Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Z ks. prof. Andrzejem Zuberbierem, teologiem, przewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, rozmawia Janusz Poniewierski

Krzyż: "zgorszenie", "głupstwo" i moc Boża

JANUSZ PONIEWIERSKI: - Proszę Księdza, co należy zrobić z krzyżem stojącym w Oświęcimiu na terenie tzw. Żwirowni? Zostawić go, przenieść...?

KS. PROF. ANDRZEJ ZUBERBIER: - Nie chciałbym się na ten temat wypowiadać. To sprawa miejscowego ordynariusza, do której w żaden sposób nie chcę się mieszać.

Niektórzy jednak usiłują wpłynąć na decyzję biskupa. W Oświęcimiu głodował Kazimierz Świtoń, który żąda od ordynariusza bielsko-żywieckiego, by ten pisemnie zagwarantował, że nigdy nie zgodzi się na przeniesienie krzyża.

To jest szantaż i usiłowanie wymuszenia. Uważam takie postępowanie za co najmniej niewłaściwe z punktu widzenia stosunków zarówno ludzkich, jak i kościelnych.

Rozumiem obawy Księdza - jako przewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów - przed wyrażeniem opinii na temat krzyża w Oświęcimiu. Ale ja pytam prywatnie.

Podzielam zdanie abpa Muszyńskiego, który zapytany publicznie o ten krzyż odpowiedział, że należy brać pod uwagę wrażliwość innych ludzi. Czyli że nie możemy w tej dziedzinie postępować wyłącznie tak, jak nam dyktuje sumienie, serce, uczucia, tylko musimy się liczyć z drugą stroną, dla której krzyż nie jest znakiem nadziei ani zbawienia.

- Ksiądz Profesor ma na myśli Żydów, którzy, tak jak rabin Joskowicz, mówią, że im ten krzyż przeszkadza w modlitwie. Ale przecież w tym konflikcie nie ma "dwóch stron". Bo naprzeciwko Żydów stoją chrześcijanie, którzy wcale nie są monolitem. Jedni - dla których postulat przeniesienia krzyża jest równoznaczny z zaparciem się wiary - wołają: "Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem" i gotowi są w obronie krzyża głodować aż do śmierci. Drudzy - w imię dialogu - są skłonni ten krzyż (który, dodajmy, i dla nich jest świętym znakiem wiary) przenieść w inne miejsce.

Zgoda. Oświęcimski konflikt chyba bardziej odsłania problem różnego rozumienia krzyża w samym Kościele, aniżeli kwestię odmiennego rozumienia tegoż krzyża przez chrześcijan i Żydów.

Postulat liczenia się z racjami "drugiej strony" dotyczy więc zarówno katolickich "fundamentalistów", jak i tzw. "katolików otwartych"?

Oczywiście. Każdej ludzkiej wrażliwości należy się szacunek.

Ale jak prowadzić dialog z ludźmi, którzy nie zgadzają się z nami w rzeczach istotnych?

Obawiam się, że dialog nie zawsze i nie ze wszystkimi jest możliwy. Jest on możliwy tylko tam, gdzie obie strony są gotowe do nawiązania ze sobą jakichś kontaktów, gdzie darzymy siebie nawzajem uprzednim zaufaniem, jakoś się na siebie otwieramy. Wtedy jest możliwy dialog jako wspólne poszukiwanie prawdy pełniejszej niż ta, którą ma każdy z nas z osobna. Nikt z nas, nawet Kościół, do którego należymy, nie posiada całej prawdy. Soborowa Konstytucja o Objawieniu wyraźnie mówi, że Kościół dąży do tego, aby urzeczywistniały się w nim słowa Prawdy.

Przypomnę tu pytanie Piłata: "Czymże jest prawda?" Prawda Chrystusa to przecież nie jest zgodność z rzeczywistością ani zespół poglądów. Prawda Chrystusa to jest to, że klękam i umywam nogi.

"Ja jestem Prawdą" - mówi Jezus, Ten, który jest dla nas przede wszystkim w bliźnich. Mamy przykazanie miłości wszystkich ludzi, także miłości nieprzyjaciół. Wydaje mi się jednak, że jeśli istnieje powszechny obowiązek miłości nieprzyjaciół, to wcale nie ma powszechnego obowiązku prowadzenia dialogu. Powtarzam: dialog może być podjęty jedynie wówczas, gdy obie strony żywią do siebie podstawowe zaufanie.

- Biskup Rakoczy, przyjmując członków Społecznego Komitetu Obrony Krzyża, powiedział do nich: "Gdybyście traktowali mnie jako swego pasterza, mielibyście do mnie choć trochę zaufania, odrobinę dobrej woli..." Świecki nie ma zaufania do biskupa w kwestii dotyczącej krzyża! Toż to polska odmiana ruchu "Jesteśmy Kościołem". Proszę Księdza, jak to możliwe, żeby krzyż - znak wiary - podzielił katolików?

Bo inaczej nań patrzymy.

Zgoda, dla jednych jest on przede wszystkim sztandarem - w wielkiej sprawie zbawienia, ale i przeciw komuś... Może być też znakiem tożsamości. Z drugiej strony krzyż jest znakiem uniżenia, zaparcia się siebie.

"Kto chce iść za Mną, niech weźmie swój krzyż na każdy dzień...

Weźmie, a nie jedynie zawiesi na ścianie...

...i niech Mnie naśladuje" - mówi Jezus. To odnosi się do każdego człowieka. Według Ewangelii Jezus wypowiedział te słowa przed swoją męką. To ciekawe, trzeba było przecież, żeby w świadomości chrześcijan krzyż zyskał swoje miejsce symboliczne jako znak zaparcia się siebie, cierpienia, oddania życia za innych i - tak mi się zdaje - dopiero wówczas można było włożyć te słowa w usta Chrystusa. Nie wiem, czy w czasach Jezusa (to znaczy przed Jego śmiercią) krzyż miał już takie symboliczne znaczenie.

Był narzędziem męki.

Ale krzyż ma to swoje symboliczne znaczenie nie dlatego jedynie, że jest instrumentem męki. Idzie tu o całą postawę Jezusa: o krzyż jako symbol określonej skali wartości, określonego nastawienia przede wszystkim wobec cierpienia, a także wobec zła, które spotyka człowieka. Cytowane tu słowa Pana Jezusa znaczą pewną drogę życia, którą On nam wskazuje, podobnie zresztą jak wtedy, gdy mówi o ciasnej bramie i o tym, że nikt nie ma większej miłości niż ten, kto daje życie swoje za przyjaciół.

"...niech weźmie krzyż swój na każdy dzień" - powiada Jezus. A to znaczy: niech weźmie cierpienie i to doświadczenie zła, które nań spada. Niech weźmie, to znaczy w końcu: niech to zaakceptuje.

To nie było łatwe nawet dla Jezusa, który w Ogrodzie Oliwnym prosił Boga: "Ojcze, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich...

"...wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty". W tej modlitwie jest zawarta akceptacja tego wszystkiego, co miało Go spotkać. On to przewidywał i mimo to zaakceptował.

Ta akceptacja może być bliska także ludziom ukształtowanym jedynie przez Stary Testament. Myślę np. o idei "cierpiącego Sługi Jahwe".

Cierpienie jest pytaniem, które zadaje całe Pismo Święte, od Księgi Rodzaju do Apokalipsy. Biblia mówi najpierw, że cierpienie wynika z grzechu, jest karą za grzechy (zob. Rdz 3). Później pojawi się pytanie o cierpienie niewinnych (np. Księga Hioba). Wydaje mi się, że swoistą odpowiedzią na to jest krzyż Pana Jezusa. On nie rozstrzygał sprawy ludzkiego cierpienia jak filozof: nie zajmował się tym, skąd się to cierpienie bierze, tylko mówił: "Bierzcie swój krzyż i idźcie za Mną". Tą odpowiedzią było Jego własne cierpienie. Gdy człowiek cierpi, nie znajdzie w Ewangelii innego rozwiązania tego problemu jak tylko krzyż Pana Jezusa.

Przypomina mi się scena egzekucji z opowiadania "Noc": "Gdzie jest Bóg, gdzie On jest? - zapytał ktoś za mną. (...) I usłyszałem w sobie głos, który odpowiadał: »Gdzie On jest? Tam, tam wisi On na szubienicy«". Autorem tego opowiadania jest Elie Wiesel, żydowski pisarz, który kilka lat temu nazwał obecność krzyży w Birkenau "obelgą". Jedni mówią: "obelga", drudzy: "zgorszenie", jeszcze inni twierdzą, że modlitwy w cieniu krzyża zabronił im... Mojżesz. Zanim zapytam, czy możliwy jest dialog z tymi, którzy uważają, że krzyż jest zgorszeniem, proszę mi powiedzieć, co to w ogóle znaczy, że krzyż może być zgorszeniem. Jakim zgorszeniem? Przecież to znak miłości.

Skoro użył pan słowa "zgorszenie", sięgnijmy do I Listu do Koryntian, gdzie jest napisane: "Głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, (...) mocą Bożą i mądrością Bożą" (1,23-24). Ukrzyżowany jest zgorszeniem dla Żydów, którzy spodziewali się Mesjasza triumfującego. Żydzi nie łączą Mesjasza z "cierpiącym Sługą Jahwe". Dla nich - jeśli to dobrze interpretuję - przyjście Mesjasza oznacza koniec wszelkich cierpień i wszelkiego zła na ziemi. Dlatego nie mogą uznać Jezusa za Mesjasza, bo wraz z Jego przyjściem na świecie nie skończyło się zło i cierpienie, ale On sam się temu cierpieniu poddał. Jeśli ktoś taki podaje się za Mesjasza, to jest dla nich rzecz gorsząca.

Nakładają się na to wszystko dzieje stosunków chrześcijańsko-żydowskich. Bodaj w średniowiecznej Tuluzie w każdy Wielki Piątek jakiś Żyd musiał przychodzić do katedry i był tam publicznie policzkowany. Nic dziwnego, że dla wielu Żydów krzyż jest znakiem hańby i korzeniem antysemityzmu.

Dziś, jak sądzę, Żydom (którzy - trzeba o tym pamiętać - są społecznością bardzo zróżnicowaną) przeszkadza nie tyle Jezus ukrzyżowany, do którego przez te dwa tysiące lat zdołali się już przyzwyczaić, ile boli ich sam krzyż jako znak, pod którym chrześcijanie rzeczywiście prześladowali Żydów i głosili, że to właśnie oni są winni śmierci Pana Jezusa. Że ich cierpienie jest karą za Bogobójstwo.

W przeszłości tak zdaje się interpretowano zdanie: "Krew Jego na nas i na syny nasze".

Tak, dawniej uważano ponadto, że to pierwsze Boże wybranie już się skończyło. Że Bóg odwrócił się od Żydów. Ale to przecież nieprawda. Pierwsze wybranie jest ważne i nieodwołalne, bowiem, jak mówią Ojcowie Soboru w "Nostra aetate", Pan Bóg nie odwołuje swoich darów ani ich nie żałuje. My, chrześcijanie, też jesteśmy narodem wybranym, nowym Ludem Bożym, ale to nasze wybranie (czy Nowe Przymierze w Chrystusie) w jakiś sposób obejmuje i tamto.

Nie ma Nowego Przymierza bez Starego?

My, chrześcijanie, jesteśmy dziedzicami i pierwszego, i drugiego Przymierza, tyle że jest tak wyłącznie z naszego punktu widzenia. Natomiast w judaizmie Przymierze z Bogiem trwa niezależnie od Ewangelii.

Oni są dla nas "starszymi braćmi w wierze i wybraniu", a my?

My jesteśmy dla nich trochę uzurpatorami...

Z tego wynika, że powinniśmy szukać dialogu z naszymi "starszymi braćmi"...

Oczywiście.

...a oni nie muszą. My nie jesteśmy im "koniecznie potrzebni do zbawienia", a oni nam są.

Tak, jeżeli za Pismem Świętym nazywamy Abrahama naszym "ojcem w wierze", to przejmujemy niejako tamto wybranie, tamtą obietnicę i Abrahamową wiarę. Jeżeli sprawujemy Eucharystię, to święcimy nasze zbawienie w Ciele i Krwi Chrystusa, dokonane przez Jego śmierć i zmartychwstanie, ale jednocześnie święcimy wyjście z Egiptu - tamto wyzwolenie, które legło u podstaw pierwszego Przymierza.

Dla Żydów nabrzmiałym problemem jest także misyjność chrześcijaństwa. Przypomnijmy spór o Karmel i lęk, iż siostry modlą się o chrześcijański raj dla ofiar Szoa.

To samo ujawniło się również w protestach wobec beatyfikacji, a obecnie przewidywanej kanonizacji Edyty Stein.

Nieporozumienia polegają także na zupełnie innym stosunku do cmentarza i - co za tym idzie - do tego, czym jest Auschwitz. Dla nas, chrześcijan, Oświęcim to miejsce święte, "Golgota naszych czasów". Dla Żyda Auschwitz to metafizyczna pustka.

Właściwie dopiero teraz, w związku ze sporami o Karmel w Oświęcimiu, otworzył się przed nami problem wrażliwości Żydów, traktowania przez nich śmierci, cmentarza, etc. Przedtem nie zastanawialiśmy się nad tym. Żyliśmy obok siebie i tak naprawdę niewiele o sobie wiedzieliśmy.

