Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Serce planety

W chwili, kiedy państwo czytają te słowa, ja przebywam w Bombaju, a ponieważ nie dowierzam ani faksom, ani e-mailom (przynajmniej poza Europą), więc dzielę się paroma uwagami zapisanymi zawczasu. Nie dotyczą one Indii, o których później napiszę, ale jeszcze odleglejszych Chin.

W styczniu w prasie włoskiej znalazłem istotną wiadomość o tym, że Chiny ogłosiły, iż w roku ubiegłym ich wzrost gospodarczy wyniósł 7,3 proc., a produkt narodowy brutto oszacowano na 1,16 tryliona dolarów. Liczba ta przerasta moją wyobraźnię, ale dla prasy włoskiej istotne było spostrzeżenie, że to Chiny stały się szóstym największym mocarstwem gospodarczym (po Stanach, Japonii, Niemczech, Anglii i Francji) i wyparły z tego miejsca Włochy. Zważywszy proporcje ludności gigantyczne Chiny przy niewielkich Włoszech naturalnie powinny produkować więcej, ale kilku komentatorów zauważyło z niepokojem, że w dalszej perspektywie w dwudziestym pierwszym wieku cała nasza cywilizacja zwana umownie zachodnią może powolutku zejść na drugi plan, a serce naszej planety może zacząć bić właśnie w Chinach.

W pierwszej chwili taka perspektywa nie powinna nas niepokoić. Europa przez długie stulecia cieszyła się swoim uprzywilejowaniem i czas oddać pałeczkę innej cywilizacji, która jest od nas starsza i już kiedyś w zamierzchłej przeszłości była zapewne championem w wyścigu rozwoju ludzkości. W tym wyścigu, jak w każdych zawodach, przyjemnie bywać zwycięzcą, ale trzeba być dżentelmenem i pozwolić zwyciężać innym. Europa kurczy się ludnościowo, nie ma więc woli podbijania świata i uprzejmie formułuje hasła, wedle których wszystkie kultury są warte tyle samo. Europejska córka — Ameryka zaludnia się Azjatami i w jej społecznym profilu to właśnie czarnoskórzy najskuteczniej pną się po drabinach studiów uniwersyteckich. Skoro niedawno w Peru prezydentem był pewien Japończyk, to możliwe, że bardzo niedługo w Białym Domu zasiądzie Chińczyk, a przez wierność politycznej poprawności w przyszłym rządzie Stanów Zjednoczonych na jakichś niższych szczeblach znajdzie się paru potomków białych protestantów.

Kiedy próbuję sobie wyobrazić takie zmiany w świecie, przychodzi mi na myśl obraz kolei transsyberyjskiej, która już dzisiaj jest najtańszym środkiem przewozu towarów z Europy do Chin (tańszym i szybszym niźli przewóz morzem). Zapewne w nowym stuleciu wagony pasażerskie zapełnią młodzi ambitni Europejczycy, którzy zabiorą w bagażu różne rodzinne drobiazgi i będą jechali na pchli targ w Szanghaju czy w Pekinie z cichą nadzieją, że może uda im się załapać na jakieś mycie szyb czy opiekę nad dziećmi u Chińczyków.

Kiedy roztaczam ten obraz przed oczyma zachodnich eurosceptyków, to widzę rozczarowane miny, a przecież w każdym wyścigu czy w każdych zawodach sportowych ktoś wygrywa, a ktoś przegrywa. Nie dość zjednoczona Europa przeżarta małością i głupimi lokalnymi ambicjami, niezdolna do poświęceń i dalekosiężnych inwestycji (takich jak na przykład rozszerzenie o nasze kraje), sama wybiera przegraną.

Poważni politolodzy tłumaczą mi, że ze wzrostem jest tak jak z kondycją sportową. Kto zaczyna trening, ten od razu szybko poprawia wyniki, ale im kto bardziej zaawansowany, tym więcej sił musi włożyć, żeby cokolwiek poprawić. Nietrudno prześcignąć sąsiada z podwórka, ale pobić mistrzostwo powiatu jest już trudniej. I to ma nas uspokajać w perspektywie „żółtego zagrożenia”. Jesteśmy o tyle bardziej rozwinięci, że Chińczycy nas nie dogonią. Wątpię, żeby to była prawda, ale najbardziej ciekawe wydaje mi się pochylenie nie nad samą możliwością, że my Europejczycy, czy szerzej ludzie biali, możemy stanowić drugą ligę — świat niedorozwinięty. W pierwszej chwili w głowie się nie mieści, a przecież to jest możliwe.

Wiem, że będę o tym dyskutował z moimi indyjskimi przyjaciółmi i tak jak zawsze w podobnych spotkaniach poczuję, że nas łączą lęki przed dominacją dalekiego wschodniego sąsiada i że filologiczny termin indoeuropejskość coś znaczy, bo Indie są nam wiele bliższe kulturowo. A o Chinach, z ich poczuciem czasu, wiele mówi powiedzonko Czou Enlaia (Zhou Enlaia), który zapytany o ocenę rewolucji francuskiej odpowiedział, że jeszcze za wcześnie, by osądzać jej sukces.

opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska Europa prawa człowieka polityka ekonomia media gospodarka Rosja natura świat Indie Chiny prawa natury globalizm Zanussi zależnosci Hindusi