Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Tomasz Węcławski

BÓG WIERNY SOBIE

Rekolekcje wielkopostne (1)

Jezus nie wiąże ludzi ze sobą - wiąże ich z Bogiem. Bóg jest dla Niego (inaczej niż zazwyczaj dla ludzi) pierwszą pewnością. Kto dostaje się w krąg oddziaływania Jego osobowości, doświadcza takiej przemiany, że nie ma już więcej wątpliwości co do istnienia Boga. Tylko "głupiec" może mówić, że nie ma Boga wobec tego doświadczenia, które przeżywa każdy, kto rzeczywiście spotyka Jezusa. W ten sposób Jezus jest objawieniem i objawicielem Boga przez całą swoją obecność.

Na progu Wielkiego Postu stoimy przed wielką możliwością i darem. Możemy uczestniczyć w tym, co sam Bóg czyni dla nas w swoim Synu; możemy na nowo przyjąć z Jego rąk nasze życie. Ta możliwość jest nam dana stale, nie tylko w Wielkim Poście, ale w tych dniach wszystko pomaga nam ją przyjąć - także rekolekcje.

Nasze skupienie oprzemy na fragmencie drugiego rozdziału Listu św. Pawła do Filipian. Chodzi o hymn o uniżeniu i wywyższeniu Jezusa Chrystusa, który jest jednym z najważniejszych teologicznych tekstów Nowego Testamentu. Spróbujemy go lepiej zrozumieć, odwołując się do przypowieści Jezusa. Spróbujemy więc zarazem odczytywać przypowieści nie osobno, jak to się najczęściej robi, ale w powiązaniu z całością przekazu nowotestamentowego. W ten sposób nasze rozważania staną się, mam nadzieję, choćby skromną pomocą do czytania i rozumienia całego Nowego Testamentu jako świadectwa o Jezusie, naszym Panu, umarłym i zmartwychwstałym dla naszego zbawienia.

Najpierw sam tekst - w nieco innym niż na co dzień przez nas używane tłumaczeniu:

Flp 2,1-11

1 Jeśli więc [jest w was] chęć, żeby kogoś w Chrystusie pocieszyć, jeśli [znacie] moc przekonującą miłości, jeśli [zależy wam na] wspólnocie ducha, jeśli [macie] serce i litość - 2 dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli tę samą myśl: tę samą miłość i wspólnego ducha, myśląc tylko o jednym. 3 Niczego nie róbcie żeby się wynosić [nad drugich] czy dla próżnej chwały, ale w pokorze uznajcie jedni drugich za wyżej stojących od siebie. 4 Niech każdy patrzy nie tylko na swoje, ale na drugich. 5 Miejcie w sobie ten zamysł, który też był w Mesjaszu Jezusie.

6 On, istniejąc w postaci Bożej,
nie zagarnął tego dla siebie,
żeby być równym Bogu,
7 lecz ogołocił siebie samego,
przyjął postać sługi,
i stał się jednym z ludzi.
I był jak każdy człowiek,
8 uniżył się i był posłuszny aż do śmierci
- do śmierci na krzyżu.
9 Dlatego też Bóg Go wywyższył
i dał Mu imię
ponad każde imię,
10 tak, że na imię Jezusa
uklęknie każde kolano
w niebie, na ziemi i pod ziemią.
11 I każdy język wyzna:
Pan [to jest] Jezus Mesjasz
ku chwale Boga Ojca.

Zatrzymajmy się najpierw nad następującymi słowami: "Niech każdy patrzy nie tylko na swoje, ale na drugich. Miejcie w sobie ten zamysł, który też był w Mesjaszu Jezusie. On (...) ogołocił siebie samego i przyjął postać sługi".

To słowa, które mają uprzytomnić całą powagę i niezwykłość naszej sytuacji. Poruszają też sprawę, o której bez wahania możemy powiedzieć, że była najważniejsza dla wiary ludzi czasów nowotestamentowych i że jest tak samo kluczowa dla naszej dzisiejszej wiary. Można ją sprowadzić do dwu pytań:

Czy to możliwe, żeby Bóg przyszedł do nas i zbawił nas tak, jak to uczynił w Jezusie z Nazaretu, ukrzyżowanym? Czy to możliwe, żeby w nas dokonało się to samo, co dokonało się w Nim?

Inaczej mówiąc: Czy kiedy św. Paweł wzywa, żeby w nas był ten sam zamysł, co w Nim, albo kiedy mówi nam, że umarliśmy razem z Chrystusem, żeby razem z Nim zmartwychwstać, jest to mowa przenośna (i jako takiej nie należy jej brać zbyt dosłownie), czy też chodzi dokładnie o to, co zostało powiedziane?

Warto sobie uprzytomnić, jak silny spór toczył się wokół tej sprawy w pierwszym stuleciu. Ci, którzy uwierzyli w Jezusa, musieli stawiać czoło wielu innym (a wśród nich wielkim autorytetom religijnym), twierdzącym, że był On zwodzicielem i bluźniercą. Wszystkie pisma nowotestamentowe są odpowiedzią na ten zarzut i umocnieniem w wierze tych, którzy Jezusowi uwierzyli. Pokazują, jak silnie i głęboko ich życie jako wierzących jest powiązane z tym, co ich wiara wyznaje o Jezusie. Nawet jeśli związek ten wyrażają przenośnie, należy je traktować jak najbardziej poważnie, bo pokazuje się w nich prawda inaczej niewidoczna.

Tak właśnie postępują św. Paweł i św. Jan. Ten drugi w liście do "umiłowanych" przez Boga woła: "Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga. Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga; i to jest duch Antychrysta, który - jak słyszeliście - nadchodzi i już teraz przebywa na świecie". A dalej: "Kto nie miłuje, nie zna Boga".

Kto ma błędne wyobrażenie o Jezusie, myśli tym samym błędnie także o Bogu: "Zaprzeczenie temu, że Jezus jest Mesjaszem, jest więc praktycznie biorąc zaprzeczeniem Bogu" (Rudolf Bultmann). Ale zaprzeczenie to nie dokonuje się jedynie w słowach. Dokonuje się ono przede wszystkim w czynach - to znaczy tam, gdzie w ludziach nie ma "tego zamysłu, który był w Mesjaszu Jezusie" i związanej z nim wzajemnej miłości. Według św. Jana nie może być z Boga ten, kto przeczy utożsamieniu się Boga z człowiekiem Jezusem, ale tak samo nie może być z Boga ten, kto nie kocha. Skoro nie kocha, odrzuca utożsamienie Boga z Jezusem, czyli wyklucza siebie z tej miłości, która jest z Boga. Jan i Paweł mówią z całą siłą o tym samym: Wierzycie w Niego, czy nie? Należycie do Niego, czy nie? Rozumiecie, co się przez Niego z wami stało, czy nie? Nie wystarczy, że odpowiecie słowem. W was ma się stać to samo.

Kluczem do wszystkiego jest - mówiąc językiem św. Jana - pytanie, czy ja jestem duchem, który konsekwentnie i do końca uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, i czy jestem duchem, który rozumie, co to znaczy w odniesieniu do mojego własnego życia i przyszłości. Chodzi przecież o coś więcej niż tylko o uznanie, że On był prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Chodzi o zgodę na to, jak Bóg dokonuje w Nim mojego zbawienia. O zgodę na to, że cały ten świat - taki jaki jest, ze wszystkim, co mi się w nim podoba i nie podoba - naprawdę należy do Boga i że cały jest zbawiony. Chodzi więc o naprawdę konsekwentną zgodę na to, że ja sam, ze wszystkim, co mi się we mnie samym podoba i nie podoba, należę do Boga i że jestem zbawiony.

Taka konsekwentna zgoda wcale nie jest rzeczą oczywistą. Raczej pojawia się w nas chęć, żeby podzielić świat, a także to, co znajdujemy w sobie samych na to, co już jest Boże i zbawione, i to, co wcale takie nie jest, ewentualnie dopiero ma być - ale czy rzeczywiście będzie, tego wciąż nie wiadomo. (Ta chęć jest zresztą odpowiedzialna za bardzo wiele niepokojących zjawisk w naszej wierze, w życiu, także w Kościele naszych czasów. Można by o tym wiele mówić, ale to nie jest teraz najważniejsze...)

Jak na nasze wątpliwości odpowiada sam Jezus, możemy sobie uprzytomnić z pomocą jednej z najbardziej niezwykłych Jego przypowieści. We współczesnych wydaniach Nowego Testamentu nosi ona tytuł "Roztropny rządca", ale właściwie powinna się nazywać "Nieuczciwy rządca". Przypomnijmy: Pewnego rządcę oskarżono, że trwoni majątek swojego pana. Ma zdać sprawę ze swojego włodarstwa. Mówi więc: "Co ja pocznę? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co zrobię, żeby mnie ludzie przyjęli do swoich domów, kiedy będę usunięty z włodarstwa..." Robi rzecz zaskakująco roztropną. Nie tylko nie przestaje trwonić majątku swojego pana, ale fałszując skrypty dłużne kupuje sobie przychylność jego dłużników. "Ile jesteś winien? Sto beczek oliwy? Bierz swój zapis i pisz pięćdziesiąt. Ile jesteś winien? Sto korców pszenicy? Bierz swój zapis i pisz osiemdziesiąt". (Jednemu i drugiemu darował zresztą tyle samo, bo pszenica była cenniejsza od oliwy. W ten sposób przy okazji zadbał, żeby ich ze sobą nie skłócić.) I, ku naszemu zdumieniu, nie tylko zostaje pochwalony przez swojego pana, ale jeszcze postawiony nam za wzór przez samego Jezusa.

A przecież jego działanie było z całą pewnością niedopuszczalne i niemoralne. Jak mamy zatem rozumieć tę przypowieść? Pokazuje ona dwie rzeczy:

Po pierwsze, Jezus doskonale wie, w jakim świecie żyją Jego słuchacze - to znaczy, w jakim świecie żyjemy my wszyscy. Ta przypowieść odnosi się zapewne do czegoś, co właśnie wydarzyło się gdzieś w okolicy... Jezus nie zamyka oczu na nic z tego, co naprawdę jest w tym świecie, z ludzką chciwością i nieuczciwością włącznie.

Po drugie, także to, co jest najciemniejsze i złe, może posłużyć do dobrego - tak jak ta dziwna historia do uświadomienia słuchaczom Jezusa, że tam, gdzie chodzi o zbawienie - to znaczy o nasze życie, nie ma się co oglądać na ludzkie względy.

Można powiedzieć, że Jezus jest wobec tego świata zaskakująco wolny. Nie podchodzi do niczego lękliwie, ale też nie zamyka oczu na zło. Dobrze wie, co jest z tym światem, i dlatego nie musi się go bać. Skąd bierze się Jego ludzka odwaga? (Bo to jest przecież ludzka odwaga - to Jezus--człowiek ją okazuje, jako człowiek z taką swobodą odnosi się do tego, co widzi wokół siebie. To właśnie dziwi, a nawet gorszy tych, którzy przyglądają się z bliska Jego życiu.)

Oczywistym źródłem tej odwagi jest zaufanie Jezusa do Ojca - tak wielkie i tak bliskie, że kto Go spotyka, czuje to natychmiast - niezależnie od tego, czy spotyka Go bezpośrednio, jak ci, którzy z Nim chodzili, czy przez Jego słowa, jak my dzisiaj.

Jezus nie wiąże ludzi ze sobą - wiąże ich z Bogiem. Bóg jest dla Niego (inaczej niż zazwyczaj dla ludzi) pierwszą pewnością. Kto dostaje się w krąg oddziaływania Jego osobowości, doświadcza takiej przemiany, że nie ma już więcej wątpliwości co do istnienia Boga. Tylko "głupiec" może mówić, że nie ma Boga wobec tego doświadczenia, które przeżywa każdy, kto rzeczywiście spotyka Jezusa. W ten sposób Jezus jest objawieniem i objawicielem Boga przez całą swoją obecność. Tym różni się od proroków, że nie tyle mówi o Bogu czy też w imieniu Boga, ile raczej "mówi Boga" samym sobą. W ten sposób włącza tych, którzy Go spotykają, w zupełnie nowe, swoje i szczególne odniesienie do Boga.

Stąd właśnie płynie wymaganie orędzia Jezusa: "Wszystko przekazał mi mój Ojciec. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić" (Mt 11,27). Centrum tego wymagania jest nowe odkrycie Boga, które jest prawdziwym przełomem w historii wiary: Jezus porusza się wewnątrz starotestamentowej tradycji mówienia o Bogu, ale zarazem zrywa z nią, kiedy nawet w najgroźniejszej sytuacji zwraca się do Boga bez lęku: w Getsemani wzywa Go bowiem pełnym zaufania i bliskości imieniem "Abba" (Mk 14,36). Istotę Jego postawy oddają słowa Jana: "W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości. My miłujemy, ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował" (1 J 4, 18-19).

To odrzucenie lęku znajduje wyraz w nowym stosunku człowieka do własnej historii - Jezus pokazuje słuchaczom świat, o który Bóg tak się troszczy, że można to odczytać jako wyraz miłości ogarniającej każde stworzenie, jakby tylko ono jedno było na świecie. Jest to bezwzględne przeciwieństwo fatalizmu i lęków trapiących społeczność tamtego czasu (i każdego innego, włącznie z naszym). Jest to więc powiedziane także do dobrze nam znanego świata, w którym bardzo wielu ludzi wierzy, że na wszystko jest sposób i że przynajmniej w tym sensie nie ma sytuacji bez wyjścia (jest co najwyżej kwestia dostępu do odpowiednich środków), i w którym zarazem ci sami ludzie nie wierzą, że ich życie może naprawdę być inne niż jest. W ten sposób orędzie Jezusa o opatrzności Bożej stwarza najpierw doświadczenie i odpowiadającą mu świadomość, w której dopiero możliwe jest przyjęcie nowej prawdy o Bogu, którą On ukazuje w sobie samym (Eugen Biser).

Tylko na tym tle można zrozumieć bezwzględność Jego wymagań: nie polega ona na tym, że Jezus Chrystus w imię Boga żąda bezwzględnej uległości od innych, ale na tym, że w Nim okazuje się ostatecznie, iż to Bóg sam jest bezwzględnie wierny innym (to jest nam), ponieważ jest bezwzględnie wierny sobie. Właśnie dlatego, i tylko dlatego, On sam może nam stawiać naprawdę bezwzględne wymagania.

Trzeba to odnieść do tego wszystkiego w nas samych i wokół nas - w naszym społeczeństwie, w świecie i może zwłaszcza w Kościele - o czym mielibyśmy ochotę powiedzieć: "kiedy się to widzi, to można zwątpić..." Zapewne, można zwątpić, ale nie trzeba. Można się nauczyć patrzeć tak, jak patrzy sam Jezus i jak się od niego nauczyli patrzeć ci, którzy Mu pierwsi uwierzyli, a teraz swoją wiarą dzielą się z nami. Można się też nauczyć mówić o naszych sprawach z Panem Bogiem i z ludźmi tak, jak mówi sam Jezus i ci, których On nauczył. Właśnie po to są przypowieści. Posłużę się słowami Borysa Pasternaka: "Uważano, że główną rzeczą w Ewangeliach są pouczenia moralne i reguły zawarte w przykazaniach, dla mnie zaś najważniejsze jest to, że Chrystus mówił w przypowieściach, objaśniając prawdę światłem codzienności. U podstawy tego leży myśl, że relacje ludzi śmiertelnych są nieśmiertelne i że życie jest symboliczne, jest bowiem znaczące".

Na koniec powiem tak: Ten, który mógł sobie pozwolić na to, żeby w swojej dobrej nowinie o zbawieniu na zawsze umieścić tamtego spryciarza bez sumienia, nieuczciwego rządcę, może sobie pozwolić także na to, żeby przyjąć każdego z nas i cały nasz świat - wcale nie pochwalając tego, co złe, tylko otwierając nam oczy na ten zamysł, który jest w Nim.


opr. ab/ab



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny 9/1999

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Wielki Post rekolekcje kenoza uniżenie odwaga
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W