• Opiekun

Obozowe dzieci Stanisławy

Do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau Stanisława Leszczyńska trafiła jako więźniarka i położna. Na kilka tysięcy porodów, pomimo brudu, robactwa, szczurów, panujących chorób zakaźnych i braku wody nie miała ani jednego przypadku śmiertelnego wśród matek i niemowląt. Jak to możliwe?

Taka sytuacja była czymś niesamowitym nawet w oczach Niemców. „Pewnego razu Lagerarzt (lekarz obozowy pełniący nadzór nad obozowym szpitalem, przeprowadzający selekcję więźniów – przyp. ReJ) kazał mi złożyć sprawozdanie na temat zakażeń połogowych i śmiertelności wśród matek i noworodków. Odpowiedziałam wtedy, że nie miałam ani jednego przypadku śmiertelnego zarówno wśród matek, jak i nowo narodzonych dzieci. Lagerarzt spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Powiedział, że nawet najdoskonalej prowadzone kliniki uniwersytetów niemieckich nie mogą się poszczycić takim powodzeniem. W oczach jego czytałam gniew i zawiść” - wspominała Stanisława Leszczyńska w „Raporcie położnej z Oświęcimia”. Jak można przeczytać w biografii Leszczyńskiej „Położna. O mojej cioci Stanisławie Leszczyńskiej” autorstwa Marii Stachurskiej, raport powstał dopiero w 1957 roku kiedy Dzielnicowy Zarząd Służby Zdrowia Łódź – Bałuty zorganizował uroczystość związaną z 35 – leciem pracy zawodowej Stanisławy Leszczyńskiej i 25 – leciem pracy innych położnych. Kilka dni wcześniej Stanisława odwiedziła syna Bronisława. Chciała, by towarzyszył jej podczas tego wydarzenia. Syn zapytał co odpowie, gdy zapytają ją o obóz koncentracyjny. Wtedy Stanisława „jak nigdy wcześniej, zaczęła wygłaszać sprawozdanie z obozowej gehenny. Bronek natychmiast złapał ołówek i kawałek papieru i zapisywał każde słowo”.

Pracowałam z modlitwą na ustach

Stanisława Leszczyńska (1896-1974), żona Bronisława, matka czwórki dzieci – Bronka, Sylwii, Stacha i Henia była położną kochającą życie. Pisała o sobie: „Lubiłam i ceniłam swój zawód, ponieważ bardzo kochałam małe dzieci. Może właśnie dlatego miałam tak dużo pacjentek, że nieraz pracowałam po trzy doby bez snu. Pracowałam z modlitwą na ustach i właściwie przez cały okres mojej zawodowej pracy nie miałam żadnego przykrego przypadku. Wszystkie groźne sytuacje kończyły się szczęśliwie. W takich przypadkach modliłam się zwykle słowami – „Matko Boża, włóż tylko jeden pantofelek i przybądź szybko z pomocą”. Jako położna pracowałam ponad 35 lat”. Ta modlitwa do Matki Bożej z jednym pantofelkiem wyrosła z doświadczeń pani Stanisławy, która szybko biegła do drzwi, by otworzyć, kiedy zjawiał się pod nimi mąż, brat, bo jego żona, siostra właśnie miała rodzić. A Leszczyńska w biegu do drzwi zdołała założyć tylko jeden pantofel.

Przed II wojną światową pani Stanisława mieszkała wraz z rodziną w Łodzi. W momencie zajęcia jej przez Niemców do miasta przyjechały Niemki z uprawnieniami położnej, jednak miejscowe Niemki wolały, by ich dzieci przyjmowała na świat Polka Stanisława. Wcześniej w czasie 16 lat praktyki zdołała sobie wyrobić opinię świetnej położnej, która jak nikt potrafi zadbać o matkę i jej dziecko. Niemki nawet wystąpiły do administracji Izby Położniczej, by przywrócono Stanisławie uprawnienia. Udało się.

Stała się numerem 41335

Życie pani Stanisławy nie koncentrowało się tylko pracy i domu. Pierwszy z rodziny Leszczyńskiej w okupowanej Łodzi w konspiracji zaczął działać Bronek – junior. I tak Leszczyńscy zaczęli m.in. ukrywać uciekinierów, chociaż ich sąsiadami byli Niemcy. Pomagali również Żydom z łódzkiego getta. Niestety w wyniku „wsypy” rodzina Leszczyńskich została aresztowana przez Gestapo. Po śledztwie Stanisława wraz z córką została wywieziona do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, stała się numerem 41335. Nie sposób opisać wszystko co tam przeżyła, dlatego warto sięgnąć do biografii „Położna. O mojej cioci Stanisławie Leszczyńskiej”. Maria Stachurska zauważyła, że wokół położnej z Auschwitz powstały mity. Jak choćby ten, że by zostać obozową położną zgłosiła się bezpośrednio do Josefa Mengele. Było inaczej. Na sztubie 24, czyli położniczej, funkcję blokowej i położnej pełniła Schwester Klara, kryminalistka oskarżona o dokonywanie aborcji w Niemczech. Najprawdopodobniej Klara zachorowała w maju 1943 roku na tyfus plamisty, a lekarz obozowy zlecił poszukiwanie zastępstwa. Dowiedziała się o tym Leszczyńska i sama zgłosiła się do niego z propozycją, że zastąpi Klarę. Niemożliwe by był to Mengele, bo on otrzymał przeniesienie do KL Auschwitz-Birkenau 30 maja, a ona trafiła do bloku położniczego na początku maja.

