje pytanie, jak zaklasyfikować te postawy: "lewica", "prawica"? Ani śladu schematów...

We Frankfurcie, który jest także siedzibą niemieckiego Banku Federalnego, krążą już plotki, że w 1999 roku jego dotychczasowy szef Hans Tietmeyer może zostać zastąpiony przez jakiegoś bankowca ze środowisk zbliżonych do SPD, który oczywiście byłby bardziej skłonny iść na rękę nowemu rządowi niż Tietmeyer, znany jako zagorzały obrońca niezależności Bundesbanku i stabilności walutowej. Ale nie tylko o stabilność euro tutaj chodzi - ona nie jest zagrożona, gdyż gwarantują ją same traktatowe fundamenty unii walutowej. Chodzi o decyzję polityczną najwyższej rangi - o dalszy kierunek rozwoju Unii Europejskiej. Czy Unia pozwoli, aby kierował nią Europejski Bank Centralny, czy też zreformowana Unia nabierze nowego przyspieszenia ku dalszej integracji w tych sferach, w których państwa narodowe w najbliższym czasie utracą kompetencje?

Powtórzmy: linie podziałów w tych kluczowych kwestiach przebiegają w poprzek partyjnych obozów. Chrześcijański demokrata z Luksemburga Jean-Claude Juncker gotów jest zaakceptować w Unii jakieś minimalne standardy socjalne - przed czym broni się jak tylko może Tony Blair. Z kolei chadecki premier Hiszpanii Jose Maria Aznar przyłączyłby się do każdej większości, jaka wyłoniłaby się z takiego sporu, także wtedy, gdyby była to większość "lewicowa" - wszelako pod warunkiem, że w każdym przypadku Madryt zachowa swe przywileje w podziale unijnego budżetu.

DROGI MODERNIZACJI

A niemiecka SPD? Zwycięscy socjaldemokraci nie mogą zapomnieć o dwóch faktach. Po pierwsze, nowy "trójkąt" Bonn-Paryż-Londyn nie powstanie dopóty, dopóki Brytyjczycy nie przystąpią do "Eurolandu". Po drugie, kanclerz-elekt Gerhard Schröder i szef SPD Oskar Lafontaine nie podważą niepisanej zasady, która mówi, że Bonn i Paryż sprawują wspólnie polityczne przywództwo, i że jeśli na tej linii nie było zgody, to zastój panował w całej Unii. Przy czym rzadko kiedy chodzi tu o kierunek "na prawo" lub "na lewo" - a prawie zawsze o marsz albo do przodu, albo do tyłu.

Dlatego można założyć, że Paryż i Bonn nie postawią sobie wprawdzie za cel utworzenia jakiegoś "rządu" Unii Europejskiej (na to przyjdzie czas w najlepszym razie około roku 2010), ale uczynią pierwszy krok w kierunku polityzacji "Eurolandu". Dokonywać się to będzie przypuszczalnie pod hasłem "koordynacji polityki gospodarczej", w ramach starań o wspólną europejską politykę zagraniczną i politykę bezpieczeństwa. Przede wszystkim zaś autorzy tego pomysłu będą mieć niezłomną nadzieję, że wynaleźli coś, co jest bardziej "sprawiedliwe" niż zimny podmuch globalizacji.

Od roku 1982 w Paryżu istnieje Fundacja im. Claude’a Saint-Simona (francuskiego twórcy socjologii gospodarczej z przełomu XVIII i XIX wieku, zaliczanego do wczesnych socjalistów - przyp. tłum.). W fundacji tej, uważanej za kolebkę socjalliberalizmu i finansowanej przez prywatną gospodarkę, działają eks-komuniści, związkowcy, przedsiębiorcy i politycy z różnych partii. W dziedzinie polityki socjalnej fundacja zbliżona jest do rozwiązań, jakie w ostatnich latach przeprowadzono w Holandii, a niektóre z jej działań przypominają kroki, podejmowane przez zwolenników modernizacji w niemieckiej SPD. Chodzą słuchy, że Fundacja im.
Saint-Simona chciałaby doprowadzić do pojednania francuskich socjalistów z siłami "środka". Jakkolwiek skończą się te wysiłki, fundacja ta jest przykładem, że nie chodzi już o to, czy Unia Europejska była w przeszłości "czarna", i czy teraz będzie "czerwona" - lecz o różne "szkoły" na prawo i lewo od centrum, które udzielają różnej odpowiedzi na pytanie, jak ma wyglądać modernizacja gospodarki i społeczeństwa u progu XXI wieku.

WNIOSKI DLA POLSKI

Co z tego wszystkie wynika dla Polski? Trzy kwestie.

Po pierwsze, zapał zachodnioeuropejskich socjaldemokratów do poszerzania Unii na wschód od dawna nie jest zbyt wielki. A zmaleje on jeszcze bardziej, jeśli urzeczywistnią się pomysły wprowadzenia na rynku pracy wspólnych poważniejszych programów. Jeśli pieniądze zaoszczędzone na cięciach w polityce rolnej zostaną wydane na takie projekty, mające zmniejszyć bezrobocie, to po prostu zabraknie funduszy na to, co określa się jako "przystosowanie" krajów-kandydatów, w tym Polski, do członkostwa w Unii.

Po drugie, rządząca w Warszawie koalicja AWS-UW będzie musiała nastawić się na to, że polityka modernizacyjna prowadzona teraz w krajach "Eurolandu" będzie mieć kierunek liberalno-lewicowy. To dobrze dla Unii Wolności, której program zbliżony jest do tego właśnie trendu. Gorzej dla AWS, która będzie tracić partnerów na Zachodzie (o ile kiedykolwiek takowych posiadała).

Po trzecie wreszcie, trzeba powiedzieć, że niemiecka polityka nie będzie zaniedbywać współpracy polsko-niemieckiej, nawet jeśli w nowym rządzie znajdą się ministrowie z partii Zielonych. Nowy niemiecki rząd będzie co prawda przez dłuższy czas silnie skoncentrowany na problemach wewnętrznych Niemiec - ale to naprawdę nie powinno napawać Polaków niepokojem.

Przełożył Wojciech Pięciak

Jürgen Wahl (ur. 1929 r.) jest bońskim publicystą, specjalizującym się w problematyce integracji europejskiej. Do 1995 r. był redaktorem chadeckiego tygodnika "Rheinischer Merkur". Obecnie jest doradcą ds. polskich w Fundacji im. Roberta Schumana.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Bonn AWS UW Unia Europejska Parlament Europejski Kohl rolnictwo Europejski Bank Centralny Tietmeyer koalicja
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W