Problem Auschwitz to - po pierwsze - wielkie pytanie teologiczne: czy Bóg jest obecny w każdym cierpieniu, czy też można powiedzieć, że tam Boga nie było? Po drugie - odmienny stosunek do cmentarza (a Auschwitz jest przecież nieskończonym cmentarzem) jest tu widoczny jak na dłoni. Dla nas cmentarz jest polem nadziei, stąd krzyż - znak wiary w zmartwychwstanie; dla Żydów, jeśli ich dobrze rozumiem, cmentarz to miejsce rytualnie nieczyste. Za zmarłych można się modlić, ale nie na miejscu ich pochówku.

Wróćmy do świętego Pawła: Ukrzyżowany jest "głupstwem dla pogan". Co to właściwie znaczy?

Niech pan spróbuje wczuć się w myślenie ówczesnego poganina: głupstwem jest głosić wiarę w jakiegoś skazańca, który miał rzekomo zmartwychwstać, a nas ma nauczyć właściwego stosunku do Boga, ludzi i życia, które trwa ponoć wiecznie. Co innego, gdyby przyszedł tu jakiś mędrzec...

Wiemy już, jak trudny może być wewnątrzkatolicki dialog na temat krzyża. A czy możliwy jest dialog z ludźmi, którzy w Ukrzyżowanym widzą przede wszystkim zgorszenie albo głupstwo?

Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Kardynał Ratzinger powiada, że tyle jest dróg do Pana Boga, ilu jest ludzi. A co to znaczy zgorszenie bądź głupstwo? Być może niektórym na pierwszy rzut oka wydaje się, że krzyż jest tym albo owym, ale po namyśle, po wejściu w siebie przekonaliby się, że wcale tak nie jest. I dialog staje się możliwy. Z drugiej strony jednak, jak prowadzić dialog, jeśli ktoś nie widzi w krzyżu (i w chrześcijaństwie) żadnej wartości?

Czym jest znak krzyża dla teologa?

Wydaje mi się, że krzyż, tak jak wszystko w naszej wierze, jest przede wszystkim wartością duchową i tym samym symboliczną. Jest bardziej symbolem czegoś o wiele głębszego aniżeli konkretnym przedmiotem materialnym.

Żegnam się albo udzielam błogosławieństwa i ten znak jest niezwykle ulotny; on nie ma w sobie nic materialnego, ale tkwi w nim przecież swoista siła duchowa. Krzyż ma dla mnie wartość i jest dla mnie czytelny na tyle, na ile jest znakiem naszego zbawienia. A znak to jest jakaś sprawa pomiędzy ludźmi. Czy ja dla siebie samego muszę znak czynić, czy dla innych?

Kiedy jadę pociągiem, to się żegnam, nawet jak jestem sam w przedziale.

Bo to jest przede wszystkim znak mojej relacji do Chrystusa, a dopiero potem pomiędzy nami.

Ale czy w takim przeżegnaniu się nie ma jakiejś magii? Jeden piłkarz żegna się, aby strzelić bramkę, drugi - żeby tę bramkę obronić...

Oczywiście, bardzo często tak się dzieje, że traktuje się znak krzyża jak coś magicznego. Tylko wtedy można tego uniknąć, kiedy ten zewnętrzny znak jest przejawem autentycznej wiary.

Ksiądz Profesor mówi o krzyżu jako symbolu, ale przecież w historii bywało różnie. Często przyzwyczajaliśmy się do konkretu. W imię drzewa krzyża, albo np. w obronie grobu Chrystusa potrafiliśmy zabijać.

A tymczasem Pan Jezus powiedział kiedyś, że "nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca, (...) tylko w Duchu i prawdzie". Czyli jak gdyby do ludzkiego wnętrza i do stosunków międzyludzkich przeniósł całe znaczenie, które wiązano dotąd z konkretnym miejscem. Różne takie myśli przychodzą chrześcijaninowi do głowy, kiedy stoi pod Ścianą Płaczu: Świątynia jerozolimska, meczet Omara i... słowa Jezusa o świątyni Jego ciała.

Ale spójrzmy na ten krzyżyk. To tylko przedmiot, lecz gdyby ktoś zażądał, żebym go zdjął, broniłbym się.

Historia zna takie przypadki, kiedy ludzie wrogo nastawieni do chrześcijaństwa chcieli, żeby ten oto człowiek, który tę wiarę wyznaje, podeptał krzyż. Ów człowiek nie chciał tego uczynić i często oddawał za to życie. I to było autentyczne męczeństwo. Człowiek wierzący nie może podeptać krzyża. Bo to jest znak jego wiary. Tu nie chodzi o przedmiot, lecz o to, że sprofanowanie krzyża byłoby wyrzeczeniem się wiary. Ale to wszystko nie znaczy, rzecz jasna, że muszę nosić medalik albo że mam go komuś siłą zawieszać.

Czasem jednak pojawia się pokusa, żeby ten znak zawiesić także tam, gdzie niekoniecznie musi on wisieć. Zawiesić, bo jest czymś pięknym, prawdziwym...

Symbole są prawdziwe jedynie dla tych, którzy widzą w nich symbolizowaną rzeczywistość.

Niektórzy protestują przeciwko krzyżowi wiszącemu na ścianie. Sprawa jest prosta, gdy z krzyżem walczy totalitarna władza. Ale czasem przeciwko krzyżowi protestuje obywatel, zdaniem którego obecność tego znaku w państwowym urzędzie narusza jego wolność sumienia.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że tak jak chrześcijanie w życiu publicznym powinni kierować się swoją wiarą, podobnie wiarą powinna być przeniknięta każda dziedzina życia. Pozostaje tylko pytanie, jak reagować, gdy publiczne przejawy naszej wiary są kwestionowane przez innych ludzi.

Obrońcy krzyża w Oświęcimiu powołują się na zakopiańską homilię Jana Pawła II: "Brońcie krzyża!"

Moim zdaniem, ta homilia jest wezwaniem nie tyle do obrony krzyża wystawianego na widok publiczny, ile przede wszystkim jego obroną we własnym sercu. Przeczytajmy: "Nie wstydźcie się tego krzyża. Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa". Czy to trzeba komentować? Przecież Papież domaga się wiary w zbawienie przez krzyż. I dalej: "Brońcie krzyża. Nie pozwalajcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym". Ten, kto wierzy, ma prawo (nie tylko prawo, ale i obowiązek) do manifestowania swojej wiary w rodzinie i w życiu publicznym. Manifestowania nie przez samo publiczne zawieszenie krzyża, ale przez stosunek do ludzi, z którymi współpracuje czy żyje na co dzień. Wiara nie musi się przejawiać w odmienianiu Imienia Bożego czy w noszeniu krzyża, ale w poglądach, w postawie życiowej, w podejściu do innych ludzi. We wszystkim, czym człowiek żyje. Tak rozumiem ten tekst.

Papież jeszcze dziękuje Panu Bogu za to, że "krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. - I dodaje - Niech on tam pozostanie".

Ale dlaczego krzyż ma tam pozostać? Przecież nie na złość tym, którzy w niego nie wierzą. "Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości - mówi dalej Jan Paweł II. - Niech przypomina nam o miłości Boga do człowieka". Tu nie chodzi o manifestację. Punktem wyjścia jest wiara i miłość, która ma się przejawiać w życiu rodzinnym, społecznym etc., a nie tylko w mówieniu o Bogu.

Jeden z biskupów, zapytany o krzyż w Oświęcimiu, odpowiedział, że krzyża zawsze warto bronić, ale zdumiewa go, iż bardziej troszczymy się o tamten krzyż materialny niż o Królestwo Boże w naszych sercach.

Te słowa Pana Jezusa nasuwają mi na myśl dwie sprawy. Pierwsza to zdanie św. Pawła (powtarzane potem przez ks. Popiełuszkę): "Nie sprzeciwiaj się złu, ale zło dobrem zwyciężaj". Nie odpłacaj: oko za oko, ząb za ząb. Nie oddawaj! Bo tamta zasada odwetu nie rozwiązuje problemu. Słowa te kojarzą mi się nadto ze sprawą przebaczenia. Pan Jezus mówi, że nie 7, ale 77 razy trzeba przebaczać, co znaczy po prostu, iż trzeba przebaczać zawsze. W naszej moralności (kaznodziejstwie, katechezie itd.) za bardzo zwracamy uwagę na spełnianie dobrych uczynków, a za mało myślimy o przebaczeniu, które też - choć w innym sensie - jest "dobrym uczynkiem". Owszem, jesteśmy gotowi - i to nas jakoś satysfakcjonuje - zrobić coś dobrego. Ale przebaczyć, gdy ktoś raz, drugi, trzeci uczynił nam zło...? A przecież przebaczenie jest nieodłączne od miłości.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Żydzi chrześcijaństwo krzyż Katolicy Judaizm Oświęcim zgorszenie żwirownia przymierze Auschwitz
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W