Jedno jest pewne do maja 1943 roku wszystkie dzieci urodzone w obozie oświęcimskim były w okrutny sposób mordowane, topiły je Schwester Klara i Schwester Pfani. Potem matka noworodka mogła zobaczyć ciało dziecka rzucone przed blok i rozszarpywane przez szczury. Kiedy na położniczą szubę trafiła Leszczyńska, stała się ona miejscem, gdzie z radością witała każdego nowo narodzonego człowieka. Barak, w którym rodziły kobiety, miał na środku piec zbudowany z cegieł w kształcie kanału. Służył jako jedyne miejsce dla porodów. Palono w nim zaledwie kilka razy do roku, dlatego zimno było dokuczliwe. „Na bloku panowały ogólne infekcje, smród i wszelkiego rodzaju robactwo. Roiło się od szczurów, które odgryzały nosy, uszy, palce czy pięty opadłym z sił i nie mogącym się poruszać ciężko chorym kobietom. W miarę możliwości odganiałam je od chorych na zmianę z kobietą dyżurującą w nocy, tak zwaną nachtwachą. Czyniły to również chore rekonwalescentki, dzieląc się między sobą godzinami snu - podkreśliła w raporcie Leszczyńska. – O wodę niezbędną do obmycia rodzącej kobiety i noworodka musiałam starać się sama, przy czym przyniesienie jednego wiadra wody pochłaniało około 20 minut”.

Walczyła o każde życie

„W maju 1943 roku sytuacja niektórych dzieci uległa zmianie. Dzieci niebieskookie i jasnowłose odbierano matkom i wysyłano do Nakla w celu wynarodowienia - czytamy w raporcie. - Z myślą o odzyskaniu tych dzieci w przyszłości, o przywróceniu ich matkom, zorganizowałam sposób oznaczenia niemowląt tatuażem, który nie zwracał uwagi esesmanów. Niejedną matkę pocieszała myśl, że odnajdzie kiedyś swoje utracone szczęście. I w kilkunastu przypadkach rzeczywiście to się udało. Dzieci żydowskie nadal były topione z bezwzględną surowością”. Schwester Klara i Schwester Pfani śledziły Żydówki przy porodzie, a potem dzieci topiono w beczce. Stanisława Leszczyńska nigdy nie wypełniła rozkazu Mengele, by nie zawiązywać pępowin żydowskim noworodkom i je zabijać, chociaż wiedziała, że przez to naraża swoje życie.

Spośród wielu kobiet Leszczyńska szczególnie mocno zapamiętała tę z Wilna, której numer wywołano bezpośrednio po urodzeniu dziecka. Poszła ją tłumaczyć, ale to wywołało tylko gniew. Wtedy Stanisława zorientowała się, że matkę wezwano do krematorium. Kobieta owinęła dziecko w brudny papier, bo niczego innego nie było i przytuliła je do piersi. Poszła dygocząc z zimna i głodu. Nie mogła wydobyć głosu, tylko po policzkach spływały łzy. Zginęła razem ze swoim nowo narodzonym dzieckiem. Matki po latach wspominały Stanisławę jako tę, która pracowała z poświęceniem, często narażając swoje życie i nazywały ją mamą, pewnie dlatego że była jak dobra, kochająca mama. Nawet Mengele zwracał się do niej Mutti. Kiedy już nie mogła uratować dziecka, które umierało z głodu, ratowała jego matkę. I dawała innym nadzieję, Każde nowo narodzone dziecko chrzciła z wody – niezależnie od tego, czy matka była chrześcijanką czy żydówką. Nie robiła tego wbrew woli matek. Wszystkie zgadzały się na jej gest i odnajdywały w nim otuchę. W święta Bożego Narodzenia i w Wielkanoc dzieliła się z nimi tym, co dostała w paczce od najbliższych. Organizowała potajemne nabożeństwa, na które przychodziły również Żydówki. Nauczyła je odmawiać „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”. Dużo śpiewała pieśni religijne, jak i świeckie, a przecież śpiewanie na głos było zabronione w obozie. Ten śpiew dawał więźniarkom nadzieję, poczucie wspólnoty i wiarę, że we wszystkim nie są same.

Jak zauważył kiedyś Henryk, syn Stanisławy Leszczyńskiej, ona nie tylko w obozie koncentracyjnym walczyła o każde życie. „Byłem świadkiem rozmowy prowadzonej przez nią z dwojgiem małżonków, którzy zwierzyli się jej ze swego zamiaru pozbawienia życia ich nienarodzonego dziecka. O życie tego dziecka walczyła jak o własne. Mówiła do nich tak długo, aż do chwili, w której z twarzy i zachowania tych osób mogłem wnioskować, że mama odniosła zwycięstwo” - wspominał.  A w raporcie Leszczyńska zauważyła: „Jeżeli w mojej Ojczyźnie – mimo smutnego z czasów wojny doświadczenia – miałyby dojrzewać tendencje skierowane przeciw życiu, to wierzę w głos wszystkich uczciwych matek i ojców, położnych, wszystkich uczciwych Polaków w obronie życia i praw dziecka”. I te słowa są aktualnym wezwaniem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama