Głębokie zanurzenie

O trudnościach materialnych dotykających wspólnoty mniszek klauzurowych

Żeńskie klasztory klauzurowe — tajemnicze, otoczone wysokimi murami, dalekie od świata, zawsze budziły zainteresowanie i działały na wyobraźnię „ludzi z zewnątrz”. Radykalne życie mniszek budziły podziw, szacunek i ofiarność świeckich. Bywały też obiektem ataków, wrogości, nawet przemocy ze strony rozmaitych reformatorów społecznych i rewolucjonistów. We współczesnym świecie najczęściej spotykają się z niezrozumieniem. Czy te panie nie mogłyby się zająć jakąś pożyteczną robotą? — można przeczytać także na łamach prasy katolickiej. Mimo trudności i zawirowań — trwają od wieków.

Ostatnio wspólnoty mniszek klauzurowych w Polsce przeżywają poważne trudności materialne. Przez lata utrzymywały się z własnej pracy. Obecnie jest to niemożliwe — wysokie ceny za elektryczność i gaz doprowadziły do załamania klasztornych budżetów.

Aby przetrwać, klasztory kontemplacyjne potrzebują pomocy świeckich — mówi kamedułka matka Weronika Sowulewska, przewodnicząca Konferencji Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych.

Zmarnowane życie

Trudno wytłumaczyć ludziom, którzy żyją w świecie, jakie jest znaczenie zamknięcia się na całe życie za klauzurą i nie zajmowanie się „pożyteczną robotą”. — Propozycja, żeby zakonnice klauzurowe „zajęły się czymś pożytecznym” jest równie uzasadniona, jak propozycja, by fizyków-teoretyków lub filozofów wysłać jako junaków do budowania Nowej Huty — mówi o mniszkach klauzurowych metropolita lubelski abp Józef Życiński. Budowa Nowej Huty może wydawać się komuś wielkim osiągnięciem, ale trzeba pamiętać, że refleksja teoretyczna była czymś pierwotnym i gdyby jej zabrakło, bylibyśmy barbarzyńcami. Podobnie jest z zakonami kontemplacyjnymi, które są fundamentem naszej kultury. Ich więź z Bogiem, otwarcie na niewidzialną rzeczywistość łaski pozostaje wskaźnikiem tej kultury — podkreśla metropolita lubelski.

— Nie da się obronić naszego sposobu życia — mówi matka Jolanta Rzoska, ksieni klasztoru benedyktynek w Żarnowcu. — Ale Bóg ma prawo do tego, żeby zabrać wyłącznie dla Siebie życie ludzi, których sobie wybrał. — Wiemy, że wydaje się to bez sensu, że to zmarnowane życie.

Modlący się na górze

Klauzura to część klasztoru lub domu zarezerwowane wyłącznie dla członków wspólnoty zakonnej. Powszechne prawo klauzury wprowadził w 1298 r. papież Bonifacy VIII zakazując wszystkim mniszkom wychodzenia z klasztoru z wyjątkiem zagrożenia dla życia lub ciężkiej choroby. Klauzura miała być „więzieniem i grobem” dla osób, które decydują się do niej wejść. Przez wieki za klasztornymi murami żyły pokolenia benedyktynek, kamedułek, dominikanek, klarysek, karmelitanek, wizytek, sakramentek. Ich śmierć dla świata symbolizował czarny całun, którym przykrywano zakonnicę, składającą śluby wieczyste. Matka Weronika Sowulewska mówi, że do dziś w skrzyniach klasztoru w Złoczewie zachowały się takie całuny.

Choć ceremonia ślubów wieczystych wygląda dziś inaczej (Za bardzo przeżywali ją rodzice — tłumaczy matka Weronika), ale istota życia za klauzurą jest wciąż ta sama — jest „doświadczeniem «śmierci», która przynosi obfitość życia i jest radosnym zwiastowaniem i proroczą zapowiedzią życia oddanego całkowicie Bogu” — pisze Jan Paweł II w adhortacji apostolskiej „Vita consecrata”. Członkowie wspólnot zakonnych „naśladują swoim życiem i misją Chrystusa modlącego się na górze, dają świadectwo panowania Boga nad historią i są zapowiedzią przyszłej chwały”.

