Nawrócenie czasu - duchowa ewolucja

Materalistyczny ewolucjonizm nie dostrzega ważniejszej ewolucji zachodzącej we wszechświecie - tej duchowej

Nawrócenie czasu - duchowa ewolucja

Ryszard R. śpiewał tęsknie za rzekomym rajem przeszłości: „Dużo bym dał, by przeżyć to znów / Wehikuł czasu to byłby cud”, a Richard D. pieje w zachwycie nad ewolucją, która prowadzi do rajskiej ponoć przyszłości, choć ewolucji takiej zdaje się niedaleko jest od rewolucji, jeśli wziąć pod uwagę, że proces ten ma się odbywać „po trupach” tych mniej dostosowanych. Zarówno nostalgia za utraconą przeszłością, jak i mit postępu korzystają wciąż z „prawdziwego mitu” chrześcijańskiego, choć szukają go nie tam, gdzie trzeba, tym samym oddalając się od niego.

W czasie, gdy political correctness nie panowała jeszcze tak niemiłościwie, i dlatego można było bez fałszywego miłosierdzia krytykować nielitościwe dla rozumu poglądy, pisał był Gilbert Keith Chesterton, że „ludzie opętani manią ewolucyjną uważają, że każda wielka rzecz wyrasta z nasienia, czyli z czegoś mniejszego od siebie”, ale zapominają, „że każde nasienie pochodzi od drzewa, czyli od czegoś większego od siebie”. Chyba, że przyjmie się na wiarę paradoks ewolucji, która, jak to ujął zmarły już ateista Christopher H. w zgrabnym, choć urągającym rozumowi bon-mocie: „nie posiada oczu, lecz potrafi je wykreować”.

Najsmutniej robi się na duszy, której, jak powiadają prorocy ewolucjonizmu, oczywiście nie ma, gdy opętaniu tezą o pierwotności tego, co proste, nad tym, co złożone, poddają się ludzie wierzący. Stąd tęsknota do rajskich początków prostej wiary pierwotnego Kościoła niepotrzebnie potem jakoby komplikowanej, stąd egzegetyczne próby dotarcia do egzotycznego Jezusa historii rzekomo różnego od kościelnego Chrystusa wiary, i stąd w końcu dogmatofobia jako nieracjonalny sprzeciw wobec drzewa, które wyrosło z Boskiego ziarna. „Ideę, opartą na zwyczajnym przeniesieniu ewolucyjnego modelu nauk przyrodniczych na historię ducha”, słusznie krytykował Joseph Ratzinger.

Materialistyczni ewolucjoniści, jak przystało na wyznawców „sola materia”, nie dostrzegają ewolucji duchowej, która dokonała rewolucji w dziejach ludzkości przez wydarzenie bezprecedensowe: Duch stał się ciałem. Tylko tak można było zresztą — przez przyjęcie ludzkiej natury — uleczyć zranionego grzechem człowieka, co nie umknęło uwadze lekarza Łukasza. Nie przypadkiem ewangelista rodowód Jezusa rozpoczął od Drugiego Adama do pierwszego (por. Łk 3,23-38), wskazując tym samym, że nasze — skażone ewolucją — postrzeganie czasu powinno zostać uzdrowione. Prawdziwy postęp nie idzie wraz z czasem, ale w poprzek czasu: do tyłu i do przodu, od wydarzenia Chrystusa, które dokonało się w pełni czasu.

Bóg sprowokował w historii duchową mutację, która tym się różni od materialnych, że wymaga zgody ludzkiego ducha. Dzięki fiat Maryi dokonało się „nowe stworzenie”: jak pierwsza Ewa powstała z boku pierwszego Adama i stała się „kością z kości i ciałem z jego ciała”, tak Druga Ewa jawi się „duchem z ducha” Drugiego Adama, a On jest „ciałem z Jej ciała”, które z kolei mogło zostać stworzone w swej jedności duchowo-cielesnej tylko dlatego, że w przyszłości Bóg, który jest Duchem, miał się stać ciałem. Nie należy tracić głowy tym „zawróceniem czasu”: jeśli Włodzimierz Sołowjow będzie mógł pisać o nas jako o „uduchowionych istotach animalnych i ucieleśnionych duchach”, to jedynie dlatego, że Stwórca stał się również stworzeniem; z kolei nie stałby się naszym bratem, gdyby nie zgoda Maryi — naszej siostry.

Od początku do końca w relacji Boga z człowiekiem obowiązuje zasada: nic o nas bez nas, a nic o nas bez nas bez Niego. Zbawienie nie jest wyjątkiem od tej reguły. „Dla spłacenia długu naszej natury, natura nienaruszalna zjednoczyła się z naturą podlegającą cierpieniu, ponieważ wymagało tego nasze uleczenie” (List papieża Leona do Flawiana), jednak to zjednoczenie nie mogło się dokonać bez zgody natury podlegającej cierpieniu. Z kolei zgoda musiała być „nienaruszalna”, nie skażona zwątpieniem czy grzechem, a zatem wyrażona przez naturę już uleczoną. Bóg musiał więc dokonać zbawienia Maryi „na kredyt”, zanim jeszcze dokonało się dzieło odkupienia. Łaska Boża działa więc w Niepokalanej wstecz, co w żadnym razie nie jest równoznaczne z lekceważeniem czasu przez Boga.

Ta łaska — filozofuje filozof, bo takie jego zadanie, nawet jeśli rozum wydaje się skołowany — „zawsze obecna w Bożej wszechwiedzy, górująca nad wszystkimi czasami, a zatem zdolna do retroaktywnego działania sprawiła, że Maryja była zawsze pełna łaski, a tym samym dopuściła ją do współudziału w przyszłej Męce, której pierwszym owocem była Jej niewinność” (Jean Guitton). Ot, Boskich paradoksów kontynuacja: my też przyjmujemy dokonane w przeszłości odkupienie w pewnym momencie naszego życia, choć zostaliśmy do tego wybrani jeszcze zanim odkupienie się dokonało i zanim w ogóle czas zaczął tik-takać. Jeśli przyjmujemy łaskę odkupienia, to tylko dlatego, że już jesteśmy wspomagani łaską odkupienia, dzięki której nie moglibyśmy wyrazić zgody na jej przyjęcie.

Ba! W ogóle nie słuchalibyśmy Dobrej Nowiny o Bogu kochającym człowieka, gdyby nie to, że już uprzednio mieliśmy w ogóle jakieś pojęcie o Bogu. Tak więc Boski „wehikuł czasu” daje o sobie poznać i w tym, że bez wcześniejszej, jak to określił znany filozof Étienne Gilson, „spontanicznej pewności istnienia Boga”, bez jakiegoś rodzaju „prapojęcia” czy „praobjawienia” Boga, człowiek nie mógłby przyjąć Objawienia Bożego. Każdy rybak ludzi potwierdzi, że ewangelizowany ani nie reaguje zdziwionym karpikiem, ani rybim wytrzeszczem oczu na słowo „Bóg”. Nawet jeśli zaprzecza Jego istnieniu, to tylko dlatego, że nie może się Go wyprzeć.

John Henry Newman twierdził, że w sferze wiary „dziesięć tysięcy trudności nie powoduje jednej wątpliwości”, ponieważ pewność płynąca z wiary jest większa od pewności naturalnego rozumu, który musi czuć się zmieszany, gdy przychodzi mu zmierzyć się z tym, co go przerasta i uprzedza. Ale wystarczy jedna trudność płynąca z wiary, która ewolucyjne założenie o micie postępu od małego i mniej doskonałego do dużego i doskonalszego podda w wątpliwość. Wygląda na to, że jeśli jakiś postęp od nasienia do drzewa ma się dokonać, to tylko wtedy, gdy weźmie się najpierw nasiono z drzewa, i to odpowiedniego. Dlatego w rajskim ogrodzie rosło już drzewo nieśmiertelności (por. Rdz 2,9), którego owoce zadecydują o naszej wygranej walce o przetrwanie wieczne. Chyba że znów sami po nie sięgniemy, zamiast oczekiwać ich podania na patenie.

Dobra Nowina o ewolucji duchowej idzie na przekór duchowi tego świata, i ma moc wyegzorcyzmować opętanych myśleniem ewolucyjnym. Oto wszystko, co najważniejsze, już się dokonało. Możesz wygodnie, drogi (bo nabyty krwią Zbawiciela) Czytelniku, zatopić swoje ciało w fotelu, otworzyć usta i jak niemowlę u swej matki uspokoić swoją duszę (por. Ps 131). Wszystko, co dla twojej przyszłości musiało się dokonać, już się zrealizowało, nawet jeśli z twojej strony oczekiwać się będzie wszystkiego, żeby mogło się wydarzyć. Bóg już przygotował drogę, po której będziesz szedł przygotowując drogę Panu. Najpierw jest Ojciec, a dopiero potem staje się syn, jak najpierw jest drzewo, a potem nasiono. A przy okazji tego „zawrócenia czasu” dokonało się również jego nawrócenie.

Tekst ukazał się w „Homo Dei” (2014) nr 3. Publikacja w serwisie Opoki za zgodą Autora

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama