Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao
o potrzebie szaleństwa

o potrzebie szaleństwa

czyli Pan Bóg nie stworzył świata dla porządnych ludzi

z o. prof. Janem Andrzejem Kłoczowskim

dominikaninem, filozofem religii, rozmawiają Sławomir Rusin i Marcin Jakubionek

Ojcze Profesorze, w literaturze, w historii duchowości przewija się motyw Bożego szaleńca, idioty. W Bizancjum mówi się o saloitach, w Rosji o jurodiwych...

Termin „idiota" ma dwa znaczenia. Z jednej strony, może oznaczać po prostu głupca, ignoranta, a z drugiej, kogoś zachowującego się inaczej niż otoczenie - innego, odmiennego. Niewątpliwie to drugie znaczenie można odnieść - wynika to zresztą z Ewangelii - do Jezusa. Przecież kiedy zaczął nauczać, przyszli do Niego krewni, by Mu tego zabronić. Uważali bowiem, że odszedł od zmysłów (Mk 2, 21), czyli oszalał. Przedtem był normalny, żył „jak Pan Bóg przykazał", był cieślą, który wykonywał wszystko, co do niego należało, aż tutaj nagle zmienił całkowicie swoje życie, zaczął nauczać, gromadzić wokół siebie jakichś uczniów i dokonywać dziwnych rzeczy, które inni uznają za cuda i znaki Bożej obecności.

Jak odróżnić zwykłego głupca od Bożego idioty?

Kryterium stanowi konformizm. Głupiec robi to wszystko, czego oczekuje od niego otoczenie, i to jest istota jego życia. Nie zastanawia się nad tym, czego chce od niego Bóg. Nie traktuje drugiego człowieka jak kogoś, kogo należy kochać i któremu trzeba służyć swoją miłością, ale jak kogoś, kogo należy naśladować. A jeżeli kogoś naśladuję, to w pewnym sensie staje się on moim władcą. Toteż nad głupcem władzę ma stado.

Natomiast bycie świętym, Bożym szaleńcem oznacza odmienność od tego, co można nazwać dobrym ułożeniem albo byciem grzecznym.

Przecież świętość kojarzy się z takim „byciem grzecznym"...

Niekoniecznie. Taka świętość, która kojarzy się z „byciem grzecznym", ma więcej wspólnego z mieszczańskim uporządkowaniem niż z Bogiem. Jej ideał wygląda mniej więcej tak: jestem porządny, nie piję, nie palę, rozmnażam się (przez pączkowanie oczywiście) i mam napisane na drzwiach (jak to bywało na początku XX w.): „Płacę na Caritas, ubogich nie przyjmuję". Oczywiście byli święci, którzy mieścili się w takim kanonie obyczajowym, ale byli też i inni, jak na przykład - najbardziej znany w naszym zachodnim Kościele - św. Franciszek. On posiadał wszystkie cechy szaleńca; począwszy od tego, że zerwał ze swoim dotychczasowym życiem porządnego kupca z Asyżu. Zrzucił szaty w obecności biskupa i uciekł nago. To przecież wygląda bardziej na akt zgorszenia niż na akt świętości. Gdy spojrzymy na jego życie w całości okazuje się jednak, że był to gest jak najbardziej rozumny.

A po drugiej stronie stoi św. Stanisław Kostka - „superułożony" chłopiec.

Czyżby? Przecież na przekór rodzicom uciekł z domu i na piechotę - autostopu jeszcze nie było - pobiegł do Rzymu, aby wstąpić do zakonu jezuitów. Zrobił to wbrew wszelkim zasadom, a nawet, można powiedzieć, wbrew przykazaniu: „Czcij ojca swego i matkę swoją". Nie mylmy życiorysów świętych tworzonych na użytek szkolnej katechezy z prawdziwym doświadczeniem człowieka. Według mnie, Kostce o wiele bliżej jest do Bożych szaleńców niż do tych czułych młodzianków, którzy służą do Mszy i czasem wiedzą tylko, ile księdzu trzeba nalać wina, a ile wody.

Za jednego z pierwszych Bożych szaleńców można chyba uznać proroka Ozeasza. On, Boży człowiek, ożenił się z prostytutką i mimo że ciągle go zdradzała, pozostał z nią. Czego Bóg może od nas żądać? Czy istnieje jakaś miara szaleństwa dla Boga?

Nie wiem. Bóg przemawia do każdego z nas indywidualnie, ale nigdy na zasadzie: „Ty będziesz szaleńcem! Rób to i to". On nigdy do niczego nie zmusza, mówi tylko: „Wypełniaj to, co jest twoim powołaniem". Odpowiedź na to wezwanie to osobista sprawa każdego z nas.

Użyte w odniesieniu do Ozeasza określenie „szaleniec" pochodzi od ludzi, którzy patrzą na to zjawisko z zewnątrz, do końca go nie rozumiejąc. Iluż rodziców uważa za szalone swoje dziecko, które decyduje się wstąpić do klasztoru albo na przykład wyjechać do Afryki, żeby służyć trędowatym? Dla takiej osoby jest to jak najbardziej rozumne działanie, bo jest odpowiedzią na Boże wezwanie, natomiast tzw. normalni ludzie uznają, że to idiotyczne, bo nie mieści się w normach, którymi rządzi się stado: „Miała być porządną dziewczyną, żyć jak wszyscy, a teraz co tam z nią zrobią". Boży szaleńcy przypominają nam, że do istoty postawy ewangelicznej należy pewien element „kontestacji stada", którego członkowie są posłuszni sobie nawzajem i chcą sobie stworzyć takie miłe, dobre życie - dobre, oczywiście, w banalnym mieszczańskim znaczeniu.

Przypominają się tu słowa pewnej piosenki, w której Bóg mówi do Noego: „wyście to tak po ludzku, po ludzku spartolili (...) utopię waszą utopię". Wychodzi na to, że Bóg, aby ochronić nas przed nami samymi, przed naszą „utopią", zsyła od czasu do czasu takich ludzi, jak na przykład jurodiwi...

Tak. Znakomitym literackim przykładem jest książę Myszkin z powieści „Idiota" Dostojewskiego. Myszkin to ktoś zupełnie inny niż reszta postaci powieści: zaskakuje wszystkich swoim zachowaniem, nie podąża, jak pozostali, za swoimi namiętnościami i potrafi ewangelicznie nadstawić drugi policzek.

Ale Myszkin był też chory, miał epilepsję.

Był chory, to prawda. Ale myślę, że Dostojewski, jako znakomity pisarz, postawił problem choroby Myszkina również dlatego, że chciał zbadać, jak to jest z nim naprawdę. Teologia nie wyklucza możliwości bycia świętym i pojawiania się pewnych incydentów chorobowych. Przykładem jest św. Adam Chmielowski, który przeżył psychiatryczny „incydent", a przecież nie przeszkodziło mu to być świętym. On też był Bożym szaleńcem, przecież stał na progu wielkiej kariery malarskiej, mógł wystawiać w najwspanialszych salonach krajowych i międzynarodowych, ale rzucił to wszystko. Założył brązowy habit tercjarza franciszkańskiego i zaczął służyć pijaczkom i bezdomnym. W tym szaleństwie jest pewien element wyzwania rzuconego światu. Dobrze, że w naszej rozmowie padło imię proroka Ozeasza, bo w byciu Bożym idiotą dostrzegam pewien element prorocki. Prorok nie tylko poucza, ale pokazuje, jak inne może być życie i jak inne może być nastawienie do rzeczywistości, która nas otacza.

Jaki jest stosunek Kościoła do takich szalonych proroków? Chyba nie zawsze są rozumiani.

Postępowanie Bożych szaleńców wzbudza na początku przeważnie bunt, ale bywa że z czasem staje się przykładem do naśladowania - wracam tu myślą do św. Franciszka. Natomiast jeżeli wychodzi ono poza posłuszeństwo Kościołowi (na przykład głoszenie zbędności jego pośrednictwa w kontakcie z Bogiem), to Kościół twierdzi, że nie ma w tym Ducha Bożego, charyzmat jest bowiem dany dla dobra wspólnego. Być może właśnie tacy szaleńcy, jurodiwi, to rodzaj charyzmatyków, którzy otrzymują od Ducha Świętego specjalny dar ożywienia wspólnoty, dar dany nie dla ich udoskonalenia, ale dla dobra wierzących.

W Kościele istnieje zgoda na takie niekonwencjonalne zachowania, jeśli ich celem jest wzbudzenie duchowego niepokoju, fermentu w ludziach, którzy za bardzo oswoili się ze swoją wiarą. Chrześcijaństwo bowiem staje się czasem formą, w której odnajdują się tzw. porządni ludzie, niezależnie od tego, jakie jest ich zaangażowanie i wiara. Trzeba nam szaleńców, którzy obudzą nas z takiej duchowej drzemki i zachęcą do pewnych niekonwencjonalnych zachowań. Tak naprawdę Ewangelia ze swej istoty jest niekonwencjonalna. Kazanie na Górze to kodeks zachowań dla szaleńców. Kto bowiem miłuje nieprzyjaciół, kto nadstawia po uderzeniu drugi policzek?

Czyli jurodiwi pokazują nam, co w naszym chrześcijaństwie jest tak naprawdę chrześcijańskie...

Właśnie. W chrześcijaństwie mieści się element nonkonformizmu i uważam, że jest to istota duchowego przesłania tych, którzy są obdarzeni charyzmatem szaleństwa. Zresztą jedno ze znaczeń terminu „jurodiwy" to „natchniony".

Pan Bóg nie stworzył świata dla porządnych ludzi, tylko dla ludzi dobrych. Jeżeli jesteśmy tylko porządni, to Go zasmucamy.

Dlaczego tak trudno zaakceptować to szaleństwo nam - normalnym?

Mam głęboką nadzieję, że nikt z nas nie jest normalny. Problem w tym, że my uciekamy w „normalność", bo tak jest nam wygodniej, ale cień tego Bożego szaleństwa jest w każdym z ochrzczonych, a przede wszystkim w bierzmowanych. Szaleństwo jest bowiem jednym z darów Ducha Świętego, a skrywa się - paradoksalnie - pod nazwą daru mądrości. Mądrość Boża każe patrzeć na świat nie oczami człowieka, ale oczami Boga.

Czyli tzw. normalność nie jest stanem naturalnym człowieka?

Nie. Ona jest stanem człowieka po grzechu pierworodnym. Od tego momentu żyjemy złudzeniami. Sytuację zmienia Objawienie. Słowo to, z łac. revelatio, oznacza też „odsłonięcie". Spojrzenie na rzeczywistość z wiarą i dzięki darom Ducha Świętego w jakimś stopniu odsłania nam jej prawdziwy sens, pokazuje, co i ile z tego, co robimy, służy dobru i naszemu zbawieniu, a co i ile robimy właściwie po nic. Czasami takie odsłonięcie dokonuje się w dość dramatycznych okolicznościach. Osoby, które cudem przeżyją jakąś katastrofę, wypadek, mówią często, że po tym zdarzeniu, kiedy omal nie znalazły się po drugiej stronie, zmienił się ich stosunek do wielu spraw, nastąpiło jakieś przewartościowanie. Obudziło się w nich coś z tego Bożego szaleństwa.

Powiedział Ojciec, że Boże szaleństwo jest pewnym natchnieniem, ale w Rosji istniał poważny problem z rozróżnieniem prawdziwych jurodiwych od bie-szennych, czyli tych, którzy znajdują ię w posiadaniu diabła (biesa). Jak odróżnić natchnienie demoniczne od Bożego?

Diabeł nie będzie nastawiał drugiego policzka. Po owocach ich poznacie - mówi Ewangelia.

Tylko te owoce pojawiają się zwykle później...

Bywa że od razu. Jeżeli ktoś każe rozstrzelać Żydów albo spalić ich w stodole, to jest dość jasne, skąd pochodzi natchnienie.

A dlaczego nigdy się nie mówi, że diabeł jest szalony?

Szaleństwo jest sprawą człowieka. Diabeł jest bardzo wyrachowany, za bardzo.

Przecież poznał Boga, zobaczył jaki On jest i Go odrzucił. Można pomyśleć, że skoro powiedział Bogu „nie", to był szalony.

Diabeł nie ma emocji, nie ma uczuć. Diabły siebie nie kochają, wymieniają między sobą tylko komunikaty bojowe. Nie antropomorfizujmy naiwnie szatana. On jest bliższy jakiejś formule matematycznej, w której pewne wnioski bardzo logicznie z siebie wynikają. Skoro założył sobie, że zerwie z Bogiem, nie będzie Mu już służył, to wyciągnął z tego kolejne praktyczne wnioski.

Diabeł nie jest szalony, a Bóg?

Bóg owszem. Pierwsze Jego szaleństwo to stworzenie świata. Bóg jest miłością - czytamy w Biblii, i ten Jego przymiot odnosimy nie tylko do aktu stworzenia, miłości do człowieka, ale przede wszystkim do wewnętrznej relacji Boskich Osób. Ojcowie Kościoła używają na określenie tej relacji greckiego słowa perichoreza. Dosłownie znaczy ono „taniec". Bóg tańczy. Ta wymiana miłości pomiędzy osobami Trójcy Świętej ma postać - tu znów zahaczamy o antropomorficzny język - jakiegoś procesu, który jest bardziej tańcem niż wymianą intelektualnych pojęć. Być może z tego tańca, wiru miłości, jakim jest Trójca Święta, powstał świat i być może ci, którzy w tym szaleństwie pierwotnego tańca Trójjedynego uczestniczą, dojdą do Boga najprędzej.

To znaczy, że w niebie -jeśli się tam dostaniemy - będziemy, w naszym ziemskim rozumieniu, szaleni.

Tak. Fra Angelico na swoich freskach nie przedstawia świętych jako grzecznie stojących ze złożonymi rękoma, ale jako tańczących. Oni też uczestniczą w szaleństwie Boga.

Tu, na ziemi, jeśli mówimy o szaleństwie świętych, to związane jest ono często z bólem. Takim cierpiącym świętym był o. Pio.

Jego wielkim charyzmatem był dar spowiedzi i widzenia w ludziach ich ułomności i grzechów. Cierpienie o. Pio wynikało głównie z brania na siebie tych grzechów. Jeżeli spowiednik siedzi w konfesjonale in persona Christi - w zastępstwie Jezusa - to podobnie jak Chrystus, który wziął na siebie nasze grzechy, musi wziąć na siebie grzechy penitentów i pokutować za nie. Ojciec Pio jest wzorem do naśladowania nie ze względu na wszystkie uczynione przez niego cuda, ale ze względu na swoją duchową postawę, na to szalone współczucie dla drugiego człowieka. Tak rozumiem jego rany i cierpienie. W dekrecie o heroiczności cnót ojca Pio nie ma ani jednego słowa o cudach, bo jest to zupełnie niepotrzebne.

Prawdziwa miłość musi boleć, bo jest miłością zranioną i nazywa się miłosierdziem.

O. prof. dr hab. Jan Andrzej Kłoczowski, dominikanin, historyk sztuki, filozof religii. Wykładowca UJ, PAT i Kolegium Filozoficzno-Teologicznego oo. Dominikanów w Krakowie

opr. aw/aw



List
Copyright © by Miesięcznik List 07-08/2008

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Dostojewski świętość miłość mieszczaństwo Ozeasz św. Franciszek z Asyżu Stanisław Kostka wyrachowanie o. Pio Adam Chmielowski szaleniec Boży idiota jurodiwy głupiec Myszkin
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W