W tym samym dokumencie obszerny fragment poświęcony jest mniszkom klauzurowym. Klauzura jest nie tylko niezmiernie wartościowym środkiem ascetycznym, ale sposobem przeżywania Paschy Chrystusa”. Wybierając zamkniętą przestrzeń, wyrzekając się rzeczy, przestrzeni, wielu dóbr stworzonych, ofiarowując w sposób szczególny swoje ciało, mogą bardziej odczuwalnie zagłębiać się w misterium eucharystyczne. „Mniszki ofiarowują się wraz z Chrystusem za zbawienie świata” — czytamy w adhortacji.

Umiera się od piątej rano

U klarysek w Starym Sączu pobudka jest o 4.45, u bernardynek w Krakowie dziesięć minut później, o 5.20 wstają benedyktynki z Żarnowca. Siostry odmawiają modlitwy brewiarzowe, odprawiają medytację, biorą udział we Mszy św. Po śniadaniu pracują. Dzień przeplatany jest modlitwą — odmawianiem oficjum od jutrzni aż po kompletę. Po obiedzie wracają do pracy, benedyktynki mają godzinę czytań i czas milczenia. Po południu mają rekreację. Dzień kończy się kompletą i modlitwą na zakończenie dnia. W szczególny sposób muszą zorganizować się wspólnoty, które mają w charyzmacie wieczystą adorację Najświętszego Sakramentu — bernardynki, sakramentki, klaryski od wieczystej adoracji — grafik godzin modlitwy przed Jezusem kształtuje rytm dnia całej wspólnoty.

Najpowszechniejszym sposobem pracy zarobkowej zakonnic to szycie i haftowanie szat liturgicznych i wypiekanie komunikantów, niektóre klasztory przyjmują gości.

Szaty haftują klaryski ze Starego Sącza i klaryski od wieczystej adoracji z Elbląga, a także sakramentki z Wrocławia. Dominikanki z nowobudowanego klasztoru w Radoniach szyją braciom i ojcom habity.

Komunikanty wypiekają ubogie siostry św. Klary z Kalisza. To bardzo ciężka praca — mówi matka Elżbieta Raszczyk, najmłodsza, gdyż 33-letnia, ksieni na świecie. Opowiada, że w pomieszczeniu, w którym wypieka się komunikanty temperatura jest jak w saunie, gdyż siostry nie mają nowoczesnych maszyn, ręczna robota nie jest tak precyzyjna, więc w czasie rekreacji cała wspólnota siedzi i przebiera opłatki, które są nadłamane.

Mniej typowym sposobem zarabiania są tłumaczenia (siostry z Radoń), praca naukowa (siostra Małgorzata Borkowska, znakomity historyk zakonów w Polsce z Żarnowca), kilka karmelitanek maluje ikony. Dominikanki ze św. Anny w pobliżu Częstochowy wytwarzają na bazie sadła i ziół maść według starożytnej 200-letniej receptury. Doskonale skutkuje na choroby skórne. Pod jednym warunkiem — że chory odmówi modlitwę do św. Anny, która jest dołączona do każdego pojemniczka z maścią.

Siostry mają też gospodarstwa, sady i warzywniki, dzięki czemu mają własną żywność. Benedyktynki w Żarnowcu mają 20 ha ziemi uprawnej i łąk, stary, ciągle psujący się, gdyż pochodzący z lat 70. traktor, krowy, świnki i kury. Ksieni klasztoru matka Jolanta Rzoska opowiada, że udaje im się zbierać dobre plony dzięki poświęceniu siostry, kochającej pracę na roli. Sadzą ziemniaki, kapustę, buraki i rozmaite jarzyny, choć rolnicy — sąsiedzi rezygnują z upraw, gdyż przestaje im się to opłacać. W porze wykopków do klasztoru przyjeżdżają zaprzyjaźnione z siostrami rodziny i pomagają zebrać ziemniaki.

Kamedułki ze Złoczewa mają 4 hektary, dominikanki ze św. Anny koło Częstochowy kilkanaście arów. Niemal w każdym klasztorze jest sad lub ogród warzywny, siostry hodują drób, nieraz mają krowy i świnki. Dzięki temu większość wspólnot wytwarza własną żywność, ale przy nowych cenach energii staje się to coraz mniej opłacalne.

Mniszki modlą się około 6 godzin na dobę, od 4 do 6 pracują zarobkowo. Pozostałe godziny to prace gospodarcze i rekreacja. - Ludzie nie zdają sobie sprawy, że modlitwa to ciężka praca — mówi matka Rzoska z Żarnowca. - Na początku modlitwa jest radością, ale przychodzi czas oschłości i oczyszczeń, potrzebny jest wysiłek, aby się modlić kilka godzin dziennie. Ponadto modlitwa wymaga zaplecza autentycznego życia — serce modlącej się musi nawrócić się do Boga — podkreśla matka Jolanta.

Mniszki prowadzą bardzo intensywny tryb życia, siostry nieraz są przemęczenie. Ale na tym polega umieranie, które wydaje tak obfite owoce.

Pieniądze i Opatrzność

Mimo ciężkiej pracy i przemęczenia większość wspólnot kontemplacyjnych w Polsce przeżywa dziś poważne trudności materialne. Do niedawna mniszki utrzymywały się z własnej pracy, obecnie, przy wysokich cenach za elektryczność, wodę i gaz staje się to bardzo trudne, wręcz niemożliwe.

Stałe dochody — bardzo niskie emerytury rolnicze i wynagrodzenie za wykonywaną pracę nie wystarczą na pokrycie wszystkich kosztów. W wielu wspólnotach są starsze siostry, którym trzeba kupować lekarstwa. Utrzymanie 16 sióstr z klasztoru klarysek w Elblągu kosztuje ok. 3 tys. 370 zł miesięcznie, z czego tysiąc złotych wydano na leki. W św. Annie, gdzie mieszka 34 sióstr, na lekarstwa trzeba wydać miesięcznie 3 tys. zł — dokładnie tyle, ile wpływa do klasztornej kasy za sprzedaż „dominikańskiej maści” — mówi matka Ludwika Sobczak. Mimo ciężkiej pracy, 11 klarysek z Kalisza żyje w więcej niż skromnych warunkach. — Czasami problemem jest zapewnienie chleba i mleka wspólnocie — wyznaje matka Elżbieta.

Dochodzi też problem ogromnych kosztów utrzymania klasztoru. Często są to historyczne budowle, zabytki najwyższej klasy. Starosądecki czy krakowski klasztor klarysek, benedyktyński klasztor w Staniątakach w Krakowie, klasztor norbertanek, najstarszy z zachowanych w Polsce. Sumy, przyznawane przez państwo na remont i konserwację są niewystarczające, trzeba więc szukać sponsorów. Remontu wymaga piękny barokowy XVII-wieczny klasztor dominikanek w św. Annie. Siostry znalazły sponsora — 15 tys. zł zostało przeznaczone na pokrycie blachą zaledwie kawałka kopuły. Ostatnio sponsorowi, który chce odnowić główny ołtarz ze słynącą cudowną figurką św. Anny Samotrzeciej, interesy idą gorzej. — Ludzie nie mają pieniędzy, więc trudno żebyśmy miały od nich lepiej — mówi matka Ludwika ze św. Anny.

Problemy mają także siostry ze wspólnot, które budują klasztory — trwa to bardzo długo, latami. Dominikanki z Radoni, gdzie budowa trwa od 12 lat, po otrzymaniu pozwolenia od biskupa diecezji jeżdżą kwestując po parafiach. Opowiadają o swoim życiu, później stają przed kościołem z puszkami. — Jesteśmy przecież zakonem żebrzącym— mówi matka Dominika Sokołowska, przeorysza klasztoru. To wymiana darów między nami i ludźmi. — Oni proszą o modlitwę, przestają się czuć samotni. A my się modlimy.

W trudnych chwilach siostry doznają szczególnej opieki Opatrzności. Nieraz brakuje na zapłacenie rachunków, nie wiadomo, co będzie z jutrzejszym obiadem. I nagle znajduje się sponsor, który swą ofiarą rozwiązuje problem.

Ręce do góry, matko!

Pierwszą rzecz, jaką zrobił ks. Damian Zimoń, gdy otrzymał nominację na biskupa było odwiedzenie sióstr wizytek w Rybniku. „Byłem totalnie bezradny” — tłumaczy swoją reakcję.

- Kiedy sześć lat temu otrzymałem nominację na biskupa lubelskiego i przyjechałem do Lublina, pod koniec pierwszego dnia pobytu na nowym miejscu odwiedziłem siostry karmelitanki w Dysach — wyznaje metropolita lubelski abp Józef Życiński. - Utrzymuję z nimi bliskie więzi, polecam ich modlitwom moją posługę. - Miałem szczęście, że po pierwszym roku mojego kapłaństwa przyjechałem do Warszawy, by zastąpić ks. Jana Twardowskiego i kapelanować u sióstr wizytek. Miałem codzienne kontakty z siostrami przez cały miesiąc. Ten kontakt jest dla mnie bezcenny, w dużym stopniu ukształtował moją postawę wobec zakonów kontemplacyjnych. Będąc biskupem tarnowskim miałem pod opieką dwa zakony kontemplacyjne — bernardynki w Zakliczynie i klaryski w Starym Sączu. W tym czasie udało się udokumentować cud, który później stał się podstawą do kanonizacji bł. Kingi. To związało mnie bardzo z klaryskami.

O klasztory kontemplacyjne w swojej diecezji niezwykle troszczy się obecny bp tarnowski

Wiktor Skworc. Gdy w 1997 otrzymał nominację na biskupa, niezwłocznie odwiedził klasztor karmelitanek w Katowicach. Przeorysza klasztoru, nie wiedząc o jego nominacji zwierzyła się, że siostry modlą się w intencji biskupa tarnowskiego, gdyż chciałyby tam założyć fundację. Bp Skworc uznał, że jest to znak od Boga — klasztor karmelitanek został wybudowany w stolicy jego diecezji w rekordowym tempie — półtora roku. — Pan Bóg tego chciał — mówi bp Skworc. Gdy ma trudne problemy związane z posługą, dzwoni do klasztoru i prosi: Matko, ręce do góry! Klasztory kontemplacyjne to modlitewne ramię biskupa - dodaje. Dlatego otacza zakonnice szczególną troską — bernardynki w Zakliczynie, klaryski w Starym Sączu, karmelitanki w Tarnowie. Co rano w tarnowskim Karmelu odprawia Mszę jeden z profesorów Wyższego Seminarium Duchownego. Głosi homilię, a później mini-wykład z dziedziny, w której się wyspecjalizował. Bernardynki i klaryski także korzystają z tych wykładów — naturalnie rzadziej, gdyż do ich klasztorów profesorowie muszą dojeżdżać.

Do furt klasztornych pukają nie tylko biskupi, ale coraz częściej wierni, przytłoczeni cierpieniem i trudnościami.

Czy można powiedzieć, że żeńskie wspólnoty klauzurowe to ochroniarze duchowi Kościoła? zastanawia się abp Życiński. — Ochroniarz kojarzy mi się przede wszystkim z gotowością do walki, natomiast siostry, trwające na modlitwie mają inną formę zaangażowania — w ochronie podstawowych wartości. Ale zgadzam się, że to dzięki ich postawie chronimy to, co w naszej kulturze jest istotne.

Alina Petrowa-Wasilewicz (KAI)

opr. ab/ab

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama