Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Krzysztof Burnetko

Osądzić sędziów

Ta ustawa miałaby ledwie 4 artykuły. Dotyczy jednak problemu, o który spory toczą się niemal od początków III RP. A można się spodziewać, że na dobre wybuchną dopiero wtedy, gdy ustawa wejdzie w życie.

Chodzi o "szczególne zasady postępowania dyscyplinarnego wobec sędziów, którzy w latach 1944-1989 sprzeniewierzyli się obowiązkom płynącym z niezawisłości sędziowskiej" - czyli, mówiąc prosto, o weryfikację sędziów.

CO JEST PEWNE...

Pewne jest, że sądy mogą należycie pełnić swe funkcje tylko wtedy, gdy sędziowie podlegają jedynie prawu, nie zaś dyrektywom władzy. Autonomia sądu i sędziego jest podstawowym warunkiem obiektywnego orzekania - a przez to sprawiedliwego wyroku. Tylko bezstronność, a więc równe traktowanie obu stron procesu i brak uprzedniego nastawienia do samej sprawy, gwarantuje uczciwy werdykt. Zasady te obowiązują nie tylko w procesach między obywatelami, ale i między obywatelem a władzą. To w nich najczęściej może dochodzić do wypaczeń. Wszak jednostka - często słabo orientująca się w przysługujących jej prawach, przestraszona sytuacją itd., staje wobec potężnej machiny państwa. Równocześnie właśnie w takich sprawach sądy mogą potwierdzić swe znaczenie jako Trzeciej Władzy - kontrolującej i równoważącej wpływy ciał ustawodawczych i wykonawczych.

Pewne jest również, że w okresie PRL zasada niezawisłości sędziowskiej była wielekroć łamana. Partia komunistyczna, chcąc mieć wpływ na sądy, nie ograniczała się do bezpośrednich nacisków, stworzyła też rozmaite mechanizmy instytucjonalne, z jednej strony ograniczające władzę sądów, z drugiej - mające wymusić posłuszeństwo. Chodziło o reguły naboru do zawodu, strukturę wymiaru sprawiedliwości, system tzw. nadzoru sądowego, możliwość odwołania sędziego, który nie dawał "należytej rękojmi wykonywania zawodu", regułę kadencyjności Sądu Najwyższego, samą konstrukcję niektórych przepisów - kiedy trzeba, ograniczającą władzę sędziego, a kiedy indziej dającą zbyt szerokie możliwości interpretacyjne itd.

W efekcie po 1945 roku sądownictwo stało się narzędziem kontroli społeczeństwa. Jak pisze prof. Andrzej Paczkowski, "nie obawiając się przesady można mówić o istnieniu [w PRL] »terroru sądowego«". Skutkiem były tzw. zbrodnie sądowe - czyli morderstwa dokonywane pod płaszczykiem wymiaru sprawiedliwości oraz wiele niesłusznych wyroków, zwłaszcza w procesach politycznych. Praktycznie zawsze przebieg takich spraw kontrolowała służba bezpieczeństwa.

Oczywiście konstytucja PRL deklarowała cały czas, że "sędzia jest niezawisły i podlega tylko ustawom".

Symbolem podporządkowania sądów partii stał się m.in. skandal związany z procedurą rejestracji NSZZ "Solidarność" we wrześniu 1980 roku. Do historii weszło dopisanie do statutu niezależnego związku zobowiązań ideologicznych o poszanowaniu kierowniczej roli PZPR. Kuriozalne były też łamańce pseudoprawnicze dokonywane przy uzasadnianiu tej decyzji przez prowadzącego postępowanie sędziego Kościelniaka. Aby wszystko stało się jasne, gdy związek zagroził strajkiem generalnym, władza (oraz jej sąd) wycofała się ze swoich żądań. Potem na czarne karty polskiego sądownictwa przeszły choćby nazwiska sędziów Zieniuka (w 1985 r. w sposób urągający wszelkim zasadom prawa prowadził proces Bogdana Lisa, Adama Michnika i Władysława Frasyniuka) czy Kujawy (także w 1985 roku jako przewodniczący składowi orzekającemu w procesie przeciwko zabójcom ks. Popiełuszki dopuścił się wielu uchybień procesowych).

Naturalnie nie wszyscy sędziowie ulegali presji. Najwyraźniej widać to było w jednym z najcięższych okresów dla polskiego sądownictwa: w stanie wojennym. Za podobne czyny można było dostać wiele lat więzienia lub zostać uniewinnionym (albo skazanym w zawieszeniu). Klasyczne już porównanie to z jednej strony Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni, orzekający w sprawach politycznych szczególnie wysokie kary oraz, z drugiej, Wojskowy Sąd Okręgowy w Katowicach, w którym nierzadkie były uniewinnienia działaczy podziemia. Nie bez powodu też tylko między grudniem 1981 a listopadem 1982 roku pracę straciło - właśnie na podstawie przepisu o braku rękojmi należytego wykonywania zawodu - co najmniej 25 sędziów (według innych źródeł ok. 40).

Kościelniak, Zieniuk, Kujawa odeszli z zawodu na początku lat 90. Początkowo wydawało się, że to samo zrobią inni skompromitowani sędziowie. Okazuje się jednak, że problem nie rozwiązał się sam. W każdym razie nie do końca.

...A CO SPORNE

W lutym 1992 roku z gabinetu premiera Jana Olszewskiego trafił do Sejmu pierwszy projekt tzw. weryfikacji sędziów. Rząd proponował, by prezydent na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa (organu samorządu zawodowego) mógł odwołać sędziego, jeżeli ten "sprzeniewierzył się zasadzie niezawisłości". O "sprzeniewierzeniu" orzekałby sąd dyscyplinarny. Podstawą oceny miały być "czyny i okoliczności od początku zajmowania stanowiska sędziego" (eliminowało to zasadę przedawnienia).

Propozycja wywołała burzę. Część środowiska prawniczego uznała ją za próbę zamachu na władzę sądowniczą. Wielu prawników pytało publicznie: czy resortowi chodzi tylko o rozliczenie z przeszłością, czy też może także o odzyskanie możliwości wpływania na sędziów?

Argumenty były rozmaite. Prof. Stanisław Waltoś, szef Katedry Postępowania Karnego UJ, komentował ("TP" 11/93): "Od czerwca 1989 roku sądy się same »zweryfikowały«. W Sądzie Najwyższym jest zupełnie nowa ekipa. Sądy Apelacyjne powstały w 1990 r. i wybierane były do nich osoby nie ubrudzone. Prezesami sądów i wojewódzkich i rejonowych są dziś na pewno ludzie bez plam w życiorysach. Nieporozumieniem jest też teza, że weryfikacja powinna objąć cały okres PRL, od 1944 r. Przecież sędziowie z tamtych czasów albo już nie żyją, albo są od dawna na emeryturach! Ci, którzy zaczynali karierę w 1950 r., musieli mieć wtedy - i to w najlepszym wypadku - 23 lata. Teraz mają już okres emerytalny. Tych więc, których naprawdę należałoby zweryfikować - bo orzekali w najbardziej łajdackich czasach - zweryfikować się nie da. Uczyniła to za nas biologia.

Oczywiście są sędziowie z okresu po 1956, z lat 60., 70. i 80., którzy wydawali obrzydliwe wyroki. Znam ich nazwiska, są dla mnie symbolami służalczego zniewolenia. Ale pozostało ich w sądach niewielu. Nawet zwolennicy »czyszczenia szeregów« przyznają, że to 20-50 osób. Na dodatek te czarne owce już właściwie nie orzekają: przesunięto je zwykle do wydziałów ksiąg wieczystych, rejestrów handlowych. Lada chwila przejdą na emeryturę. Czy warto dla tych paru osób naruszać stabilność stanu sędziowskiego, która jest przecież jednym z podstawowych gwarantów niezawisłości?".

Rzeczywiście: za jeden z filarów niezawisłości sędziowskiej powszechnie uznaje się zasadę nieusuwalności sędziów. Jako pierwsi - już w 1701 roku - wprowadzili ją Anglicy. Oparta jest na założeniu, że sędzia tylko wtedy ma poczucie niezależności, gdy niemożliwe jest wyrzucenie go z pracy przez władzę - każdą władzę! - której nie spodoba się wydany przezeń wyrok. W efekcie ewentualne odsunięcie sędziego od wykonywania zawodu musi być obwarowane precyzyjnymi warunkami i traktowane jako sytuacja nadzwyczajna.

Prof. Waltoś podnosił też argumenty proceduralne. Pytał: "Szczęśliwie pozbyliśmy się zapisu o rękojmi. I w to miejsce chce się wprowadzić równie nieokreślony zwrot o »sprzeniewierzeniu się niezawisłości«. W dodatku jest to zarzut niesłychanie trudny do udowodnienia. Należałoby wykazać, że sędzia świadomie poddał się konkretnym poleceniom. Jak to zrobić?".

Ale największe obawy opory wzbudził zapis, że wniosek o zbadanie pracy sędziego składać miałby m.in. minister sprawiedliwości. Prof. Aleksander Ratajczak alarmował: "Wbrew pozorom (...) przepis ten skierowany jest nie w przeszłość, lecz w przyszłość wymiaru sprawiedliwości. Służyć on będzie nie wzmocnieniu niezawisłości sędziowskiej, lecz - podobnie jak przepis o rękojmi - jej osłabieniu. Umożliwi, być może, pociągnięcie do odpowiedzialności kilkunastu sędziów, którzy w przeszłości sprzeniewierzyli się zasadzie niezawisłości i nie zdołali do chwili obecnej przejść na emeryturę, do adwokatury lub stać się biznesmenami albo radcami prawnymi. Jednocześnie jednak stworzy daleko idące możliwości nieustającego usuwania »nieusuwalnych« z ich urzędu w przyszłości". Zgromadzenie Ogólne Sędziów ostrzegało, że jeśli pomysł rządu wejdzie w życie, to sędziowie "przestaną być niezawiśli, a zamienieni zostaną w urzędników uzależnionych w poważnym stopniu od ministra sprawiedliwości". To on bowiem będzie władny zrobić pierwszy krok - postawić niepokornego sędziego przed sądem dyscyplinarnym, co może skończyć się odwołaniem. Podnoszono nadto, że szef resortu reprezentuje zwykle interesy nie tylko rządu, ale i swojej partii politycznej...

W efekcie protestów Senat zaproponował, by ograniczyć możliwość odwoływania sędziów w tym trybie tylko do okresu 1944-89. Weryfikacja byłaby możliwa najpóźniej do końca 1994 r. Potem sędziowie byliby nieusuwalni. Senatorowie próbowali też sprecyzować pojęcie "sprzeniewierzenia". Dyspozycyjny był więc - według nich - sędzia, który ograniczał prawo do obrony, wyłączał jawność rozprawy, tendencyjnie oceniał materiał dowodowy, świadomie naruszał inne zasady postępowania i orzekania bądź sprzeniewierzył się bezstronności.

Spór skończył się tym, że Trybunał Konstytucyjny uznał propozycję weryfikacji za sprzeczną z konstytucją z powodu braku określenia ram czasowych, w których miałyby być badane przypadki sprzeniewierzenia się niezawisłości.

Potem zmieniła się koalicja (na postkomunistyczną) i nie było już klimatu politycznego, by wrócić do sprawy. Po kolejnym przełomie wyborczym pomysł weryfikacji pojawił się znowu - tym razem w nieco bardziej cywilizowanej wersji. M.in. nie było już mowy o prawie ministra sprawiedliwości do wnioskowania o usunięcie sędziego z urzędu, a przypadki sprzeniewierzenia się niezawisłości miałyby dotyczyć okresu do 1989 roku.

W czerwcu 1998 roku Trybunał potwierdził, że za czasów PRL "zachodziły tak drastyczne nadużycia niezawisłości, że nadal istnieje potrzeba ich ujawniania i wyjaśniania". Sprzeniewierzenie się obowiązkowi niezawisłości i bezstronności stanowiło - wedle Trybunału - "uchybienie godności sędziego, a więc naruszenie obowiązków, jakie - także w myśl ówcześnie obowiązującego ustawodawstwa - wiązały każdego sędziego". Trybunał przyznał równocześnie iż "w tym, i tylko w tym zakresie, który może się odnosić do zaszłości sprzed przełomu 1989 r., może okazać się, że ogólne zasady odpowiedzialności sędziego, dostosowane do warunków demokratycznego państwa prawnego, nie stanowią mechanizmu wystarczającego". Powołał się na swoje orzeczenie z listopada 1993 r., wskazujące, że przy przejściu od państwa autorytarnego do państwa prawa mogą być podejmowane takie działania, które w normalnych warunkach byłyby niedopuszczalne, ale są niezbędne dla przezwyciężenia dziedzictwa reżimu totalitarnego. Tym samym Trybunał uznał, że sędziowie, którzy w procesach politycznych czasów PRL wydawali wyroki "oczywiście niesprawiedliwe" lub ograniczali prawa stron - i tym samym sprzeniewierzali się zasadzie niezawisłości - mogą być usunięci z zawodu.

Trybunał zastrzegł, że opracowując procedury weryfikacyjne, ustawodawca musi zachować szczególną staranność, "aby nie przekroczyć granicy otwierającej możliwość ingerencji w niezawisłą sferę działalności sędziego". Tymczasem twórcy projektu weryfikacyjnego naruszyli obowiązujący tryb legislacyjny, bo nie zasięgnęli wymaganej ustawą opinii Krajowej Rady Sądownictwa. Na dodatek parlamentarzyści pod pozorem poprawek do ustawy wprowadzili do niej całkiem nowe rozwiązania - wymagające przeprowadzenia procesu ustawodawczego od początku. Dlatego też Trybunał musiał uznać nowelizację za niezgodną z konstytucją. Podkreślił, że waga reguły niezawisłości sądów nie pozwala, by cel uświęcał tu środki. Przypomniał, że usuwanie z zawodu może być wykorzystywane jako narzędzie nacisku na samych sędziów i całą Trzecią Władzę. Dlatego w krajach demokratycznych traktowane jest jako sytuacja wyjątkowa i obwarowane precyzyjnymi regułami.

Po tym orzeczeniu Trybunału parlament mógł już jednak bez większych problemów doprowadzić do weryfikacji sądownictwa.

CO BĘDZIE

W ub. tygodniu do komisji sejmowych trafiły dwa (rządowy i poselski) projekty ustaw weryfikacyjnych. Oba przewidują, że niestosowanie reguły przedawnienia w postępowaniach dyscyplinarnych wobec sędziów, którzy w okresie 1944-1989 orzekali w procesach "będących formą represji za działalność niepodległościową, polityczną, obronę praw człowieka lub korzystanie z podstawowych praw człowieka" i sprzeniewierzyli się obowiązkom płynącym z niezawisłości sędziowskiej oraz tych, którzy "wykonując funkcje w administracji sądowej lub organizacjach politycznych", naruszyli niezawisłość przez wywieranie wpływu na wydawanie orzeczeń w sprawach politycznych.

Projektodawcy wyszli z założenia, że za czasów PRL ściganie takich przypadków nie było możliwe. Przeciwnie: władza chroniła uległych sobie sędziów. Dlatego nie można w tych sprawach uznać biegu przedawnienia (normalnie w postępowaniu dyscyplinarnym czyn przedawnia się po 3 latach). Jednak, aby uniemożliwić ewentualne naciski na sędziów w przyszłości, projekty wprowadzają zasadę, że przypadki "sprzeniewierzenia" będzie można ścigać do końca 2000 roku (wersja poselska) lub 2002 (wariant rządowy).

Nadal jednak z żądaniem o wszczęcie postępowania weryfikacyjnego może wystąpić minister sprawiedliwości. Teraz, o dziwo, nikt nie składa już zastrzeżeń. Wniosek mogą złożyć również organy sędziowskie - kolegia i prezesi sądów wojewódzkich i apelacyjnych, rzecznik dyscyplinarny. Na życzenie osób pokrzywdzonych może to zrobić także Krajowa Rada Sądownictwa (projekt poselski przyznaje jej prawo do występowania również z urzędu).

Samo postępowanie prowadzą środowiskowe sądy dyscyplinarne. Gdy uznają, że zarzut sprzeniewierzenia się niezawisłości jest zasadny, kara może być jedna: wydalenie winnego ze służby sędziowskiej.

CO TO ZNACZY NIEZAWISŁOŚĆ

Jeśli ustawa - a wszystko na to wskazuje - wejdzie w życie, to kolejny raz wybuchnie dyskusja o znaczeniu pojęcia "niezawisłości sędziowskiej". Punktem wyjścia stanie się zapewne definicja sformułowana w czerwcu 1998 roku przez Trybunał Konstytucyjny. Trybunał, opierając się zresztą na poglądach wielu polskich teoretyków prawa, stwierdził, że na niezawisłość sędziowską składa się 5 elementów:

1) niezależność psychiczna w czasie orzekania od organów pozasądowych (ministra sprawiedliwości, premiera, szefów lokalnej administracji itd.),

2) samodzielność sędziego wobec władz i innych organów sądowych (prezesa sądu, w którym sędzia orzeka, lub prezesa wyższego sądu, ale także od np. wytycznych wymiaru sprawiedliwości i praktyki sądowej Sądu Najwyższego, które obowiązywały sędziów przed 1989 r.),

3) nieuleganie wpływowi czynników politycznych (zwłaszcza sympatiom partyjnym).

Trybunał dodał do tego jednak i czynniki innego rodzaju:

4) bezstronność w stosunku do uczestników postępowania oraz

5) wewnętrzną niezależność sędziego.

Naruszenie obowiązku bezstronności może, wedle Trybunału, polegać m.in. "na dostosowaniu treści wydawanych orzeczeń już to do sugestii czy poleceń przekazywanych sędziemu z zewnątrz, już to do antycypowania tych sugestii z myślą o wypływających z tego korzyściach". Takie zachowanie jest szczególnie drastyczną postacią sprzeniewierzania się zasadzie niezawisłości, bo "prowadzi do pojawienia się zjawiska »sędziego dyspozycyjnego«, a to wyklucza możliwość wymierzenia sprawiedliwości". Za naruszenie reguły bezstronności i wewnętrznej niezależności "należy też uznać sytuację, gdy sędzia podporządkował prawne treści wydawanych przez siebie orzeczeń swym poglądom politycznym czy preferencjom ideologicznym". Chodzi o naciąganie prawa lub jego tendencyjną interpretację w celu uwolnienia od odpowiedzialności karnej, cywilnej, administracyjnej politycznych przyjaciół lub obciążenie ideowych wrogów. Rzecz zatem w innym traktowaniu przez sędziego osób ideologicznie mu bliskich, a inaczej tych, których przekonań nie podziela.

Trybunał podkreślił, że "subiektywna stronniczość sędziego jest zawsze zaprzeczeniem prawidłowego wymiaru sprawiedliwości, ale szczególnie dramatycznego wymiaru nabiera, jeżeli - co było i jest regułą w państwach totalitarnych - znajduje odniesienie do procesów politycznych, gdy sędzia staje się wykonawcą politycznej woli państwa w eliminowaniu tych, którzy się owej woli próbują przeciwstawiać". Tak rozumiana niezależność wewnętrzna sędziego, również od jego własnych preferencji, jest podstawą właściwego wymiaru sprawiedliwości - "właśnie sprawiedliwości, a więc przyznania każdemu tego, co mu się należy, a nie tylko tego, co się chce przyznać lub tylko temu, który znajduje się »po stronie« sędziego (a najczęściej grupy aktualnie sprawującej władzę w państwie)".

Niezawisłość to nie tylko uprawnienie sędziego, ale także jego podstawowy obowiązek - stwierdził Trybunał. Ale obowiązek - i to konstytucyjnej rangi - ochrony sędziowskiej niezawisłości mają również ustawodawcy i organy administracji sądowej.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: wymiar sprawiedliwości autonomia sądu niezawisłość stan wojenny weryfikacja Zgromadzenie Ogólne Sędziów bezstronność Trybunał Konstytucyjny minister sprawiedliwości Krajowa Rada Sądownictwa Trzecia Władza
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W